Zaczęło się od incydentu na terenie pabianickiej papierni, należącej wówczas do przemysłowca Roberta Saengera. Biegający po placu foksterier, niedawno „zatrudniony” przez papiernię do tępienia wszędobylskich szczurów, nagle wpadł w szał. Świadkowie opowiadali, że pies rzucił się na trzech robotników magazynowych, rozdarł im spodnie i boleśnie pokąsał.

Następnie foksterier zaatakował dwa psy również „zatrudnione” przy zagryzaniu szczurów w budynkach papierni. Gdy próbowano go odpędzić , foksterier podrapał i pogryzł jeszcze kilka osób, przecisnął się przez dziurę w płocie i po chwili szalał na dziedzińcu sąsiedniej fabryki chemicznej Ludwika Schweikerta. Stamtąd uciekł na ulicę, gdzie zaatakował przechodnia, w obronie którego stanął prowadzony przy nodze pies - wilczur. Foksterier niegroźnie pokąsał przechodnia i zadrapał pysk wilczura. Kopnięty przez przechodnia i ugryziony przez wilczura – uciekł.

Jak się wkrótce okazało, szalony foksterier poranił tego dnia siedem osób i cztery psy.

„Gazeta Pabianicka” z września 1913 roku napisała: „Zarząd papierni polecił psa zastrzelić i odesłać przez specjalnego człowieka niezwłocznie do Warszawy w celu zbadania, czy pies był wściekły, na co jest poważne podejrzenie. Pokąsani zostaną wysłani do specjalnego zakładu”. Za ich leczenie miała zapłacić papiernia, bez nakazu sądu i władz administracyjnych poczuwająca się do winy.

 

„Nikogo innego na świecie nie ma”

Przypadkowym przechodniem, w obronie którego stanął jego wilczur, był 44-letni Kacper Wróbel – od dwóch lat nocny dozorca kasy Magistratu Pabianic (urzędującego w zamku). Wróbel mieszkał w pobliżu papierni. Nazajutrz wysłannik zarządu fabryki papieru dotarł do Wróbla z wiadomością, że dozorca musi się poddać pilnemu badaniu lekarskiemu, a jego pies będzie oddany na obserwację i zapewne zastrzelony. To dlatego, że wilczur pokąsany przez wściekłego foksteriera może być nosicielem wścieklizny.

Papiernia miała pokryć koszty podróży Kacpra Wróbla do Warszawy oraz pobyt w lecznicy doktora Władysława Palmirskiego, gdzie szczepiono przeciw wściekliźnie.

Po wilczura nocnego stróża kazano przyjechać pabianickiemu rakarzowi, zwanemu wówczas „miejskim czyścicielem”.

„Kacper Wróbel nigdy się ze swym psem nie rozstaje. Nikogo innego prócz tego psa na świecie nie ma, dlatego nie godzi się na oddanie go do czyściciela miejskiego” – napisano w policyjnym sprawozdaniu dla zarządu papierni. „Gdy powiedziano Wróblowi, że psa trzeba czym prędzej zastrzelić, odpowiedział, że wolałby odebrał sobie życie, niż skrzywdzić psa”.

 

Ile kosztuje przyjaciel?

Zarządowi papierni (Towarzystwa Akcyjnego Roberta Saengera) zależało, by sprawę pokąsania ludzi i psów przez „służbowego” foksteriera zakończyć szybko i honorowo. Dlatego umyślny z papierni zaproponował Wróblowi zapłatę za wilczura. Nazajutrz Kacper Wróbel poszedł do biura papierni, gdzie zażądał aż 25 rubli. Na owe czasy był to majątek. „Wróbel zrobił awanturę, gdyż upierał się, jakoby pies miał go drogo kosztować” – napisano w protokole. Burzony wysokością żądań dozorcy, dyrektor papierni kazał wyrzucić Wróbla za bramę.

Dozorca był wściekły. „Wieczorem, idąc na służbę, Kacper Wróbel strzelił z rewolweru w okno przędzalni Krusche i Ender, gdy któryś z robotników zakpił z niego” – pisała „Gazeta Pabianicka”. „Wróciwszy we wtorek rankiem z Magistratu, w silnym rozdrażnieniu, Kacper zapowiedział, że psa nie da, że i jego, i siebie zastrzeli”.

Wróbel mieszkał w domu Heidemana przy ulicy Saskiej (dziś Piłsudskiego).

Wynajmował tam mały pokój z jednym oknem i piecem. Gdy około godziny szóstej rano znów do drzwi mieszkania zastukał umyślny z żądaniem oddania psa rakarzowi, wzburzony Wróbel wybiegł na podwórze. Według sąsiadów, miał krzyknąć: „W takim pazie umrę razem z nim!”.

Przywołał psa, usiadł pod płotem, położył wilczura na swych kolanach i zastrzelił go kulą z rewolweru. Kula rozerwała łeb wilczura. Chwilę później Wróbel przystawił lufę do swej skroni i pociągnął za spust.

„Powód samobójstwa – oryginalny” - napisała „Gazeta Pabianicka” z 1 października 1913 roku. A warszawskie, lwowskie i łódzkie dzienniki zastanawiały się, czy z powodu przywiązania do zwykłego psa warto odbierać sobie życie.