Na boiskach nazywali go „Janosikiem”, bo choć krzepki jak harnaś zbójników, sprawiał wrażenie człeka spokojnego. Ale gdy walczył o piłkę, Paweł Janas był twardy jak tatrzańska skała.

***

„Tutaj się urodziłem” – Janas pokazuje kamienicę przy skrzyżowaniu Łaskiej (wtedy Żukowa) i Pomorskiej. To było 4 marca 1953 roku. Stąd chodził na lekcje do Szkoły Podstawowej nr 5. Gdy miał dziewięć lat, rodzice z synami przeprowadzili się do domku przy Wysokiej 2 i przepisali Pawła do „trzynastki”.

U Janasów nie było cienia sportowych tradycji. Za gumową piłką Pawełek uganiał się po placu zabaw przy Wileńskiej, między piaskownicą i huśtawkami Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Klucz do furtki nosiła kierowniczka placu Helena Janas, mama Pawła. Jej starsi synowie: Sławek i Wiesiek, trenowali piłkę nożną na boisku PTC. Paweł też chciał być piłkarzem, ale posłuchał rodziców i nauczyciela Jerzego Sroki, który posłał go na treningi szczypiornistów Włókniarza. Flegmatycznego chłopca „ręczna” jakoś nie porwała. Wolał koszykówkę.

Na treningi do hali przy Orlej przychodziła zgraja dziewcząt i chłopców. Zajęcia prowadził Henryk Langierowicz. Choć nie spamiętał stu nazwisk, zwrócił uwagę na wyrośniętego, mocnego i ciut nieśmiałego chłopaka. Nazywał się Paweł Janas. „Zapowiadał się na dobrego koszykarza. W meczach kadetów rzucał po czterdzieści punktów” – wspominał trener Langierowicz, twórca potęgi pabianickiej koszykówki. „Wolał trenować z dziewczętami, bo miał wśród nich sympatie: najpierw Mirkę Balównę, potem Ulę Michalską”.

Gdy Paweł pogniewał się z Ulą, odwrócił się też od koszykówki. Ale rodzice wciąż zabraniali mu zapisać się do PTC. Trzech Janasów w jednej drużynie to o dwóch za dużo – uważał ojciec. Piłkarską przyszłość Paweł zawdzięcza starszemu o siedemnaście lat bratu, Sławkowi, który mieszkał na drugim końcu ulicy Wysokiej. „Paweł wracał ze szkoły do domu, jadł coś, rodzicom mówił, że idzie do Sławka odrabiać lekcje” – opowiadał Sławomir, który wtedy miał już własną rodzinę. „Rzeczywiście, wpadał do mnie, rzucał zeszyty, brał torbę z piłkarskimi butami i biegł na trening Włókniarza”.

Zaczynał w bramce. Był wysoki, miał długie ręce. Odważnie rzucał się na piłkę, póki na boisko nie zajrzała mama. „Gdy zobaczyła, że jakiś piłkarz kopnął jej syna, z miejsca zabroniła Pawłowi stać w bramce” – opowiadał brat.

Trener posłuchał mamy bramkarza. Posłał chłopaka do ataku. Na skrzydle Pawłowi szło tak dobrze, że z juniorami Włókniarza wywalczył mistrzostwo województwa. W nagrodę zwycięska drużyna pojechała na Litwę grać mecze towarzyskie i zwiedzać radziecką republikę. „Zagraniczna wycieczka to było wydarzenie! Wszyscy zazdrościli Pawłowi” - wspominał Sławomir Janas.

W boiskowej walce ze starszymi piłkarzami nie było już tak różowo. „Z początku brat dawał się obijać przeciwnikom” - wspominał Sławomir. „Zaczął grać twardo, gdy Wiesiek pokazał mu parę piłkarskich sztuczek. Paweł szybko je opanował. Potem prawie w każdym meczu miał problem z sędzią, który karał go za zbyt ostrą grę.

Koledzy z drużyny nazywali Pawła „Ułanem”. „To dlatego, że gdy biegł, jakoś tak śmiesznie rzucał ramionami” - objaśniał Sławomir Janas. Waleczny chłopak wpadł w oko trenerom kadry województwa.

Dla dorosłej piłki wyłowił go z juniorów trener Włókniarza Jan Małecki, w 1971 roku uznany przez „Sztandar Młodych” najlepszym wychowawcą sportowej młodzieży w regionie. To on przestawił gołowąsa do obrony, co okazało się kluczem do kariery Janasa. Ale nie od razu…

***

Do zawodówki przy ulicy Piotra Skargi Paweł jeździł tramwajem. Przez trzy lata. Dzienniki lekcyjne dowodzą, że uczył się w klasie dla tokarzy. Wychowawcą był Józef Wroński, a lekcje gimnastyki prowadził Andrzej Matuszyk. Uczeń Janas miał dobre oceny z przedmiotów zawodowych, choć czasami wolał pójść na trening niż na materiałoznawstwo. Z powodu wagarowania wzywano do szkoły rodziców. Świadectwo dostał w 1971 roku.

We Włókniarzu kopał piłkę prawie osiem lat. „Orłem nie był, brakowało mu gibkości i sprytu, ale nadrabiał walecznością i uporem” – opowiadał były reprezentant Polski Paweł Kowalski, wychowanek PTC, który robił wtedy kursy trenerskie. Czasami trener wstawiał Pawła do linii pomocy albo ataku. W relacji z meczu Włókniarza z Avią Świdnik tygodnik „Życie Pabianic” napisał: „Bramkarz gości, zasłonięty przez własnych obrońców, spóźnił się z reakcją po potężnym strzale Janasa”.

Bywało, że Paweł miał łzy w oczach. Tak jak we Wrocławiu, gdy w zaciętym spotkaniu ze Śląskiem o mistrzostwo drugiej ligi koledzy Janasa złapali się za głowy, a „Życie Pabianic” pisało: „Na osiem minut przed końcem Janas przypieczętował porażkę Włókniarza, tak niefortunnie podając piłkę bramkarzowi Szałeckiemu, że wpadła do naszej bramki”. Kolegami z boiska byli wtedy: Józef Nowak, Stanisław Szałecki, Wojciech Kubiak, Zbigniew Kubasiewicz, Andrzej Włodarek, Wojciech Kozłewski, Andrzej Drozdowski.

Włókniarz nie utrzymał się w drugiej lidze. Mimo to Paweł zajął trzecie miejsce w plebiscycie na sportowca Pabianic. Janas dostał 1648 głosów pabianiczan, o 178 mniej niż zwyciężczyni, koszykarka Mirosława Bal.

***

Wiosną 1972 roku do domu państwa Janasów przy Wysokiej zapukali dwaj nieznajomi: szpakowaty jegomość w nienagannie skrojonym garniturze i nieco fajtłapowaty dżentelmen z wąsikiem. Trener Widzewa Leszek Jezierski i kierownik klubu Stefan Wroński, bo o nich mowa, przyjechali do rodziców piłkarza. Chcieli nakłonić Janasów, by Paweł przeszedł do grającego klasę wyżej Widzewa.

Janasowie negocjowali twardo. Gdy Paweł nerwowo obgryzał paznokcie w pokoju za ścianą, ojciec postawił warunek: syn musi skończyć w Łodzi technikum i zdać maturę. Dobili targu. Na treningi Paweł jeździł pociągiem.

W Widzewie piłkarsko okrzepł, choć początki nie były łatwe. Cicho siedział w kącie szatni, na rechocących kolegów spoglądał spode łba. „Trochę się z niego naśmiewaliśmy” – przyznaje piłkarz Tadeusz Gapiński. „Urodzonym przywódcą to on jednak nie był”.

Kibicom i dziennikarzom Paweł nie zawadzał. „Gra twardo, jest ułożony taktycznie, na palcach jednej ręki można policzyć polskich piłkarzy, którzy wygrali z nim pojedynek główkowy” – pisała łódzka prasa.

Drugi po „Ułanie” boiskowy pseudonim Janasa - „Janosik”, wziął się z paru powodów. Paweł był potężnie zbudowany i podobnie jak harnaś zbójników sprawiał wrażenie człeka spokojnego. Ale gdy na boisku walczył o piłkę, był twardy jak tatrzańska skała.

Odkąd z Bydgoszczy przyjechał grać w Łodzi zadziorny rudowłosy Zbigniew Boniek, Paweł miał łatwiejsze życie w szatni. Zakolegowali się, razem chodzili do technikum ekonomicznego. Widzew awansował do ekstraklasy, a Janas i Boniek dostali powołanie do reprezentacji Polski Kazimierza Górskiego. Paweł wszedł na boisko kwadrans przed końcem meczu z Argentyną na Stadionie Śląskim. W telewizorach oglądało to pół Pabianic. Wstydu nie przyniósł.

Dojrzał. Zdał maturę, ożenił się z Urszulą Michalską, koszykarką Włókniarza. Wesele wyprawili w „Stylowej” u zbiegu ulic Armii Czerwonej (Zamkowej) i Narutowicza. Niedługo potem na świat przyszedł Rafał.

Pieniądze za kopanie piłki były wtedy średnie. „Zdarzało się, że zamiast kasy dostawaliśmy coś do ubrania albo eleganckie buty” – wspomina Janas. Klub zatrudnił go na fikcyjnym etacie w Widzewskiej Fabryce Maszyn Włókienniczych. Tam piłkarz dostawał pensję. Działacze Widzewa mocno się uwijali, by załatwić też zaświadczenie, że Janas studiuje ekonomię. Załatwili to za łapówkę. Tym sposobem Paweł uniknął powszechnej służby wojskowej, zapewne na boisku warszawskiej Legii.

Przed i po treningach w Widzewie „Janosik” był szoferem zadziornego napastnika Włodka Smolarka. Kiedy o tym wspomnieć, śmieje się do rozpuku. Pamięta, że młodszy o cztery lata Smolarek nie miał jeszcze prawa jazdy. Przed kolegami wstydził się, że na trening przywozi go tata. Wolał, by autem kierował kumpel z drużyny. Umówili się tak: na nielegalnie jadącego z Aleksandrowa Włodka, zwanego „Sołtysem”, Paweł będzie czekał koło cmentarza przy granicy Łodzi. Usiądzie za kierownicą i razem legalnie pojadą na Widzew. Tak też robili.

Wkrótce Widzew poleciał do Anglii na pucharowy mecz z Manchesterem City. Zremisował i był na ustach całej sportowej Polski. Dobra gra środkowego obrońcy łodzian nie uszła uwadze generałów, którzy wysłali Pawłowi wezwanie do armii. „Wolałem iść do Legii, niż odmówić” – wspomina Janas. Nie chciał mieć do czynienia z generałem Jaruzelskim.

Koszary widywał z okna klubowego autokaru, a żołnierzy tylko na trybunach wojskowego stadionu przy Łazienkowskiej. Mundur przywdział raz, na uroczystą przysięgę. Włosy nosił długie do ramion.

Z Legią Janas tułał się po zapyziałych stadionach w Mielcu, Bytomiu, Sosnowcu, Opolu i Lublinie, tylko raz wystawiając nogę za granicę. Pamięta, że w przegranym meczu z Dinamem Tbilisi publika skandowała: „Precz z komuną!” i „Milicja - gestapo!”.

Nie był ulubieńcem warszawskich kibiców. Po pierwsze dlatego, że do Legii przyszedł z Łodzi, po drugie - na boisku nie pajacował. On Warszawy też nie pokochał. Przynajmniej wtedy.

***

Oknem na świat była reprezentacja Polski. Zagrał w niej 53 razy, strzelając bramkę w wygranym 5:0 meczu z Libią. Raz zaliczył samobója, gdy z Finlandią (1:1) głową przelobował bramkarza Józefa Młynarczyka. „Trochę flegmatyczny i surowy technicznie, ale jak się uwiesił na napastniku, to musiał mu odebrać piłkę” – scharakteryzował go Kazimierz Górski, trener wszech czasów.  W kadrze Paweł grał u boku gwiazd: Włodzimierza Lubańskiego, Grzegorza Laty, Jana Tomaszewskiego, Kazimierza Deyny, Zbigniewa Bońka, Andrzeja Szarmacha.

W 1982 roku biało-czerwoni z Janasem w obronie mieli grać w mistrzostwach świata. Pod wodzą trenera Antoniego Piechniczka szykowali się na hiszpański mundial, gdy generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny. Janas opowiadał o tym w rozmowie z dziennikarzem Antonim Bugajskim: „W stanie wojennym nikt z nami nie chciał grać. To raz, a dwa, że władza bała się nas puszczać za granicę, żeby ktoś tam nie został. Był problem z przygotowaniami. Dużo czasu spędziliśmy na obozach w Polsce. W Beskidach śniegu po pas, a myśmy hasali po górach. Turyści się cieszyli, bo przecieraliśmy im szlaki. W lasach żywej duszy, tylko straż graniczna, musieliśmy mieć przepustkę, choć wtedy czmychnąć można było co najwyżej do Czechosłowacji”.

Do Hiszpanii pojechali z tajniakami. Na początku szło im kiepsko. Zremisowali z Włochami i Kamerunem. Atmosfera w ekipie była marna. „Działacze szykowali się na powrót do domu. Nakupili pomarańczy, bo wtedy w Polsce to był towar luksusowy” – wspomina Paweł. No i gdy nagle rozbiliśmy Peru, zrobił się kłopot, co z tymi owocami, bo nie mogły leżeć tydzień w torbach. Układ był taki, że pomarańcze odkupi nasza kuchnia, a działacze przed wylotem zaopatrzą się w świeżą porcję. Przez kolejne dni musieliśmy te pomarańcze wcinać”.

Janas grał we wszystkich meczach kadry, tworząc z Władysławem Żmudą najlepszą parę obrońców mundialu. Polska zajęła trzecie miejsce, a piłkarze dostali srebrne medale. Swój medal Janas zgubił. „Wielka szkoda, że podczas tych wszystkich przeprowadzek gdzieś mi się zawieruszył” - ubolewa.

***

Do Warszawy już nie wrócił. Zaraz po mundialu przeszedł do francuskiego AJ Auxerre. Nad Wisłą było to wydarzenie dużego kalibru, bo w stanie wojennym mało komu pozwalano zostać na Zachodzie, a co dopiero żołnierzowi z Legii. „Miałem prawie trzydzieści lat, więc zlitowali się nad staruszkiem” – wytłumaczy to Paweł.

Janasowie z sześcioletnim Rafałem zamieszkali w Burgundii. Dwa razy mniejsze niż Pabianice miasteczko Auxerre było dla nich rajem: bez kolejek przed wiecznie pustymi sklepami, kartek na masło i jednej przydziałowej pary butów rocznie. Drogę do piłkarskiego klubu AJ Auxerre, finansowanego przez ubojnię indyków, przetarł Pawłowi kolega z kadry, Andrzej Szarmach. „Diabeł” strzelał dla Auxerre furę goli i był legendą klubu.

Paweł dostał niebiesko-białą koszulkę z numerem sześć. Gdy pierwszy raz wbiegał na boisko, spiker wyczytał nazwisko nowego piłkarza z Polski: „Żanas”. Grał dobrze, choć palił i pił piwo. Podczas treningu schodził z murawy na papierosa. „Trener Guy Roux pozwalał” – opowiada Janas. „On wiedział, że palenie nie przeszkadza mi w grze. Poza tym nie było sensu, żeby trzydziestoletni facet chował się z papierosami jak jakiś dzieciak”.

Po piwo Paweł wysyłał najmłodszego w drużynie, siedemnastoletniego Érica Cantonę, przyszłego reprezentanta Francji i gwiazdę Manchesteru United. Dziś Janas twierdzi, że było trochę inaczej, ale stanowczo nie zaprzecza.

We Francji został myśliwym. „Mieliśmy więcej wolnego niż w Polsce, bo trenowaliśmy tylko raz dziennie. Po zajęciach nie było co robić. Sponsor, zapalony myśliwy, urządzał polowania i zapraszał nas. Raz poszedłem i spodobało mi się. Zdałem egzaminy, kupiłem broń” - wspomina.

Na łowy chadzał zwykle z kilkoma piłkarzami i prezesem klubu. Opowiada, że czasami przed polowaniem kupowali żywe bażanty z hodowli. Wypuszczali je pod lasem, by było do czego strzelać. Strzelał celnie, upolował jelenia. Łowiectwo go wciągnęło. Kilka lat później oświadczył: „Wśród trofeów brakuje mi tylko łosia”.

Po ostatnim sezonie Janasa w Auxerre (1986) eksperci dziennika „France Football” wybrali go najlepszym obcokrajowcem na francuskich boiskach. W Burgundii grał cztery lata, wreszcie zarabiając przyzwoite pieniądze.

Już wtedy przymierzał się do trenerskiego stołka. „Dużo dały mi rozmowy z trenerem Guyem Roux i podpatrywanie go, gdy prowadził zajęcia” – przyznaje. „Jako trener Paweł z powodzeniem korzysta z wzorców treningowych naszego klubu” – kilkanaście lat później powie Guy Roux.

Do starzejących się w Pabianicach rodziców Paweł zaglądał rzadko. Męczyły go wyrzuty sumienia. Przyznał to w rozmowie z Izą Koprowiak, dziennikarką „Przeglądu Sportowego”, mówiąc: „Tata się ciągle nudził. Kupiłem mu w Pabianicach działkę, żeby mógł sobie na niej pracować, ale właśnie z powodu tej działki szybciej zmarł. Wiosną zaczął kopać, spocił się, dostał zapalenia płuc. Grałem wtedy we Francji, sądziłem, że mu pomagam, okazało się zupełnie inaczej. Miałem duże wyrzuty sumienia. Niedługo później zmarła mama”.

Do Polski Urszula i Paweł wrócili z powodu syna. Urszula chciała, by dziesięcioletni Rafał brał lekcje w języku polskim. Ale do najbliższej polskiej szkoły w Paryżu było 170 kilometrów autostradą A6. Codzienne wożenie Rafała nie miało sensu.

Po powrocie Janasom urodziła się córka. Mniej więcej wtedy tata Asi podjął męską decyzję: schodzi z boiska, zostanie trenerem.

***

Znów miał pod górkę. Droga na trenerską ławkę wiodła przez ławę szkolną, a Paweł na studenta już nie wyglądał. Mimo to studiował. Po wykładach w Akademii Wychowania Fizycznego jechał na boczne boisko Legii. Klub, który sporo mu zawdzięczał, pozwolił szkolić juniorów.

W olimpijskiej reprezentacji kraju Paweł został asystentem trenera Janusza Wójcika. Razem poprowadzili zespół po srebrny medal igrzysk w Barcelonie (1992). Przy Wójciku, który był lichym piłkarzem, a wyrósł na niezłego trenera, Janas nauczył się dużo więcej niż maksymy: „Nie ma sianka, nie ma granka”. „Jest moim uczniem” – chwalił się „Wójt”. Podałem mu rękę, bo nie wiedział, jak się w trenerskim świecie poruszać. Muszę przyznać, że był pojętnym i pracowitym asystentem”.

Razem prowadzili Legię. W ostatniej kolejce sezonu 1992/93 na boiskach działy się cuda, o mistrzostwie Polski decydowały pojedyncze gole. Legia wygrała z Wisłą 6:0, a ŁKS z Olimpią Poznań 7:1. Przekręt widać było gołym okiem, kibice śpiewali paskudne piosenki. PZPN pozbawił Legię tytułu, prokurator umorzył śledztwo, a piłkarzom i trenerom nie spadł włos z głowy.

Pewnego dnia Wójcik poprowadził trening Legii, wsiadł w samolot na Bliski Wschód i objął kadrę olimpijską Emiratów Arabskich. Od tej pory Janas pracował na własne nazwisko. Z Legią sięgnął po dwa mistrzostwa Polski i ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Sam grywał w ekipie weteranów zwanej Orłami Górskiego.

Dostał nową posadę. W roli trenera polskiej kadry młodzieżowej miał awansować na igrzyska w Sydney. To wtedy przyszło mu stoczyć najcięższą batalię w życiu. „Zrobiła mi się gula pod szczęką” - wspomina. „Lekarze ze szpitala wojskowego orzekli, że to problem ze ślinianką, ale niegroźny. Minęły dwa lata, a gula nie znikała. W warszawskim szpitalu na Banacha powiedzieli, że konieczny jest zabieg”.

Dwa tygodnie po operacji Paweł dostał skierowanie na onkologię, na badania. „Otworzyłem kopertę z wynikami i przeczytałem: nowotwór, chłoniak złośliwy” - opowiada. „W tamtych czasach rak oznaczał odjazd z tego świata. Musiałem się przygotować na wszystko. Lekarz zalecił unikanie stresów”.

Ze zgrupowania „młodzieżówki” pojechał do szpitala na „chemię”.

Wrócił nocą, gdy wszyscy spali. „Wstaję rano, a na głowie prawie nie mam włosów, tylko kępki zostały” – wspomina. „Do stołówki na śniadanie zszedłem w czapce. Chłopcy wiedzieli, co się dzieje, ale nie dawali po sobie poznać. Świetnie się zachowali. Potem poszedłem do fryzjera, żeby ostrzygł mnie na krótko”.

Przetrzymał trzy „chemie” i naświetlania kobaltem. Nie mógł wejść pod prysznic, bo woda boleśnie paliła mu naświetlaną skórę. Nie mógł biegać, nie mógł wsiąść na rower. Jak to znosił? „Jechałem do lasu, siadałem na ambonie i myślałem. Telefony zostawały w samochodzie, gazet nie czytałem” - opowiada.

Na dodatek rozstał się z żoną. „Powiedziała mi coś takiego, że podjąłem decyzję w pięć minut” – wspomina. „Zostawiłem wszystko, zabrałem tylko sprzęt myśliwski, wsiadłem w samochód i wyjechałem z domu. Nie miałem się gdzie podziać. Początkowo mieszkałem w kwaterze myśliwskiej, potem w Łebie, bo tam mam domek, aż dostałem pracę we Wronkach. Całe życie układałem od nowa”.

Gdy posadę trenera reprezentacji Polski zwolnił Zbigniew Boniek, wśród kandydatów pojawił się Janas. Polski Związek Piłki Nożnej oddał mu ster kadry. Zawodnicy przyjęli Pawła dobrze. „Potrafi dotrzeć do piłkarza w prosty sposób. Nie używa jakichś inteligentnych określeń, nie owija w bawełnę. Po chłopsku przekazuje nam, o co mu chodzi, a do nas to trafia” – mówił pomocnik Tomasz Sokołowski.

Michał Listkiewicz, prezes PZPN, opowiada, że „Janosik” był pierwszym szkoleniowcem kadry, który rozmowy o posadzie nie rozpoczął od pieniędzy. Paweł stwierdził krótko: „Najpierw awansujmy, potem pogadajmy”. Jednak już po kilku wygranych meczach mimochodem podsunął prezesowi gazetę. Pisano w niej o zarobkach trenera Anglików, Svena Goerana Erikssona - prawie 5 milionów funtów rocznie.

Pod wodzą Janasa kadra grała nieźle, pokonała Włochy i zremisowała z Anglią. Za to upiornie ciężko szły Pawłowi rozmowy przed kamerami. Plątał się, narzekał, męczył, biadolił. Czasami się wkurzał. Na konferencję prasową po klęsce z Ekwadorem wysłał… kucharza reprezentacji. „Lubiłem pracować z drużyną. A te wszystkie konferencje, pytania, szukanie problemów, to nie było dla mnie…„ – tłumaczył. „Na pierwszy rzut oka Janas sprawia wrażenie mruka, któremu z największym trudem przychodzi wypowiedzenie więcej niż jednego zdania. Może zabrzmi to nieco dziwnie, ale wynika to z jego wrodzonej nieśmiałości” – pisał tygodnik „Przegląd”.

Biało-czerwoni Janasa wywalczyli awans na mistrzostwa świata w 2006 roku. Jednak skład reprezentacji, jaki trener ogłosił w studiu telewizji, zszokował cały kraj. Zabrakło filarów: bramkarza Jerzego Dudka, obrońcy Tomasza Kłosa, napastnika Tomasza Frankowskiego. W programie „As wywiadu” odtrącony Tomasz Kłos oświadczył: „To, co zrobił Janas, jest sk…”. Tu posypały się słowa, za które sędzia wyrzuca z boiska.

W kadrze nikt głośno nie kwestionował decyzji trenera. Dopiero po drugim przegranym meczu mundialowym wszystko się posypało. Polska odpadła. Nazajutrz jedna z gazet wyszła z czarną okładką i wielkim tytułem: „Wstyd, żenada, kompromitacja, hańba, frajerstwo. Nie wracajcie do domu!”.

Janas zrezygnował. Próbował trenować w mniejszych klubach, bez powodzenia. Pewnego dnia oświadczył: „Dostałem pismo z ZUS-u. A w nim wyliczenia, według których należy mi się 1200 złotych emerytury miesięcznie”.

Do piłki nie chce wracać. „Nie lubię tłumów. Gdy jadę do Warszawy, jest mi ciężko. Ten hałas, ciągły młyn, pośpiech. W domu mam spokój, niech teraz pokażą się młodsi”. Związał się z Małgorzatą z Piły, która woziła go po szpitalach, gdy ciężko chorował. Syn jest trenerem, radzi sobie. Z byłą żoną Janas ciągał się po sądach dobre dziesięć lat. „Szło o podział majątku, choć ona nigdy nie pracowała. Zostawiłem jej dom, wszystko, ale chciała też bardzo wysokich alimentów” – wyznał w gorzkiej rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Miał już tylko jednego brata. „Reszta rodzeństwa nie żyje. Można powiedzieć, że jestem sam” - mówił. „Między mną a bratem jest bardzo duża różnica wieku. Brat miał syna o trzy lata młodszego ode mnie. Nie mamy żadnego kontaktu”.

W „Alfabecie Janasa” pod literą „P” jak Pabianice Paweł napisał: „Moje rodzinne miasto. Bardzo rzadko je odwiedzam. Mieszka tam jeszcze brat, a koledzy porozjeżdżali się po całym świecie w poszukiwaniu pracy”.