Dukat z 1658 roku | foto: numizmatyka.waw.pl
Dukat z 1658 roku

Gdy kredyty zwano aktami miłosierdzia

Przełom XVII i XVIII wieku to lata nędzy. Wrogie wojska złupiły nasze ziemie. Dzierżawca dóbr, ksiądz Jordan, wpada na pomysł, jak podźwignąć majątek miasta

utworzono: 2011-04-11 11:58:48
ostatnia modyfikacja: 2011-04-11 19:40:45
autor: Gurazda Magdalena

Pod pozorem pomocy ubogim chłopom, kanonicy będą pożyczać im pieniądze. Duchowni wyciągnęli z sakiewek i skrzyń 4.000 złotych polskich. Będą to pieniądze na „ofiary bezinteresowne przeznaczone dla dobra bliźniego, a mające być zarazem aktami miłosierdzia”. Z dobroczynnością mają jednak tyle wspólnego, co koń z koniunkturą. Za pieniądze pożyczone od księży chłopi kupowali sprzężaj (bydło, sprzęt gospodarki, narzędzia), którym potem pracowali na pańskich folwarkach. „Dobrzy ofiarodawcy” (kanonicy) i biedni wdzięczni chłopi to zwyczajni wierzyciele i zwyczajni dłużnicy.
Pożyczka obwarowana była żelaznymi regułami. Aby półrolnik czy kwartownik mógł ją dostać od kanonika, potrzebował poręczenia przynajmniej kilku gospodarzy. Jeśli dłużnik nie mógł oddać pożyczki, musieli to za niego zrobić wierzyciele. Wyznaczeni dozorcy mieli zadanie sprawdzać, na co zostały spożytkowane pożyczone pieniądze. Doglądali też, jak włościanie wydatkują pieniądze i czy będą w stanie spłacić księżom dług w wyznaczonym terminie.
Administratorzy napominali kredytobiorców, że „Pod karą stu plag nie wolno sprzedać sprzężaju. Rola takiego zostaje odebrana, a sprzężaj winien odkupić”. Swoje spostrzeżenia wpisywali w rubryki księgi rejestru. W rubrykach tych były miejsca na następujące dane: nazwę wsi oraz jej przynależność do klucza, imię i nazwisko dłużnika, datę podjęcia przez niego pieniędzy i wyznaczone terminy spłat ratalnych. Pierwszy taki rejestr pochodzi z 1715 roku, ostatni – z 1784 r., kiedy postanowiono o zaniechaniu udzielania pożyczek. Dlaczego? Badacze rozpatrują dwie możliwości: albo pożyczane pieniądze nie wracały do rąk księży, albo administratorzy dóbr (chcąc ochronić się od większych strat) zablokowali kredyty.
W latach 1715-1721 z pożyczek korzystało 27 półrolników z Jutrzkowic, Bychlewa, Karniszewic, Petrykozów i Piątkowiska. Pożyczali oni zazwyczaj po 20 złp. Pieniądze musieli oddać w rok (pożyczka krótkoterminowa) lub w ciągu trzech lat (pożyczka długoterminowa). Jednak trudna sytuacja chłopów powodowała, że nie dawali rady terminowo spłacać kredytów. Zazwyczaj stać ich było na oddanie tylko pierwszej raty. W księgach rachunkowych z 1717 r. zanotowano, że z pożyczonej dwa lata wcześniej sumy 4.400 złp udało się odebrać jedynie 1.918 złp.
W 1721 r. we wsi Bychlew dziesięciu półrolników zalegało ze spłatą 200 złp. W Żytowicach piętnastu chłopów miało oddać 368 złp, w Ślądkowicach pożyczkę wzięło tylko sześciu, ale oddać nie zdołało 132 złp.
Wsie wokół Pabianic były mocno zadłużone, a z umarzaniem długów kanonicy się nie kwapili. Czasami łaskawie godzili się na odroczenie terminu spłaty. W zapisku ówczesnego lustratora czytamy: „Wojciech Gaz uprosił mi się, aby był wolny od pożyczanych pieniędzy na przyszły rok 1726”. Szczęście w postaci zupełnego zwolnienia od spłaty długu w latach 1715-1735 spotkało tylko jednego chłopa.
W okresie największego zubożenia włości, czyli na początku XVIII wieku, na chleb i liche ubranie nie wystarczało też mieszczanom. W Pabianicach rozwinął się lokalny kredyt - ci, którzy mieli pieniądze, pożyczali je biedniejszym. Pożyczki dawane były pod zastaw kosztownych przedmiotów: srebrnych pasów, biżuterii, sukna, a nawet domu i obórki.
Kredyt miejski udzielany był albo w postaci pieniądza, albo w naturaliach (zboże, warzywa, owoce). Akt ugody zawierano w urzędzie radzieckim (nazwa urzędu pochodzi od radzenia – przypisek red.), w obecności burmistrza, rajców i pisarza. Pożyczki, jak w przypadku kredytów wiejskich, były krótkoterminowe lub długoterminowe. Spłata tej drugiej mogła się ciągnąć do 10 lat, a pod zastaw dawano ziemię.
Oprocentowanie pożyczek miejskich było bardzo wysokie, bo nawet 20-procentowe w stosunku rocznym. O tym, jak wyglądały takie pożyczki, mówi zapis z 1691 r. pomiędzy mieszczanami pabianickimi Janem Boreckim i Dorotą Zarkowską. Pożyczka wynosiła wówczas 10 czerwonych złp na okres jednego roku. Dłużnik dał w zastaw pozłacany pasek, który miał być przechowywany przez burmistrza w jego skrzynce. Miał, bo często bywało, że rzeczy dane pod zastaw były używane przez wierzycieli. Gdy dłużnik nie był w stanie spłacić pożyczki w terminie, jej wysokość rosła dwukrotnie.
Kredyt miejski zaspokajał tylko doraźnie problemy ubogich mieszczan. A że był wysoko oprocentowany, przyczynił się jedynie do jeszcze większego kryzysu majątkowego.

Co tydzień w papierowym wydaniu Życia Pabianic znajdziecie całą stronę poświęconą historii naszego miasta. Dotychczas ukazały się drukiem publikacje między innymi o tym, jak wyglądała nauka w szkołach, z kim handlowaliśmy i kto nami rządził w XVII i XVIII wieku. Ukazały się też artykuły okolicznościowe, np. o Bożym Narodzeniu w latach 1959, 1982 i 1989 czy teksty o wybitnych, ale też nie wszystkim znanych pabianiczanach - żołnierzu Walentym Zorze i psycholog Halinie Spionek-Pelc.

Zapraszamy Internautów do wpółredagowania strony historycznej w gazecie. Jeśli macie zdjęcia swoich przodków i chcielibyście o nich opowiedzieć, wysyłajcie informacje na adres m.gurazda@zyciepabianic.pl
 






Komentarze do artykułu: Gdy kredyty zwano aktami miłosierdzia

Nie ma komentarzy do tego artykułu.

Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz się zalogować.

Kliknij tutaj







facebook