„Nie da się żyć bez kąpieliska z czystą wodą” - już sto lat temu pabianiczanie domagali się dostępu do wody i plaży. A prasa pisała: „Obecnie ludność naszego miasta w zimie korzysta z prywatnych łaźni Jana Czerkaskiego przy ul. Lipowej i firmy Krusche i Ender, zaś latem zupełnie pozbawiona jest kąpieli na wolnym powietrzu w obrębie miasta. Cierpi na tym zdrowotność ludności, cierpi na tym higiena społeczna, a samo miasto uchodzi za brudne. Dla dobra Pabianic i jego mieszkańców należałoby wybudować odpowiedni teren kąpielowy miejski przy ulicy Bugaj lub wejść w pertraktacje z firmą Krusche i Ender, aby wspólnie założyć łazienki kąpielowe na stawie tej firmy przy ul. Grobelnej”.

Głównym problemem była brudna woda w Dobrzynce, bez opamiętania zapaskudzana ściekami z fabryki Kruschego i Endera oraz mniejszych zakładów. Gdy rozpoczynały się wakacje, prasa wspominała lepsze czasy – te sprzed zaledwie kilku lat: „Strudzony całotygodniową ciężką pracą w fabryce robotnik udawał się wówczas w letniej porze nad staw przy Grobelnej, z piękną podówczas kępą drzew pośrodku. Zażywał tam przyjemnej kąpieli w okolicy tzw. Kapuśniaków i Ciepłych krajów” – pisała. „Robotnik mógł też korzystać z łódek wypożyczanych od znanych w całym mieście państwa Kuligowskich, zamieszkałych przy ulicy Bugaj”.

We wspomnieniach specjalizował się dziennik „Echo”, pisząc: „Wybierał sobie robotnik odpowiedni dla siebie teren kąpielowy. A było w czym wybierać, bowiem rzeka Dobrzynka, płynąc od strony lasu wielkim łukiem tworzyła wiele rozlewisk i zasilała kilka stawów. Gdy nie odpowiadała komu kąpiel w wspomnianych miejscach, był jeszcze na Bugaju staw zwany stawem Nawrockiego, gdzie łazienki i czysta woda wprost zapraszały do kąpieli”.

Staw Franciszka Nawrockiego (właściciela pabianickiej cegielni) zwano także Grobelką. To dlatego, że już 300 lat temu pracował tam młyn wodny na grobli sporego stawu. Nawrocki kupił staw z łąkami, kazał usypać piaszczystą plażę, postawił  wypożyczalnię łódek i założył park z rozłożystymi drzewami, dającymi mnóstwo cienia. W lipcowe niedziele nad prywatnym stawem wypoczywało kilka tysięcy pabianiczan. Darmo, bo Nawrocki nie brał grosza za wejście na plażę i do wody.

Niestety, staw na rzece szybko się zamulał i tracił chętnych do kąpieli. Chuligani zdewastowali park i plażę, a rodzina Nawrockich nie chciała już wyrzucać pieniędzy w błoto. Po kilku latach „okolica stała się złowonną, a tym samym wykluczającą wszelką kąpiel i wypoczynek” – pisała prasa.

Jeszcze szybciej Dobrzynka zmieniała się w regularny ściek. Pewnego lata korytem popłynęło więcej chemicznych paskudztw niż wody, a wchodzenie do kolorowej mazi groziło ciężkim zatruciem. W upalne dni pabianiczanie oblegali więc glinianki na Młodzieniaszku, w Wymysłowie, Woli Zaradzyńskiej i Teklinie. Ochłody szukali także w niedużym stawie przy ulicy Chłodnej, w Talarze, na Pliszce, w Dłutowie i Kociołkach. Latem 1921 roku, gdy żar lał się z nieba i zapanowała susza, wyschły nawet okoliczne stawy i studnie. Dobrzynkę można było przekroczyć suchą stopą.

Szesnaście lat później, gdy latem temperatura w mieście dochodziła do 50 stopni Celsjusza, prasa pisała: „Coraz większym problemem jest niski poziom higieny osobistej mieszkańców. W upalne dni ludzie ma mają się gdzie wykąpać po ciężkiej pracy, a dzieci dla ochłody. Wprawdzie od szeregu lat buduje się w Pabianicach Łaźnię Miejską, jednak do jej wykończenia i oddania do użytku czekać trzeba będzie długie lata. Brak kąpielisk sprawia, że kąpieli można zażyć jedynie w łaźni prywatnej Czerkaskiego, gdzie za opłatą korzysta się z wanny i natrysku. Łaźnia ta jednak czynna jest tylko 3 dni w tygodniu. Społeczeństwo czeka przeto na Łaźnię Miejską i letnie kąpielisko pod gołym niebem”.

 

Szlaban na stawie przy Grobelnej

Rok później miejskiego kąpieliska wciąż nie było, a dziennik „Echo” ubolewał: „Zabrudzony przez ścieki fabryczne staw przy ul. Grobelnej został zasypany, a kępa drzew zniesiona. Terenem całym podzieliła się firma Krusche i Ender z miastem. Środek zajęło miasto, przeprowadzając tam koryto Dobrzynki. Na jednym brzegu rzeki urządzono szumnie nazwane bulwary. Firma Krusche i Ender ogrodziła swój teren obskurnym płotem i założyła mały, lecz czysty staw własny. W ten sposób świetny niegdyś teren kąpielowy przestał istnieć, a miasto zyskało chyba tylko tak, że posiada bulwary, z których nikt nie korzysta ze względu na ich nieodpowiednie położenie i nieczyste powietrze. Kąpielisko miejskie i łazienki pozostały nadal w krainie nieziszczalnych marzeń”.

Nadzieja na kąpielisko pojawiła się dopiero w 1936 roku. Wtedy to staw Nawrockiego na Bugaju, który wcześniej przeszedł w ręce fabryki chemicznej, odkupił Aleksander Lewityn do spółki z żoną, Pauliną.

Za kilkadziesiąt hektarów ziemi i wody Lewitynowie zapłacili 35 tysięcy złotych - równowartość 7 samochodów marki Polski Fiat 500. Robotnik w fabryce włókienniczej zarabiał wtedy nieco ponad 100 zł miesięcznie, kilogram chleba kosztował 70 groszy, kilogram kiełbasy – 2 zł, a para butów – 28 zł.

Aleksander Lewityn był rzeźnikiem, masarzem i kupcem. Na parterze i w podwórzu kamienicy przy ulicy Zamkowej (róg Fabrycznej, dziś Waryńskiego) prowadził zakład masarki ze sklepem mięsnym. Nad drzwiami sklepu wisiał szyld z datą założenia firmy Lewitynów: „1905”. Po sąsiedzku działał zakład pogrzebowy Michała Kołacza, a kilka kamienic dalej drugi sklep Lewitynów - rybny.

 

Z rzeźnika filantrop

Choć Aleksander Lewityn był człowiekiem bardzo zamożnym, nie miał najlepszej opinii w mieście. 3 kwietnia 1936 roku gazeta „Echo” pisała: „Organa kontrolne Rzeźni Miejskiej w Pabianicach wykryły u znanego rzeźnika i właściciela masarni Lewityna duży zapas mięsa, pochodzącego z potajemnego uboju. Lewitynowi spisano protokół przy równoczesnej konfiskacie nielegalnego mięsa”.

Gdy pewnego dnia wybuch rozerwał parowy kocioł w masarni, z okien w pobliskich kamienicach wypadały szyby, ze ścian posypał się tynk, a spanikowani lokatorzy wybiegli na ulice. „Dość tego! – grzmiała prasa. „Czas już wielki zlikwidować dymiącą maszynę w centrum miasta. Gdy motor masarni jest w ruchu, cała okolica napełnia się gryzącym dymem, a z góry, w postaci drobnego deszczyku kapie oliwa, wywołując zanieczyszczenie całego terenu” – w imieniu mieszkańców skarżyła się „Gazeta Pabjanicka”.

Paulina i Aleksander Lewitynowie - nowi właściciele stawu Nawrockiego (Grobelki), kazali zbiornik oczyścić i zarybić. Uporządkowali nabrzeżny park i poszerzyli drogę do kąpieliska. Niedługo potem lokalna gazeta donosiła:

„Regulacja stawu została ukończona. Korzystając z przepływającej w tym miejscu Dobrzynki, której wodami jest stale zasilany, staw znowu jest zdatny do użytku jako kąpielisko dla spragnionych ochłody amatorów kąpieli. Na wodzie pojawiły się łódki i kajaki, co czyni z tego miejsca pożyteczne kąpielisko rzeczne. Zbudowane też zostaną szatnie damskie i męskie, bufet oraz piaskowa plaża. Wszystkim tym poczynaniom pana Lewityna należy przyklasnąć, bo nareszcie pabianiczanie zdobędą należyte kąpielisko, którego brak przez długie lata dał się wszystkim odczuć”.

Paulina Lewitynowa zwierzyła się przyjaciółce, że nad stawem chce zbudować dworek. Jednak wcześniej wybuchła wojna.

 

Od Lewityna do Businki

Po wypędzeniu Niemców, do rozkradzionego z łódek i ławek Lewityna wrócili Lewitynowie. Na krótko. Już w 1946 roku łapę na kąpielisku położyli komuniści. Na nic się zdały starania Lewitynów o odzyskanie uczciwie nabytej ziemi. Nowe władze miasta sięgnęły po dekret o reformie rolnej, nakazując „obszarnikom” wynosić się z kąpieliska. We wrześniu 1947 roku „Łódzki Dziennik Wojewódzki” opublikował postanowienie o przejęciu na własność państwa „Młyna Wodnego Lewityn Aleksander w Pabianicach przy ul. Bugaj”.

Ziemię Lewitynów władze podarowały Zygfrydowi Kęszyckiemu, podającemu się za kapitana Armii Ludowej (pseudonim „Gryf”), repatrianta ze Wschodu. Była to postać tajemnicza, od dawna związana z międzynarodowym komunizmem. W Pabianicach szeptano, że szmat ziemi wraz ze stawem Lewitynów Kęszycki dostał za duże zasługi dla Sowietów.

Pan na Lewitynie szybko awansował. Już w maju 1948 roku wszedł do zarządu obwodu Ligi Lotniczej w Pabianicach - jako pułkownik Ludowego Wojska Polskiego. Z niekłamanym zachwytem informował o tym partyjny „Głos Robotniczy”. Stawem i ziemią na Bugaju towarzysz pułkownik się nie zajmował. Przy drodze do kąpieliska kazał postawić tablice z surowym zakazem wchodzenia.

Cztery lata po wojnie „Gryf” Kęszycki nagle zniknął. Po mieście rozeszła się wieść, że nocą „bezpieka” wywiozła go do Łodzi, do aresztu i na przesłuchania. Trwały stalinowskie „czystki”. Do Pabianic „Gryf” już nie wrócił.

Tymczasem Lewitynowie szukali sprawiedliwości w sądach. Jeden z procesów o zabrany im majątek na Bugaju zakończył się postanowieniem o zwrocie stawu i niemal połowy ziemi wokół kąpieliska. Ale komunistyczne władze miasta miały to w nosie. Lewitynowie nigdy już nie odzyskali nawet skrawka swej ziemi.

Rok później w drewnianej szopie przy ulicy Bugaj 110 na byłym Lewitynie władze miasta zainstalowały Państwowe Gospodarstwo Rolne. Z okruchów okiennych szyb i drewnianych słupków robotnicy klecili szklarnie. Spuścili wodę ze stawu, by wyłapać i zjeść ostatnie karpie. „W szklarniach i na terenach otwartych PGR Pabianice hoduje kwiaty (30 procent produkcji) i warzywa” – pisał „Głos Robotniczy”. „Rośnie zielona pietruszka, sałata, koperek, marchewka, rzodkiewki i botwina. Obok tulipanów widać goździki i żółte irysy o niespotykanych kształtach, a także wspaniale róże z PGR Pabianice”. Warzywa zawożono do kuchni zakładowych stołówek.

Mimo częstych kontroli, mimo apeli władz do mało pracowitej załogi gospodarstwa, plony pegeeru były mizerne. Sporo warzyw rozkradano, część się zepsuła, załoga przeważnie była pijana. W 1958 roku, gdy do kasy PGR-u znów trzeba było dołożyć, władze Pabianic sięgnęły po bat – „rolników” z Bugaju oddały pod komendę Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej. Odtąd ważnym politycznym zadaniem stało się zacieranie w głowach pabianiczan burżuazyjnej nazwy przedwojennego kąpieliska – „Lewityn”. Aż wymyślano nazwę „Businka”.

 

Chcecie kąpieliska?  To je sobie zróbcie

Urządzaniem kąpieliska dla klasy robotniczej zajęto się dopiero pięć lat później. Dawny Lewityn miał się stać socjalistycznym obiektem rekreacyjnym z brodzikiem, basenem pływackim, trybuną, szatnią, kawiarnią, sklepikiem, hotelem i wypożyczalną wszystkiego, co unosi się na wodzie. Powinny z tego korzystać „masy ludowe” z rodzinami - zapowiadał „Głos”. Zapał był, ale brakowało pieniędzy, łopat i cementu. Radzieckim sposobem zagoniono więc do roboty pracowników fabryk i szkół. Harówka przy kopaniu stawów i wywożeniu ziemi była darmowa – przeważnie w niedziele.

Latem 1963 roku zakładowymi ciężarówkami zwożono na Bugaj „ludzi pracy”. Mułem i piaskiem z pogłębiania stawu darmowi robotnicy załadowali 1.050 wozów. Usypywano z tego górkę saneczkową. Drugie tyle wozów kursowało z ziemią do zasypywania pagórkowatych łąk wokół stawu.

Ówczesne „Życie Pabianic” pisało, że najgorliwsi byli pracownicy Pabianickich Zakładów Przemysłu Bawełnianego, Pabianickiej Fabryki Narzędzi, Zakładów Farmaceutycznych Polfa i Środków Opatrunkowych.  Na budowie kąpieliska mieszkańcy miasta „przepracowali” 17.200 godzin.

Toczyło się tak zwane współzawodnictwo pracy załóg największych fabryk. Podczas urlopu, zamiast nad morze czy w góry, kilka tysięcy pabianiczan jeździło na Bugaj, by zasuwać z łopatą. „Aby obraz czynów społecznych był pełniejszy, nie można zapomnieć o udziale młodzieży szkolnej przy porządkowaniu obiektu” – dodała gazeta.

23 lipca 1966 roku od rana w stronę nowiutkiego kąpieliska ciągnęły tłumy pabianiczan z dziećmi, kocami i wałówką. Szykowano uroczyste otwarcie ośrodka, zwożono kwiaty, kiełbasę, bułki, lody, oranżadę i mównicę dla honorowych gości.

(cdn)