Z ekstraklasy do nas

Jest pierwszym od 12 lat piłkarzem Włókniarza z ekstraklasą w życiorysie. Tomasz Ostalczyk, 29-letni pomocnik (lub napastnik) umiejętnościami mocno przerasta okręgówkę

utworzono: 2017-01-01 10:54:57
ostatnia modyfikacja: 2017-01-01 20:29:47
autor: Ziarkowski Grzegorz

Jesienią grał we wszystkich meczach „zielonych” od pierwszej do ostatniej minuty, strzelając 10 bramek.

Pochodzi z piłkarskiej rodziny, jego wujek - Grzegorz Ostalczyk, wybornie grał w ŁKS. W pierwszej drużynie Tomek debiutował w 2005 r., gdy ŁKS awansował do ekstraklasy. Występ przeciwko Podbeskidziu Bielsko-Biała (3:0) pamięta z detalami.

- Zmieniłem rozgrywającego, Rafała Niżnika. Mogłem strzelić bramkę. Dostałem prostopadłe podanie, kątem oka zauważyłem nadbiegającego kolegę i zagrałem mu piętą, ale on... nie doszedł do piłki – wspomina.

19-latek przyjął w ekipie ŁKS. Obok niego w klubowej szatni przebierali się byli reprezentanci Polski: Bogusław Wyparło, Tomasz Kłos, Igor Sypniewski, Łukasz Madej. No i pabianiczanin, wychowanek PTC, Zdzisław Leszczyński.

- Gdy zostałem klubowym kolegą wspomnianego Niżnika, którego podziwiałem jako 11-latek, gdy ŁKS sięgał po mistrzostwo Polski, była to dla mnie nobilitacja – mówi. - Nie zwracałem się do niego per pan, lecz po imieniu.

Na pytanie czy noszenie sprzętu za starszymi piłkarzami to ujma, Tomasz Ostalczyk odpowiada, że nie był to może zaszczyt, ale oznaka tego, że Sypniewski i Wyparło go... lubią.

- Dbałem o to, by ze starszymi piłkarzami mieć dobre relacje. Dziś młody chłopiec wchodzi do szatni i nie wie, co należy do jego obowiązków – uważa. - Nie było nic złego w tym, że nosiło się buty, czy piłki na trening. Byłem młodym człowiekiem, który chciał się uczyć. Teraz młodzi nie znają swego miejsca w szeregu.

Zanim doczekał debiutu w ekstraklasie, klub wypożyczył go do kieleckiej Korony, gdzie grał w drugim zespole.

- Pół roku później wróciłem do Łodzi. Potraktowano mnie wtedy jak kogoś, kto sobie poradził – mówi. - Wielu wychowanków nie dostało szansy w ŁKS, byli wypożyczani do innych klubów.

Pierwszy sezon w ekstraklasie zakończył z siedmioma występami na koncie. Pojawiały się opinie, że Ostalczyk ma talent, ale na ekstraklasę jest fizycznie za słaby.

- Skoro uważał tak jeden i drugi trener, to dlaczego nie pracowali ze mną, by poprawić siłę? - pyta retorycznie. - Woleli mnie odstrzelić.

Odrodzenie nad morzem

Latem 2009 r. nie na boisku, lecz w zaciszu gabinetów Polskiego Związku Piłki Nożnej, ŁKS został spuszczony z ekstraklasy. Tomasz Ostalczyk wywalczył wtedy miejsce w podstawowym składzie, zaliczył prestiżowe derby Łodzi z Widzewem. Później nabawił się kontuzji i przesunęli go do rezerw.

Przeniósł się do Polkowic, potem do Turku, wreszcie do Świnoujścia. W tamtejszej Flocie zaliczył debiut-marzenie. Jego nowa drużyna wygrała 2:1 z KSZO Ostrowiec, a „Ostal” strzelił dwa gole.

- Świnoujście jest pięknym miastem, a we Flocie była świetna atmosfera. Ten zespół musiał być w czubie tabeli – twierdzi. - Tam jeden chłopak walczył za drugiego. Na „rybkę” do knajpy potrafiło pójść piętnastu zawodników.

Na Wyspie Uznam Ostalczyk odrodził się sportowo. W najlepszym sezonie (2011/2012) rozegrał wszystkie 34 mecze, strzelając 7 goli. Flota pod wodzą Czecha Petra Nemca, była wysoko w tabeli, walczyła o awans do ekstraklasy.

- Był to sezon, gdzie najbliższy wyjazd mieliśmy do... Łodzi. Dla nas każdy wyjazd był na wagę złota, każdy mecz trzeba było wygrywać – wspomina. - Drużyny, które przyjeżdżały do Świnoujścia, nierzadko „odpuszczały”, bo... była to dla nich zbyt daleka wyprawa. My gdybyśmy w ten sposób podchodzili do wyjazdów, opuścilibyśmy ligę. Na wyjeździe nie ponieśliśmy żadnej porażki. U siebie zdarzyły się wpadki, przegraliśmy mecze z Kolejarzem Stróża i Dolcanem Ząbki. To zadecydowało, że przestaliśmy się liczyć w walce o awans.

Ze Świnoujścia Ostalczyk trafił do Bydgoszczy. W Zawiszy działał ekscentryczny właściciel, Radosław Osuch.

- Nie miałem z nim wielkich spięć. W ostatnim meczu wygraliśmy 4:0, ja strzeliłem gola i zanotowałem asystę, pieczętując awans do ekstraklasy. Prezes powiedział, że nieważne co się będzie działo, Ostalczyk w klubie zostanie – opowiada. – Ale gdy byłem tydzień po ślubie, Osuch oświadczył mi, że jednak w Zawiszy dla mnie miejsca nie ma.

Przeklęta kostka

W 2013 r. Ostalczyk przeszedł do Chojniczanki Chojnice. Na obozie przygotowawczym „złapał” kontuzję kostki.

- Usłyszałem, że to tylko skręcenie. Powinienem przyjechać do Łodzi i zrobić z tym porządek, ale w Chojnicach wymagano, bym jak najszybciej wrócił do gry. Efekt był taki, że funkcjonowałem na ketanolu i blokadach – mówi piłkarz. - Po półtoramiesięcznej przerwie wyszedłem na trening, a po trzech treningach znalazłem się w pierwszym składzie na mecz z GKS Katowice. To było wielkie zaskoczenie. Zagrałem na świeżości, zanotowałem asystę.

Po meczu kostka wyglądała fatalnie. Bardzo bolała. Nie pomagały okłady z lodu. Działacze z Chojnic obrazili się na pomocnika, że... wyszedł na boisko z niewyleczoną kontuzją. Gdy Ostalczykowi skończył się kontrakt z Chojniczanką, postanowił... dać sobie spokój z futbolem.

- Chciałem już wrócić do domu, choć miałem ciekawe propozycje – przyznaje. - Musiałem przejść drugi zabieg bolącej nogi. Wtedy zadzwonili do mnie z Mielca. W tamtejszej Stali miałem się odbudować.

Po konsultacji z żoną pojechał na Podkarpacie. Magnesem, był nowy, efektowny stadion Stali.

- Miałem propozycję z klubów pierwszej ligi, które jednak nie miały za sobą rzeszy kibiców. A przecież to kibice są solą futbolu, dla nich gra się w piłkę – uważa zawodnik. - Chciałem się porządnie wyleczyć, ale działaczom Stali zależało na tym, by jak najszybciej podpisać umowę.

Trenował ledwie trzy dni, gdy zapadła decyzja: jedziesz na mecz. Po godzinie gry wszedł na boisko, by odwrócić niekorzystny wynik.

- Po drugim meczu noga zaczęła boleć, puchnąć. Nie byli zachwyceni tym, że przybyłem do nich z urazem – mówi. - Po trzech meczach się rozstaliśmy. Pół roku nie grałem w piłkę.

Wrócił do trzecioligowego ŁKS. Stwierdził, że na tym poziomie rozgrywkowym da radę przyzwoicie pograć. Znał szkoleniowców łódzkiego klubu – Marka Chojnackiego, i Dariusza Bratkowskiego. Ci dali mu szansę. W trzeciej lidze grał rok.

Telefon od kolegi

Latem zdecydował się wzmocnić Włókniarza, choć chciał już ostatecznie zerwać z piłką.

- Zadzwonił do mnie kolega, trener Robert Szwarc. Mówił, że w Pabianicach rodzi się fajny pomysł na budowanie zespołu. Powiedziałem „zgoda”, bo lubię wyzwania – opowiada Ostalczyk. - Do Włókniarza wszedł pan Bert Hartman, który chce robić tutaj dobrą piłkę. Ja pomogę, choć dzwonili do mnie z propozycjami gry w wyższych ligach.

Kapitan Włókniarza jest człowiekiem stabilnym: ma żonę, półroczne dziecko, własną firmę. Życie osobiste i zawodowe to dla niego sprawy najważniejsze. Piłka jest dodatkiem.

- Dopóki Włókniarz będzie chciał korzystać z mojego boiskowego doświadczenia, dopóty będę mu służył. Jednak przyszedłem do Pabianic na moich warunkach i na pewno dla futbolu nie poświęcę rodziny albo pracy – wyraźnie zaznacza. - Gram w piłkę, bo jeszcze sprawia mi to radość. Dziś cieszę się, że jestem we Włókniarzu. To dla mnie żaden dyshonor grać w okręgówce. Kiedyś dzieliłem szatnię z Tomkiem Hajtą. Ja młody, utalentowany, on wybitny reprezentant kraju. Występowaliśmy na tym samym poziomie.

„Zieloni” po rundzie jesiennej mają 12 punktów straty do lidera, Boruty Zgierz.

- Mnóstwo punktów straciliśmy w meczach, które powinniśmy wysoko wygrać – uważa nasz kapitan. - Potencjał w drużynie jest. Ale czy na awans do IV ligi, to już zweryfikuje boisko.

Transferowe hity Włókniarza z minionych lat:

Juliusz Kruszankin – chudy jak szczapa wielkolud, na którym selekcjoner Lesław Ćmikiewcz usiłował oprzeć reprezentacyjną obronę. Ma na koncie dwa tytuły mistrza Polski, prawie 300 występów w ekstraklasie i 14 goli. Do Włókniarza dołączył latem 1999 r.

Jacek Traczyk – obdarzony świetną techniką niewysoki pomocnik ŁKS, Zawiszy Bydgoszcz i Petrochemii Płock, grał prawie 100 razy w ekstraklasie. We Włókniarzu debiutował jesienią 1999 r.

Piotr Pomorski – były napastnik Śląska Wrocław i Petrochemii Płock. w ekstraklasie zagrał 43 razy. Do Pabianic trafił z III ligi fińskiej jesienią 1999 r.

Mariusz Jabłoński – bramkarz, który pamiętał ostatni sezon „zielonych” w drugiej lidze. Wrócił tu latem 1999 r. z silnego wówczas RKS Radomsko.

Krzysztof Wołowiec – snajper, którego w Łódzkiem bali się wszyscy bramkarze, hurtowo strzelał gole m. in. dla WKS Wieluń i KKS Kalisz, Z tego ostatniego latem 1999 r. przyszedł do Włókniarza.

Romuald Solarek – przez lata podstawowy pomocnik drugoligowego GKS Bełchatów. Drużynę z Pabianic wzmocnił zimą 2000 r.

Krzysztof Kuchciak – etatowy reprezentant Polski w piłce... halowej i plażowej, do ekipy „zielonych” sprowadzony latem 2003 r.

Andrzej Rutkowski – na ligowe wody wypłynął jeszcze w latach 80., w drugoligowym Włókniarzu. Potem grał m. in. w Ceramice Opoczno i KS Myszków. Do Pabianic wrócił w 2003 r.

Mariusz Pietrzak – wielki jak dąb obrońca, był w kadrach ŁKS i GKS Bełchatów, ale nie zaznał smaku najwyższej klasy rozgrywkowej. We Włókniarzu grał w 2004 r.

Robert Rzeczycki – ponad 50 spotkań w barwach ekstraklasowego Zagłębia Lubin, Pogoni Szczecin i Stomilu Olsztyn. Zimą 2004 r. przyszedł do Pabianic z drugoligowego wówczas KSZO Ostrowiec.

Adam Sankiewicz – rzadko się zdarzało, że nad Dobrzynkę trafiał piłkarz nie związany z regionem łódzkim. Sankiewicz niemal całe życie kopał piłkę w Pogoni Świebodzin. Przerwę zrobił sobie w 2004 r., grając we Włókniarzu.

Rafał Bernaciak – do ekipy „zielonych” dołączył latem 2005 r. z KKS Kalisz, gdzie sporo strzelał.




Komentarze do artykułu: Z ekstraklasy do nas

Nie ma komentarzy do tego artykułu.

Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz się zalogować.

Kliknij tutaj



ad


ad

Nasze najnowsze video

Ulica Henryka Debicha w Łodzi




ad



facebook