Około 1897 r. na przedmieściu Pabianic pojawili się synowie łódzkich fabrykantów. Za ich powozami służba prowadziła rasowe konie wyścigowe pod niedużymi jeźdźcami. Ceny koni ze stajni Barcińskich, Poznańskich i Kindermannów szacowano wówczas na 1000-2000 rubli, co było fortuną. Robotnik zarabiał około 20 rubli miesięcznie. W pobliżu Ksawerowa synowie fabrykantów upatrzyli sobie płaskie łąki, idealne do urządzania gonitw. Konie ścigały się na dystansie 2 wiorst (2140 m). Wzorowano się na wyścigach berlińskich.

Wkrótce miłośnicy gonitw zawiązali Towarzystwo Wyścigów Konnych. Przewodniczył mu Konstanty Miller - gubernator piotrkowski, a wspierał Albert hr. Wielopolski – późniejszy właściciel wyścigów na warszawskim Służewcu. W zarządzie TWK zasiadali: Maurycy Poznański - syn Izraela Poznańskiego, „króla bawełny”, Stefan Barciński - spadkobierca tkalni przy ul. Tylnej oraz Juliusz Teodor Heinzel - syn „króla wełny”.

Za wstawiennictwem gubernatora Millera młody Heinzel dostał zgodę władz carskich na budowanie hipodromu. Jednak do swego pomysłu nie przekonał wspólników – ziemian spod Piotrkowa i Kalisza, którzy wzbraniali się przed wyłożeniem 60 tys. rubli na drogi dojazdowe i ogrodzenie toru wyścigów.

Znacznie więcej nadziei dawało rozległe pastwisko w pobliżu Ksawerowa, blisko dawnej cukrowni i gorzelni fabrykanta Ludwika Geyera. Plac miał nieco ponad 40 hektarów, leżał blisko Szosy Pabianickiej. W nieodległym folwarku Ruda można było wynająć stajnie dla cennych koni. TWK nabyło ten plac za 28 tysięcy rubli od Natansonów - bankierów, którzy przejęli, parcelowali i wyprzedawali zadłużony majątek Geyera. Pieniądze wyłożyły także rodziny fabrykantów: Eisertów, Geyerów, Poznańskich, Johnów, Kunitzerów, Schweikertów i Silbersteinów.

Tor wytyczano chorągiewkami na tyczkach. Kazano go ogrodzić drewnianym płotem z bramą. Pierwszą gonitwę urządzono 3 czerwca 1902 r. Do wyścigu stanęło 17 koni pod dżokejami. Widzów było około 200. Według gazety „Rozwój”, tego dnia publiczność oglądała też pokaz tonących w kwiatach powozów przemysłowców, kupców, bankierów i arystokratów, w których jechały żony. Doliczono się 24 wytwornych zaprzęgów. Dochód z imprezy przekazano towarzystwu dobroczynności - na mleko dla dzieci z biednych rodzin.

Gdy wybuchła rewolucja 1905 r., zaprzestano gonitw.

Dwa lata później na hipodromie pojawił się miłośnik koni i energiczny organizator – inż. Wiesław Gerlicz, dyrektor Łódzkich Wąskotorowych Elektrycznych Kolei Dojazdowych (tramwajów). To za jego sprawą tor utwardzono i wzniesiono drewniane trybuny z krytymi lożami dla gubernatora oraz gości honorowych, wśród których bywali oficerowie, sędziowie i ziemianie. Mniej zacni widzowie tłoczyli się wokół toru. Zbudowano stajnie, kasy totalizatora, cukiernię i herbaciarnię.

Za możliwość wjechania powozem na środek hipodromu trzeba było zapłacić 2 ruble. Miejsce stojące na widowni kosztowało rubla, a siedzące przy mecie gonitwy – 2 ruble. Najtaniej było przycupnąć na obrzeżu toru – za jedyne 30 kopiejek. Kasa biletowa stała w bramie toru. Otwierano ją na kilka godzin przed niedzielną gonitwą, a zamykano o 14:00. Przez cały tydzień bilety można było kupować w cukierni Roszkowskiego na rogu ulic Piotrkowskiej i Moniuszki w Łodzi oraz w hotelu Manteufla przy ul. Zachodniej i księgarni Horna przy Piotrkowskiej. Gonitwy rozpoczynały się o 16:00.

 

Gonitwy dla pogotowia

W czerwcu 1907 r. zorganizowano dwa wyścigi na rzecz łódzkiego pogotowia ratunkowego, które miało deficyt aż 7500 rubli (lekarze i sanitariusze utrzymywali się z darowizn pacjentów). „Przysporzyć pogotowiu dochodu jest obowiązkiem obywatelskim” – wydrukowano w eleganckich zaproszeniach na hipodrom.

Cztery dni wcześniej gubernialny dziennik „Rozwój” pisał: „Wyścigi konne mają się odbyć 16 czerwca 1907 r. pod Pabianicami, obok Ksawerowa, w pobliżu szosy. Ceny miejsc i wjazdu na tor są umiarkowane, a tym samym dostępne dla każdego. Zarząd kolei podjazdowej Łódź-Pabianice (tramwajów – przypisek) zapewne uruchomi jak najwięcej pociągów na tej linii i ułatwi publiczności przejazd w obie strony”.

Podczas pierwszych zawodów wspierających pogotowie zebrano ledwie 900 rubli, winą za skromny przychód obarczając deszcz. „Kolejne wyścigi urozmaici bieg myśliwski na 8 wiorst” - zapraszał „Rozwój”. „Pożądane jest, aby każda osoba przybywająca na tor wyścigowy, nosiła na wierzchu swój bilet, a to dla ułatwienia kontroli, w ubiegłą bowiem niedzielę wiele osób z miejsc tańszych przechodziło na droższe”. 24 czerwca prasa podała wyniki gonitw: „W biegu na 2 wiorsty do mety przyszedł pierwszy Hultaj, druga Groza, trzeci Kasztelan. W drugim biegu pierwsza przyszła Czajka, druga Bella, trzecia Daisy”.

Konne gonitwy pod Ksawerowem chętnie obserwowali także kupcy i drobni przemysłowcy.

Jednak nie z miłości do koni, lecz by… zawierać intratne znajomości. Panie i panny z bogatych domów obnosiły tutaj kosztowne ubiory i biżuterię. Urodzony w Pabianicach dziennikarz i literat Zygmunt Bartkiewicz (krótkotrwale mąż słynnej aktorki Mieczysławy Ćwiklińskiej) wyścigi konne opisał na łamach „Kuriera Warszawskiego” z 1907 r.: „Bo jest takie małe St. Cloud w okolicach Łodzi. Nazywa się Ksawerów. Wrażenie robi takie, jak gdyby zabawa odbywała się na błoniach Hoppegarten lub Weissensee - bei Berlin. Mają kolor te łódzkie wyścigi. Barwnie, choć nie zawsze z dobrym gustem ustrojone panie, ogniste kurtki panów dżokejów, złoto-połyskliwe końskie kadłuby. Pań urodziwych, a nawet wdzięcznych w mowie i ruchach, na tym torze sporo. I młodych, i świeżych, i niewinnych, i winnych, i tych z wątpliwością powabną. A obok ojcowie i mężowie.

Sicisk, gwar na trybunie dla sędziów i prasy. Zatargów, nieporozumień mnóstwo, bo z różnych żywiołów zebrany tłum trudno się godzi. Ale oto odezwał się dzwonek, ruszyły konie. Wśród tłumu uciecha, bo koń się wyłamał, współzawodnik ubył. Cichy totalizator coś płaci, więc ożywienia chwila, serc przyśpieszone bicie…”.

Gonitwy nazywano „ksawerowskimi” do 1909 r., kiedy to do grona udziałowców wyścigów dołączyli arystokraci: Zamoyscy, Potoccy i Skarbkowie. Siedzibą Towarzystwo Zachęty Wyścigów Konnych stała się Ruda Pabianicka. Odtąd na gonitwy zapraszano do Rudy. Inż. Gerlicz planował kłaść szyny tramwajowe od torów biegnących wzdłuż Szosy Pabianickiej do bramy wyścigów (880 m), bo przyjezdni, zwłaszcza pasażerowie dorożek, skarżyli się na piaszczystą drogę na tor.

Nadzieja postawienia na zwycięskiego konia i wygrania dużych pieniędzy kusiła hazardzistów. Wkrótce na hipodromie było słychać wystrzały z broni palnej. To w samobójczy sposób kończyli żywota księgowi i finansiści, którym nie dopisało szczęście, a „pożyczone” z firmowej kasy pieniądze przepadły raz na zawsze.

 

Bywał tu Bodo

Bywalcem wyścigów konnych był dżentelmen z kinematografem – jednym z pierwszych aparatów filmowych. Latem 1907 r. pan ów nakręcił kilkusekundowy film z gonitwy i króciutką scenę z dżokejami prowadzącymi konie na tor. Autorem filmu był Szwajcar Teodor Jünod - właściciel łódzkiego kinoteatru Urania. To o nim pisał dziennik „Rozwój” z 1907 r.: „Pan Jünod zrobił zdjęcia kinematograficzne z wyścigów w Ksawerowie. W zamian za pozwolenie zdjęć zobowiązał się dać w swym kinoteatrze przedstawienia na dochód Pogotowia”.

Z biletów wstępu do kinoteatru uzbierano 100 rubli.

Gdy był pogodnie, Jünod zabierał na wyścigi synka. Ośmioletni chłopiec, którego matka była Polką, uważnie przyglądał się rozkrzyczanym widzom, zwłaszcza hazardzistom. Próbował ich naśladować. Po latach z tego rezolutnego chłopca wyrósł aktor i amant - Eugeniusza Bodo.