Choć po pierwszej wojnie światowej dość szybko uruchomiono rozgrabione przez Prusaków I Rosjan fabryki, zakładom włókienniczym, papierni i firmie chemicznej groziło zamknięcie. Powód? Brak węgla pod parowe kotły napędzające maszyny. „Robotnik” z 19 listopada 1919 roku pisał o „groźnym położeniu Pabianic”.

Tego dnia delegacja pabianickich przemysłowców pojechała do Warszawy prosić o dostawy węgla (kilku pociągów towarowych) do fabryk od kilku dni opalanych tylko drewnem.

„A drzewo również jest na wyczerpaniu” – donosiła prasa. „Ani fabryki, ani miasto od szeregu tygodni nie otrzymują węgla. W fabrykach z tego powodu wymawiają pracę robotnikom. W firmie Krusche i Ender wymówiono 800 robotnikom, grozi wstrzymanie ruchu w fabryce Kindlera (200 osób), Szwajkerta (100 osób), Singera (300) i cały szereg pomniejszych w ogólnej liczbie 500 osób. Razem więc 2.100 robotników, a z rodzinami przeszło 6.000 osób zagrożonych jest głodem i wyrzuceniem na bruk. Groźne położenie zwiększa jeszcze i to, że wypłata w komitetach bezrobotnych również nie została uskuteczniona. Tak samo aprowizacja jest zła. Chleba mało i bardzo drogi, mąka się kończy. Kartofle podrożały do 80 marek za korzec. Mróz pcha ludność do czynów rozpaczliwych”. Palono meble.

Policja raportowała, że ludzie masowo wyrąbują drzewa w podmiejskich laskach. Targają je do domów na furmankach, ręcznych wózkach, a nawet na plecach. Ponieważ chwyciły listopadowe mrozy, tylko jednego dnia pod siekierami padło pół tysiąca drzew. Delegacja pabianiczan, która dotarła do warszawskiego Urzędu Rozdziału Węgla dostała odpowiedź ministra, że węgiel dla miasta został przyznany, lecz z powodu braku wagonów kolejowych będzie wysłany za kilka dni. Gazeta „Robotnik” pisała: „Referent tegoż centralnego urzędu p. Bielski przyrzekł, że natychmiast wyśle list do Zagłębia, aby przyspieszyć wysyłkę węgla do Pabianic. Oby tylko spełniły się te przyrzeczenia, gdyż w przeciwnym razie około 6.000 robotniczych rodzin znajdzie się na bruku, bez chleba, bez opału w najgorszych warunkach i przy mrozie dochodzącym do minus 15 stopni”.

Wreszcie dymią!

Pierwszy pociąg z obiecanym węglem przyjechał do Pabianic niespełna dwa tygodnie później. Nazajutrz prasa triumfalnie donosiła: „Na kilka kilometrów od Pabianic widoczna jest gęsta chmura dymu, unosząca się nad miastem. Dym ten jest dowodem, że miasto żyje i pracuje. Pabianiczan widok dymu walącego ze smukłych kominów fabrycznych wcale nie zatrważa. Przeciwnie, widok ten raduje: jest on bowiem widocznym znakiem oddechu fabryk, będących podwaliną bytu naszego miasta. Niech tylko fabryki zamrą, czy to wskutek strajku, czy też wskutek kaprysu gospodarczego lub braku opału, dym przestaje zasłaniać nam niebo, zatruwać powietrze. Ale to nikogo nie raduje: jest to znak martwoty miasta, nędzy i głodu. Do dymu się przyzwyczailiśmy, jak do huku maszyn i tłumów robotników zdążających sznurami do fabryk”.

W mieście kończono spis ludności. Wynikało a niego, że po pierwszej wojnie światowej nad Dobrzynką mieszkało 13.458 mężczyzn i 16.241 kobiet – o 7.000 mniej niż podczas zaborów. Polaków doliczono się 21.389. Pozostali mieszkańcy byli Żydami, Niemcami i Rosjanami.

W 1919 roku podczas pierwszych wyborów do samorządu Pabianic mieszkający tutaj Polacy wystawili sześć list kandydatów, Żydzi – trzy listy, Niemcy - jedną. Wygrała Polska Partia Robotnicza, deklasując Narodowy Związek Robotniczy i Żydowski Narodowy Komitet Wyborczy. Pierwszym prezydentem został Leonard Makowski z Polskiej Partii Socjalistycznej. Jego zastępcą był 39-letni inżynier chemik Jan Jankowski.

Złupione miasto

Oprócz węgla i mąki w sklepach brakowało kaszy, słoniny, cukru, soli, nafty do lamp, nawet zapałek. Prasa pisała: „Każdy worek kaszy, każdą skrzynię mydła czy zapałek trzeba zdobywać niemal siłą i podstępem. Jeszcze gorzej sprawa aprowizacji  przedstawia się z chwilą powstania central rozdzielczych, które nieprzychylnie traktują spółdzielnie spożywców Społem. Z Warszawy spodziewany jest transport niespotykanych od dawna w Pabianicach artykułów żywnościowych: oleju, tytoniu, cukierków, wędzonego sera, fasoli, konserw rybnych”.

Zaborcy złupili miejską bibliotekę, konfiskując i wywożąc w 1918 roku mnóstwo książek. Rok później bibliotekarze prosili mieszkańców Pabianic, by podarowali im książki, które ocalały w domach. Przyniesiono półtora tysiąca tomów, większość w języku rosyjskim.

Otwarto muzeum w zamku. Ożywiło się też Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, do którego należało już 305 osób. Działała sekcja piłki nożnej i lekko atletyki. We wrześniu na zawodach w Łodzi pabianiczanie wygrali konkurencje rzutu dyskiem i rzutu oszczepem. Przy ulicy św. Jana filmy wyświetlało kino „Luna” (dawniej „Eldorado”). Sala mogła pomieścić aż 600 widzów. W „Zachęcie” (400 miejsc) wyświetlano amerykański film „Człowiek, który milczał”.

Robota dla policjantów

Policjanci z posterunku przy ulicy Garncarskiej więcej pracy mieli poza miastem, niż w Pabianicach. Dziennik „Rozwój” donosił: „W niedzielę około godziny piątej po południu szosą wiodącą z Łasku do Pabianic przejeżdżał samochód wojskowy. W aucie znajdował się pułkownik, drugi oficer i szofer. Zbliżając się do mostu na rzece, samochód przełamał barierę wpadł do wody i nadział się na pal tkwiący w dnie. Wypadek ten miał przykre następstwa, gdyż szofer połamał sobie nogi, a pozostali towarzysze podróży odnieśli poważne obrażenia.

Gościny poszkodowanym udzielono w najbliższym dworze, dokąd przybyły na pomoc samochody Czerwonego Krzyża.

Bywało, że policjanci sięgali po broń. „W gminie Wymysłów grono chłopów pod wodzą miejscowego wójta napadło na posterunek policji i rozbroiło funkcjonariuszy” – pisała prasa. „O zajściu tym natychmiast dano znać telefonem do sierżanta. Trzech napastników udało się aresztować. Gdy jednak liczba napastników zwiększyła się, a postawa ich stawała się coraz groźniejszą z powodu groźby użycia broni, wezwano posiłki z Łodzi. Kilku pojmanym osobom grozi kara śmierci”.