Dziś odbył się kolejny proces 23-letniego Kamila K., oskarżonego o potrącenie pieszego 7 listopada 2016 roku (o pierwszej rozprawie pisaliśmy TUTAJ).

Na następną rozprawę wezwano kolejnych świadków. Rodzice oskarżonego skorzystali z przysługującego im prawa odmowy zeznań (ze względu na pokrewieństwo) i wyszli z sali sądowej. Na rozprawie nie stawił się wezwany kolega oskarżonego, który 7 listopada z nim podróżował.

Przypomnijmy, że z zeznań, które ten świadek złożył na policji, wynika, że wspólnie z oskarżonym 7 listopada spotkali się i wybrali na przejażdżkę. Kamil K. wówczas miał wyglądać na trzeźwego. O wypadku świadek mówił, że K. wymijał samochód, który zatrzymał się przed przejściem, ale pieszego nie potrącił. Na śliskiej nawierzchni miał hamować i ominąć idącego po pasach mężczyznę. Pieszy natomiast miał sam przewrócić się na jezdnię, bo „się wystraszył”.

O tym, kto go potrącił, dowiedział się z gazet

Taka wersja zdarzenia przypomina wyjaśnienia, które podczas dzisiejszego procesu złożył pokrzywdzony. Opisywał on, jak przechodził przez przejście dla pieszych na ul. Zamkowej (przy skrzyżowaniu z ul. Piłsudskiego). Moment samego wypadku nie był już dla niego tak oczywisty.

- Z prawej strony zatrzymanych przed przejściem samochodów nadjechał niespodziewanie inny samochód. Zobaczyłem światła. Nie pamiętam dokładnie, czy ten samochód otarł się o mnie, czy ten podmuch wiatru spowodował, że się przewróciłem. Poczułem ból w lewym udzie. Dalej pamiętam tyle, że jakiś pan wyskoczył z samochodu i wciągnął mnie na chodnik. Przyjechała karetka, zostałem zabrany do szpitala. Tam zdiagnozowano mi przezkrętarzowe złamanie kości udowej i przeszedłem operację – mówił poszkodowany.

Zapytany o to, skąd wie, że to właśnie oskarżony miał go potrącić, odpowiedział, że dowiedział się z gazet.

Sędzia Jacek Olszowiec odniósł się do oświadczenia pokrzywdzonego, dotyczącego otrzymania od mamy oskarżonego rekompensaty.

- Dostałem od mamy pana Kamila 7.000 zł zadośćuczynienia i w związku z tym nie żywię do niego żadnej urazy – potwierdził poszkodowany.

 

"Pieszy nie miał kontaktu z moim autem"

Podczas rozprawy głos zabrał sam oskarżony. Postanowił wycofać wcześniejsze zeznania i złożyć nowe wyjaśnienia. Przypomnijmy, że na początku Kamil K. nie przyznał się do zarzucanych czynów. Podczas przesłuchania spytał prokuratora, „co by mu zaproponował, gdyby się przyznał”. Później stwierdził, że „przyzna się, ale pełne wyjaśnienie złoży w obecności swojego obrońcy”. Tak jednak się nie stało. Aż do dzisiejszej rozprawy. Pierwsza wersja, jakiej trzymał się oskarżony, to ta, że w dniu wypadku o godzinie 16.00 spotkał się ze swoim kolegą. Przyjechał do niego na ul. Nawrockiego. Z powodu braku miejsc zaparkował swój samochód przy ul. Narcyza Gryzla. Mieli wtedy razem pić alkohol do godziny 18.00. Później inny znajomy miał Kamila K. odwieźć do domu i wysadzić z auta w okolicach szkoły w Górce Pabianickiej. O zdarzeniu na Zamkowej nie było ani słowa. A na pytania, skąd świadek znał akurat jego numer rejestracyjny i markę samochodu, Kamil K. twierdził, że ktoś pomylił numery rejestracyjne lub nawet, że ktoś mógł podrobić jego tablice.

Dziś oskarżony zeznał, że w dniu 7 listopada spotkał się ze swoim kolegą, najpierw zatankowali samochód, a później pojechali do Łasku na hamburgery. Później K. postanowił odwieźć kolegę do domu. Wracali ul. Zamkową.

- Auta zaczęły zwalniać. Pierwszy z samochodów włączył lewy kierunkowskaz, sygnalizując zamiar skrętu w ul. Piłsudskiego. Postanowiłem więc, że wyprzedzę samochody z prawej strony. Kiedy zbliżałem się do przejścia, zauważyłem pokrzywdzonego przed moją maską. Ale w pewnej odległości. Widziałem, że przeskoczył w prawą stronę, w kierunku chodnika, więc ja wykonałem manewr skrętu w lewo. Jestem przekonany, że pokrzywdzony nie miał kontaktu z moim autem. Zdaję sobie sprawę, że stworzyłem zagrożenie na drodze. Pojechałem dalej prosto, po 20, góra 30 metrach spojrzałem we wsteczne lusterko i zauważyłem, że pieszy przekręcił się i upadł. Byłem w szoku, ale byłem też przekonany, że pieszy nie miał kontaktu z moim autem, więc to nie ja spowodowałem, że upadł - zeznawał.

Dalsze wyjaśnienia były już zbliżone do pierwszej wersji. Oskarżony potwierdził, że zaparkował samochód w okolicy Narcyza Gryzla i udał się z kolegą do sklepu po alkohol. Po spożyciu setki wódki i piwa, postanowił wrócić do domu. Wtedy kolega oskarżonego zadzwonił po innego znajomego, który odwiózł Kamila K. do domu do Górki Pabianickiej. 5 minut później po Kamila przyjechali policjanci, przebadali na obecność alkoholu i zabrali na komendę.

Sędzia Olszowiec odniósł się natomiast do zawartości alkoholu w organizmie oskarżonego i środków odurzających.

- Na pewno nie spożywałem alkoholu przed tym zdarzeniem, spożywałem go po zdarzeniu – zapewniał K. - Tego dnia nie spożywałem marihuany. Sporadycznie ją spożywałem. Być może zażyłem marihuanę parę dni przed zdarzeniem.

Zapytany przez sędziego o to, dlaczego na policji podał inną wersję wydarzeń, K. odparł, że był w szoku.

- Ale potem było jeszcze posiedzenie aresztowe sądu, albo mógł pan powiedzieć przy kolejnym przesłuchaniu. Postępowanie przygotowawcze trochę trwało, kilkakrotnie był pan przesłuchiwany, dlaczego nie podał pan takiej wersji? - dopytywał sędzia.

- Na posiedzeniu sądu byłem dalej w szoku – odparł oskarżony.

Podczas kolejnych przesłuchań, gdy zmieniano Kamilowi K. zarzut, odmawiał on zeznań.

- Dlaczego wtedy nie zdecydował się pan podać takiej wersji, jak dzisiaj? – kontynuował sędzia.

- Stwierdziłem, że muszę sobie to poukładać w głowie – dodał K.

Podczas procesu przesłuchano też byłą dziewczynę K., znajomego, który potwierdził, że odwoził oskarżonego do domu oraz policjanta, który pracował na miejscu wypadku. Z zeznań złożonych przez funkcjonariusza wynikało, że Kamil K. podpisał oświadczenie, że w dniu zdarzenia około godziny 15.00 spożył setkę wódki i pół litra piwa. W związku z nową wersją przedstawioną przez oskarżonego, z której wynika, że alkohol spożywał dopiero po zdarzeniu (po godzinie 18.00), sędzia spytał, czy oskarżony pamięta to oświadczenie.

- Tak potwierdzam, że podpisywałem oświadczenie odnośnie ilości alkoholu, ale ja byłem w szoku i nie miałem pewności, która jest godzina – odpowiedział Kamil K.

 

Co ma do tego próba samobójcza?

Obrońca oskarżonego nawiązał do problemów, z jakimi w tamtym czasie miał borykać się oskarżony.

- Jak wyglądał pana okres życia w tamtym czasie? Czy przechodził pan załamanie nerwowe w 2016 roku? - pytał mecenas.

- Tak, miałem problemy. Została u mnie stwierdzona nerwica na tle depresyjnym na wiosnę 2016 roku – opowiadał Kamil K.

Problemy ze zdrowiem psychicznym u oskarżonego miały zacząć się już w 2015 roku, w wyniku stresu, które powstał na skutek sprawy, która wcześniej się toczyła, za którą Kamil K. został skazany (wyrok za śmierć rowerzysty – pisaliśmy o tym TUTAJ).

- Jesienią 2015 roku, na przełomie września i października znalazłem się w szpitalu, w Pabianickim Centrum Psychiatrycznym, gdzie stwierdzono u mnie zaburzenia na tle depresyjnym, zaburzenia adaptacyjne i zachowania impulsywne – wymieniał.

- Czy miał pan próbę samobójczą? – pytał mecenas.

- Tak, w tym szpitalu znalazłem się z tego powodu - odpowiedział.

Na zakończenie adwokat oskarżonego złożył wnioski dowodowe. Miedzy innymi wnioskował o przesłuchanie biegłych sądowych. Termin kolejnej rozprawy sędzia wyznaczył na 30 marca.

Kamil K. przebywa w Zakładzie Karnym w Piotrkowie Trybunalskim. Na poprzednią sprawę nie stawił się, bo chciał się dalej kształcić. Chciał w warunkach izolacji skończyć liceum. Dzisiejsza rozprawa pokrzyżowała mu ambitne plany. Zamiast zacząć nowy semestr w ZK w Nysie, musiał zostać przeniesiony do Piotrkowa.