– Niezależnie od tego jak wyglądają podwórka, ważne są przyjaźnie, jakie zadzierzgną się podczas walk czy zabawy – uważa naukowiec.
W poniemieckiej willi przy Dąbrowskiego 43 Janusz Czapiński mieszkał do dziewiętnastego roku życia. Wraz z mamą zajmował 15-metrowy pokoik na piętrze. Nie było w nim toalety. Do ubikacji schodziło się na podwórze.
– A rozległe podwórko miało mnóstwo zakamarków. To był istny raj dla chłopaków: kryjówki, trzepak, niskie dachy komórek – wspomina. – Matka pracowała na trzy zmiany, dużo czasu spędzałem więc na ulicy. Nie biegałem z kluczem na szyi, bo mieliśmy rodzinną skrytkę na klucz.
Od trzeciego do siódmego roku życia Januszek chodził do przedszkola przy Strzelnicy. Pamięta wychowawczynię, panią Felę.
– To była wspaniała osoba – mówi z uczuciem.
Miał czterech kumpli, za których był gotów skoczyć w ogień: Tomka Skrobiszewskiego, Tadka Nowrackiego, Bogdana Fraszkę Piotrka Becha. To z nimi ścigał się w ulicznych rajdach samochodowych. Auta powstawały w wyobraźni dziesięciolatków. Kierownice robili z drutu. Do niej przyczepiali fiolki po lekarstwach. To były zegary. W ogrodzie bawili się w okręt. Rysowali go patykiem na ziemi. Był kapitan, sternik, majtkowie. Albo jako Indianie buszowali wśród macew na cmentarzu żydowskim.
– Podwórko uczyło sztuki współpracy, negocjacji, kompromisów. Tworzyło więzi i budowało społeczny kapitał – uważa profesor. – Nie było nikogo, kto by się zajął rozwiązywaniem naszych sporów. Nie było negocjatorów. Sami się tego uczyliśmy.
Szkołę Podstawową nr 14 przy ul. Odrodzenia wspomina z umiarkowaną sympatią.
– Nie byłem orłem, zwłaszcza z matematyki – przyznaje. – Za to miałem talent plastyczny i robiłem dekoracje na szkolne uroczystości. W ten sposób migałem się z lekcji matematyki.
Po podstawówce zawiózł papiery do Liceum Plastycznego w Łodzi. Ale przepadł, bo nie pokazał swoich prac artystycznych.
– Z płaczem wracałem do domu – wspomina. – Wtedy spotkałem żonę dyrektora podstawówki. Zaprowadziła mnie do męża. „Janusz, nie martw się”, usłyszałem od pana Łazurskiego. Pojechał ze mną do Łodzi i jakoś to załatwił.
Ale wymarzonego „plastyka” nie ukończył. Artystą nie został.
– Wyrzucono mnie w 1968 roku – wyjaśnia. – Ponoć byłem pupilkiem dyrektorki szkoły. A ona była Żydówką. To wtedy wystarczyło, by skreślić człowieka.
Czapiński obraził się na świat. Sprzedał farby, blejtramy, pędzle. Zniszczył wszystkie swoje prace.
– Litościwa kuratorka oświaty skierowała mnie do liceum przy radiostacji na łódzkich Stokach, bym chociaż zdał maturę – wspomina. – Tam chodziło szczególne towarzystwo z całej Łodzi.
Tam spróbował pierwszych „prochów” - tabletek na odchudzanie, które działały podobnie jak narkotyk.
Wkrótce wpadła mu w ręce książka, która zmieniła jego życie. Doskonale pamięta jej tytuł: „Wprowadzenie do psychologii”. Tę „cegłę” przeczytał jednym tchem.
– Zapaliłem się – wspomina. – Złożyłem papiery na Uniwersytet Warszawski, bo tylko tu na egzaminach wstępnych nie było matematyki.
Przed egzaminem z języka polskiego wziął ostatnią tabletkę. Jak najęty gadał o „Czarodziejskiej Górze” Tomasza Manna. Zbajerował komisję, że musi się z kimś podzielić się wrażeniami z lektury książki. Mówił tak ciekawie, że naukowcy zapomnieli o pytaniach egzaminacyjnych. Zdał najlepiej, choć konkurencja była ogromna - 15 kandydatów na jedno miejsce.
– Dostałem dodatkowe sześć punktów za pochodzenie robotnicze – śmieje się – Wtedy takie punkty były ważne.
Przez pięć lat studiów Janusz mieszkał w akademiku. Żywił się najtańszym pytlowym chlebem i białym chudym serem. Nie dostał stypendium, bo emerytura matki była o kilka złotych za wysoka. Mimo biedy nie poszedł do studenckiej spółdzielni, by zarobić parę groszy przy sprzątaniu lub roznoszeniu mleka.
– Nie lubię pracować fizycznie, wolałem jeść chudy ser – tłumaczy profesor.
Od trzeciego roku dostawał stypendium naukowe. Po obronieniu pracy magisterskiej został w Warszawie. Zaczął pracować naukowo na uniwersytecie.
Ożenił się dwukrotnie. Ma troje dzieci. Najmłodszy synek ma 7 lat.
– Żadne z moich dzieci nie bawiło się na podwórku – mówi. – Po pierwsze, tam gdzie mieszkaliśmy nie było podwórek. A po drugie, dziś na podwórkach jest zbyt niebezpiecznie.
Od śmierci mamy w 1993 roku nie był w starym domu przy Dąbrowskiego w Pabianicach. Nie spotkał się z kumplami z podstawówki.
– Nie jestem pewien czy mielibyśmy o czym rozmawiać, choć to co przeżyliśmy ukształtowało mnie jako człowieka.


Profesor Uniwersytetu Warszawskiego Janusz Czapiński urodził się 25 stycznia 1951 roku w Pabianicach. Magisterium w 1975 r. zdał w Instytucie Psychologii UW. Doktorat obronił w 1983 r., habilitowany w 1988 r. Ma 12 wypromowanych magistrów i 11 magistrantow, opiekuje się 3 doktorantami.
Zainteresowania naukowe: makropsychologia, badania opini publicznej, badania rynkowe, postawy polityczne, emocje i procesy wartościowania, jakość życia, psychosomantyka, depresja, przedsiębiorczość, adaptacja do zmian systemowych.