„Spotkania przyrodnicze” w sowiej odsłonie poprowadził Tomasz Przybyliński, przyrodnik z Muzeum Miasta Pabianic. Podczas wykładu na zamku zdradził kilka sekretów tych charakterystycznych ptaków, przy okazji obalając parę mitów krążących na ich temat. Skupił się na pięciu gatunkach sów zamieszkujących tereny w centralnej Polsce. Niektóre z nich przy odrobinie szczęścia można również spotkać w Pabianicach.

 -  Sowy z centralnej Polski mieszkają w pobliżu człowieka, to ptaki krajobrazu rozlicznego, takie z sąsiedztwa – rozpoczął wykład Przybyliński.

Te ptaki mocno działają na wyobraźnię. Co sprawia, że są tak charakterystyczne?

 - Sowy to ptaki aktywne nocą. Wszystko w ich budowie jest dostosowane do takiego trybu życia – opowiada przyrodnik.

  Atrybutami sowy, które czynią z niej sprawnego, nocnego łowcę, są szpony i zakrzywiony, haczykowaty dziób. Oczy sów zwrócone są do przodu, co umożliwia im przestrzenne widzenie i ułatwia ocenę odległości od ofiary.

     - Sowy mają też charakterystyczną twarz, co być może jest źródłem przekonania o szczególnej mądrości tych ptaków – opowiada przyrodnik. - A to tylko szlara, czyli charakterystyczne, promieniście ułożone pióra dookoła oczu i dzioba. Służy ona do wzmocnienia słuchu. Szlara działa jak czasza mikrofonu parabolicznego. Ma za zadanie ogniskować dźwięki i kierować je do otworów usznych znajdujących się pod piórami i fałdem skórnym. Słuch dla sów jest zmysłem nawet ważniejszym od wzroku przy lokalizowaniu ofiary.

Sowa mądra głowa

- Te ptaki nie są bardziej inteligentne od innych – zapewnia pan Tomasz. - Jednak grzechem byłoby powiedzenie, że sowy są głupie. Co prawda, daleko im do krukowatych, są po prostu przeciętnie inteligentne. Nie muszą brylować szczególną bystrością, bo nie jest im to potrzebne. W zdobywaniu pożywienia pomagają im ich atrybuty, a nie inteligencja.

Sowy dość dobrze widzą w dzień, ale znacznie lepiej od ludzi w nocy.

- Ich oczy są przystosowane do widzenia przy małym natężeniu światła, co nie znaczy, że sowa widzi w totalnych ciemnościach – zapewnia biolog. - Ale już niewiele światła pozwala widzieć jej cokolwiek.

Oczy sów są bardzo duże w stosunku do rozmiarów ciała.

- Ktoś kiedyś pokusił się o porównanie, że gdyby puchacz był wielkości człowieka, to jego oczy byłyby jak piłki do tenisa – dodaje Przybyliński. - Oczy są ogromne jak na ptaka tej wielkości i umieszczone w głowie nieruchomo. Dlatego, żeby zwiększyć zasięg wzroku, ptaki mają tak ruchliwe szyje. Sowa potrafi obrócić głowę o 270 stopni.

Oczy tych nocnych ptaków są dostosowane do patrzenia w dal. Zatem nie widzą dobrze tego, co mają pod przysłowiowym nosem.

- Stąd u bardzo wielu sów wyrastają w okolicach dzioba szczeciniaste pióra dotykowe, które pomagają im orientować się, co i jak trzymają w szponach i w jaki sposób to połknąć - dodaje pracownik muzeum.

Sowy potrafią okazywać emocje.

– Niektóre z gatunków, na przykład uszatki i puchacz, mają na głowie kępki piór, tak zwane uszy. Nie mają one jednak nic wspólnego ze słucham – opowiada przyrodnik. -  To element do manifestowania nastrojów. Zrelaksowane sowy nie eksponują tych „uszu”, ale gdy je coś zaniepokoi, stawiają piórka na głowie. W tym celu mrużą również oczy.

Ptaki nie z tej ziemi

Sowy latają bezszelestnie, co być może sprawiło, że nie miały dobrej prasy. W wielu kulturach kojarzone były z duchami, zjawami czy innymi istotami pozaziemskimi. Po prostu nie słychać, jak nadlatują.

- One latają bezszelestnie nie dlatego, że mają kontakt z zaświatami – zapewnia z przymrużeniem oka przyrodnik. - Po prostu to kolejne ich przystosowanie. Sowa poluje używając słuchu, więc lepiej, żeby nie przeszkadzał jej szum własnych skrzydeł. Po drugie, dobrze by było, żeby nadlatującej sowy nie usłyszał też żaden gryzoń.

Co sprawia, że są takie ciche?

- Pióra sów są miłe, aksamitne w dotyku, pokryte jakby meszkiem – opowiada Przybyliński. - Pióra na tyle skrzydeł są postrzępione, co zapobiega turbulencjom, czyli szumom towarzyszącym przy machaniu skrzydłami. Pierwsza lotka w skrzydle ma też na przedniej krawędzi jakby „grzebyk”, co powoduje, że zamiast jednego dużego zawirowania powietrza jest dużo małych, których po prostu nie słychać.

Sowy czasem lubią sobie „splunąć”.

- Większość z nich ma w swoim podstawowym jadłospisie gryzonie, które połykane są w całości – opowiada pan Tomasz. - Te ptaki nie mają wola, ofiara od razu trafia do żołądka, a nie wszystko da się strawić. I tak sierść, pióra i kości formowane są w kulkę, którą sowa wypluwa. To tak zwana wypluwka.

Dla sów ważny jest też kontakt z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Żeby go nawiązać, trzeba się od czasu do czasu odezwać, zwłaszcza w okresie godowym, w którym samce głosem „znaczą” swój rewir.

- Sowy zdecydowanie częściej słychać niż widać – wyjaśnia Przybyliński. - Głosem określają swoje położenie.

Aż śmierć ich nie rozłączy

Te ptaki to monogamiści, wierni partnerowi. Towarzyszą sobie do momentu, aż jedno z pary nie zginie. Nie budują gniazda. Zasiedlają dziuple, zakamarki w murach, zamieszkują poddasza starych budynków. Uszatki składają jaja w starych gniazdach innych ptaków, niektóre gatunki gniazdują na ziemi.

W zależności od dostępności pokarmu kontrolują liczbę wyprowadzanych lęgów i piskląt.

- Jeżeli gryzoni jest pod dostatkiem, przystępują wcześniej do składania jaj i w danym sezonie mogą mieć dwa lęgi – opowiada przyrodnik. - Albo składają w danym lęgu więcej jaj, od czterech do sześciu. Wysiadują je przez mniej więcej miesiąc, co zaczynają robić, zanim wszystkie jaja pojawią się w gnieździe. Stąd różnica wieku nawet do tygodnia między wyklutymi pisklętami. Te późniejsze są mniejsze i mają też słabsze szanse na przeżycie w kryzysowych okolicznościach, gdy zaczyna brakować pokarmu. Jeśli gryzoni jest mało, sowy w ogóle nie przystępują do lęgu.

Młode sowy opuszczają gniazda, zanim nauczą się latać.  Dlatego jak zobaczymy małą puchatą kulkę na trawniku, nie zabierajmy jej do domu. Bardziej wtedy zaszkodzimy niż pomożemy podlotkowi.

- Zdarzało mi się odbierać telefony, że ktoś znalazł małą sowę, która zapewne wypadła z gniazda i została porzucona przez rodziców – mówi przyrodnik. - Nic bardziej mylnego. Te maluchy ani nie wypadły z gniazda, ani nie zostały porzucone. Rodzice je obserwują i dokarmiają. Jeśli ktoś koniecznie chce takiej sowie pomóc, należy wziąć kij i podsadzić ją jak najwyżej na gałęzi. Trzeba przy tym jednak uważać, bo może zdarzyć się tak, że dostaniemy po głowie szponami od czujnych rodziców.

Większość sów stara się w dzień nie rzucać w oczy. Zdają sobie bowiem sprawę, że nie są lubiane.

- Gdy w ciągu dnia taką sowę namierzą wróble lub sikory, to nie dadzą jej żyć – dodaje przyrodnik. - Będą gromadnie ją atakować i nękać. Te ptaki wiedzą, że jak zapadnie noc, to sowa będzie miała przewagę i wylądują na jej „talerzu”. Dlatego sowy ukrywają się w dzień, nie chcą rzucać się w oczy.

 Sowy z naszego sąsiedztwa

Najpospolitszą sową jest puszczyk. Występuje on w całym kraju w dwóch odmianach - szarej i rudej. Puszczyki można spotkać w parkach, kępach starych drzew i oczywiście lasach. Te ptaki zamieszkują dziuple lub szukają schronienia w porzuconych budynkach. Puszczyki mogą też żyć w miejskich parkach. W Pabianicach można spotkać puszczyka na cmentarzu, strzelnicy czy w lasku miejskim. W jego menu są gryzonie, ale jak tych zabraknie, sowa nie pogardzi drobnymi ptakami lub innymi małymi zwierzętami.
 Można je usłyszeć przy bezwietrznych nocach z wyżową pogodą. Gdy pada deszcz i wieje wiatr, mogą milczeć, nawet w okresie godowym.

Pójdźka - to  rzadki gatunek sowy, zamieszkujący głównie tereny na północy województwa łódzkiego, związana z krajobrazem rolniczym. Niektórzy twierdzą, że dźwięk, który te sowy wydają, przypomina słowo – pójdź. I ci, którzy w ten sposób nadinterpretowali tę kwestię, nieco zaszkodzili wizerunkowi tej sowy.

- Pójdźki lubiane na południu Europy, u nas miały słabą opinię, zwłaszcza na słowiańskich wsiach, gdzie uważano je za zwiastun śmierci, nieszczęść i chorób – wylicza Przybyliński. - Ukuto nawet takie powiedzenie, że jak ktoś usłyszy pójdźkę, to „pójdzie w dołek pod kościołek”. Czyli po prostu umrze i trafi na cmentarz. Dlatego w niektórych regionach po prostu wybijano te sowy.
   

Skąd taki przesąd?
Jedna z hipotez tłumaczy, że w dawnych czasach, gdy umierał człowiek, w oknie stawiano świece, lampy. To wabiło ćmy i inne insekty, a te z kolei zachęcały do polowania pójdźki, które zaczynały krążyć wokół domu. Dawni Słowianie, żeby sprawę uprościć, z tego całego łańcuszka przyczynowo-skutkowego zostawili tylko umierającego delikwenta i sowę.

- Pójdźki zapisały się jednak w kulturze również od innej strony. Te sowy były atrybutami Ateny – bogini mądrości.

Pójdźki dawniej gniazdowały w dziuplach wierzb i innych drzew liściastych. Od jakiegoś czasu częściej można je spotkać w porzuconych budynkach gospodarczych, gdzie zajmują zakamarki strychów czy poddaszy. Te sowy polują na gryzonie. Ale w ich diecie ważne są też bezkręgowce, motyle, chrząszcze, bywa że dżdżownice.

Płomykówka – to  wybitnie nocna sowa.

- Przy dziennym świetle widziałem ją tylko raz i to w mieście – opowiada pan Tomasz. - Młody osobnik wychylał się z otworu wentylacyjnego w bloku.
     Głos tej sowy jest dość charakterystyczny, ale nie ma nic wspólnego z pohukiwaniem. Przypomina raczej chrapanie. Płomykówki można spotkać w budynkach, wieżyczkach kościołów, czasem w starych magazynach. 
 

Uszatka zwyczajna – po puszczyku najbardziej rozpowszechniona sowa. Zimy te ptaki spędzają w grupach. W nocy rozlatują się na łąki i pola, żeby polować. Najczęściej można je spotkać na skrajach wsi. Zajmują stare gniazda innych ptaków, głównie wron i srok.

Uszatka błotna należy do bardzo rzadkich ptaków w Polsce. Występuje na otwartych terenach. Chętnie gniazduje na łąkach. Gdy pisklęta dorastają, zaczynają się po takim terenie rozchodzić. To zwiększa ich szanse na przetrwanie, bo nawet gdy jedno z nich złapie drapieżnik, szanse na przeżycie mają pozostałe. Ich charakterystyczną cechą jest czarne upierzenie wokół żółtych, przenikliwych oczu.