Na ból zębów znachor Grzelak z ulicy Tuszyńskiej (dziś ul. Piotra Skargi) kazał łapać ropuchę. A najlepiej kilka płazów. Oślizgłą ropuchę należało trzymać w zamkniętych ustach tak długo, aż zdechła. Jeśli ból zębów nie ustawał, znachor „zalecał” brać do ust kolejne złowione ropuchy.

 Do znachorki Pełczyńskiej przychodziło się z bolesnymi dolegliwościami pęcherza. Babka miała na to zioła, kadzidło i sękate deski – rzekomo wycięte z pnia drzewa, w które o północy uderzył piorun. Aby dolegliwość pęcherza ustąpiła, trzeba było – według znachorki - wypić garczek ziół i oddać mocz przez sękowy otwór w „cudownej desce”. Za te zabiegi Pełczyńska brała od chorego 6 złotych.

Chłopcu, który urodził się z dużym znamieniem („myszką”) na policzku, znachorka kazała dotykać buzię ręką trupa. Na ranę nogi przykładała kompresy z moczu młodej niewiasty. Gruźlicę „leczyła” piciem piany z wygotowanego świńskiego sadła.

 Stare panny z Pabianic, które nijak nie mogły zainteresować sobą nawet kulawego kawalera, jeździły pod Częstochowę. Mieszkała tam znachorka Wyporska. Za jedyne 25 zł babka Wyporska sprzedawała pannom wysuszony liść wraz z instrukcją obsługi. Według owej instrukcji, stara panna miała zawinąć liść w siedem papierków, a następnie skrycie wsunąć zawiniątko do kieszeni ubrania wybranego mężczyzny. „Choćby kawaler był z żelaza, ugnie się” – zapewniała babka.

 W pobliżu naszego miasta mieszkała też czarownica. Chodziło się do niej po radę, jak sprowadzić biedę na złego sąsiada, niewiernego męża albo wredną teściową. Najczęściej udzielaną radą (za 5 zł) było ukrycie pod progiem domu wroga rzeczy „opaskudzonych” (zaklętych) – np. garstki włosów lub drobnej monety. „Rzeczy opaskudzone niechybnie sprowadzają nieszczęście” – gwarantowała czarownica, pytając „klienta”, czy biedą sprowadzoną na wroga mają być wrzody, czy kołtun.

Niewiernego męża babka zalecała skrycie poić wywarem z wysuszonych karaluchów, zmieszanych z ludzkim kałem i lipowym naparem.

 

Z trupem na plecach

 W kwietniowy wieczór 1926 roku posterunkowy pabianickiej policji patrolujący ulicę Poniatowskiego natknął się na mężczyznę dźwigającego podłużny pakunek. Posterunkowy dogonił go i kazał pokazać, co niesie. Gdy przechodzień delikatnie kładł pakunek na chodniku, z prześcieradła wysunęły się… nogi martwej kobiety. „To moja żona” – grzecznie tłumaczył przechodzień. Policjant aresztował go.

Śledztwo wykazało, że aresztowany Józef Adamczyk mieszkał przy ulicy Poniatowskiego 5. Został zatrzymany dosłownie dwa kroki od domu, dokąd niósł trupa żony, zmarłej kilka godzin wcześniej u pabianickiego znachora - Edwarda Waltera, po zażyciu „lekarstwa”.

Żona Adamczyka od roku cierpiała na silne bóle głowy, często traciła przytomność. Była u wszystkich lekarzy w Pabianicach, ale żaden nie pomógł. Jeden dyplomowany doktor orzekł, że Adamczykowa ma raka mózgu, kilku zdiagnozowało choroby serca. Zdesperowana kobieta poszła z mężem do Waltera – słynnego w Pabianicach znachora, do którego przyjeżdżali „pacjenci” nawet z Lutomierska, Dłutowa i Łasku.

Znachor obejrzał Adamczykową, dotknął jej rozpalonego czoła i dał „lekarstwo” (proszek), po którego zażyciu dostała ataku i straciła przytomność. Gdy zaniepokojony mąż chciał posłać po lekarza, znachor zabronił. Obiecał, że chora wkrótce ozdrowieje. Trzy godziny później Adamczykowa zmarła. Znachor Walter kazał poczekać do zmroku i zabrać zwłoki do domu. Wdowiec zawinął ciało żony w prześcieradło i na własnych plecach doniósł niemal do bramy kamienicy, w której mieszkali.

Aresztowany znachor przyznał policjantom, że na leczeniu ludzi się nie zna. Z trudem czyta, umie się jedynie podpisać. Do szkół nie chodził. Ma dwie książki medyczne w języku niemieckim, kupione na targowisku staroci. Te książki leżą na stole, gdy przyjmuje „pacjentów”. Znachor zapewniał, ze chorych wypytuje o dolegliwości i daje im wyłącznie nieszkodliwe „lekarstwa”: zioła, sodę, cukier, sól z miętą.

Przy okazji wyszło na jaw, że Edward Walter zajął się znachorstwem, bo zwolniono go z roboty w fabryce Kruschego i Endera. Nie mając zarobków, rozpowiadał po mieście, że przebywał w Niemczech, gdzie od tamtejszych sław medycznych nauczył się leczyć.

Sekcja zwłok Józefy Adamczykowej wykazała, że przyczyną śmierci było zażycie dużej dawki fosforanu magnezu. Edward Walter stanął przed sądem oskarżony o nieuprawnione leczenie i spowodowanie zgonu kobiety.

Prasa grzmiała: „Jest to dziwne i nawet zatrważające, że w miasteczku przemysłowym, położonym tuż obok półmilionowej Łodzi, robotnik, który jest członkiem kasy chorych, nie wzywa lekarza do chorej żony, lecz prowadzi ją do szarlatana – znachora. Przypomina to głębokie średniowiecze”.

 

„Uzdrawianie” dzieci

Pół roku później cała Polska znowu czytała o kolejnym znachorze z Pabianic. „Leczył” on dziecko (syna) robotników fabrycznych na chorobę, którą nazywał krą. Znachor ponacinał chłopcu uszy, by upuścić z nich trochę krwi. Tę krew kazał dziecku wypić. Ale ponieważ picie własnej krwi nie pomagało małemu „pacjentowi”, rodzice poszli po radę do dyplomowanego doktora. Gdy lekarz dowiedział się, co „zaordynował” znachor, niezwłocznie doniósł na niego policji. Znachora (wcześniej pracującego jako czyściciel koni) aresztowano.

Kolejny znachor - Ludwik Organowski, kazał rodzicom chorego chłopca zebrać mech porastający trzy przydrożne krzyże, dodać garść piasku zebranego na trzech rozdrożach, funt ałunu (minerału tamującego krwawienie, tzw. kamyka po goleniu) i trzy funty soli. Wszystko to należało o północy zaparzyć. W powstałym wywarze rodzice mieli dziewięć razy wykąpać chore dziecko. Znachor kazał pamiętać, by w pobliżu miejsca kąpieli zapalić woskową świecę.

W okolicach Chechła mieszkał znachor, który ciała chorych dzieci kazał smarować żabim skrzekiem. Miało to pomóc na wiele dolegliwości – zwłaszcza na ciężkie przeziębienia, łuszczycę, poparzenia. Dzieci chore na tyfus matka z ojcem mieli smarować sadłem i na kwadrans włożyć do ciepłego pieca chlebowego.

„Przyjmująca” w Łodzi znachorka Franciszka Zawieruchowa dzieci z zapaleniem płuc „leczyła” świeżo zabitym kogutem. Rozpłatanego koguta (wraz z ciepłymi wnętrznościami) należało przyłożyć (na co najmniej godzinę) do piersi chorego dziecka. Cukrzycę Zawieruchowa „wypędzała” z ciała tuzinem filiżanek kakao, które należało wypić w 6 dni.

 W czerwcu 1933 r. aresztowano znachorkę spod Łodzi, do której wożono chore pabianickie dzieci. Okoliczności tego zdarzenia podał dziennik „Echo”, pisząc: „Ubiegłej nocy lekarz pogotowia wezwany został do 9-miesięcznego dziecka Mirosławy Mruk. W czasie konsultacji stwierdził, że dziecko ma połamane obie nóżki, rączkę i dwa żebra. Rodzice usiłowali ukryć przyczynę kontuzji maleństwa, lecz gdy lekarz zagroził dochodzeniem policyjnym - rozwinęły się języki.

Okazało się, że dziecko od kilku dni źle ssało. Za poradą kumoszek z okolicy wezwano specjalistkę od chorób dzieci. Znachorka opukała dzieciaka, kilka razy podrzuciła w górę i wreszcie oświadczyła, że dziecko trzeba naciągnąć, gdyż jest przykurczone. Zaczęła naciągać najpierw nóżki, później rączki, aż stwierdziła, że dziecko jest wyregulowane i będzie ssać normalnie. W czasie tej operacji złamała dziecku nóżki i żebra. Lekarz pogotowia przewiózł dziecko w stanie ciężkim do szpitala Anny-Marii”.

 

Kasa szarlatana

 Porada znachora kosztowała zazwyczaj 5-8 zł. Sporo więcej trzeba było dać za woreczek ziół, kawałek psiego sadła (na reumatyzm), wywar z igieł kaktusa (na kołtun) albo kilka kropli soku z węża (na suchoty). Znachorka Melania Kołodziejska za 20 zł „leczyła” bóle codzienną kąpielą w gnoju końskim i piciem wywaru z liści drzew owocowych. Walentyna Pokorska sprzedawała kobietom pigułki na potomstwo - po 20 zł.

„W Józefowie pod Łodzią leczy ziołami Weronika Kołodziejczykowa. Płaci się jej serem, mlekiem, kiełbasą” – w lutym 1930 r. pisał „Express Wieczorny”. Znachor Józef Buczyński z Pabianic zapalenia stawów „leczył” święconą wodą, do której, przed wypiciem, wrzucał rozżarzone węgielki. Brał za to 40 zł.

Znachorka Antonina Szpanerska utrzymywała, że za 50 zł „uleczy” kamienie nerkowe i wątrobę. Policja zbadała w laboratorium torebki z zachwalanymi ziołami, jakie sprzedawała „pacjentom”. Do tych torebek znachorka wkładała zwykłe siano. Wcześniej Szpanerska handlowała na targu macierzanką, skrzypem, paprocią, korą dębową i rumiankiem. Kupującym opowiadała, że zioła zbiera wyłącznie w nocy, „gdy księżyc skryje się za chmurami, a kukułka trzy razy zakuka”. Zapewniała, że zanim zerwie ziele, obraca się na pięcie, twarzą skierowaną na zachód.

Cierpiąca na reumatyzm Bronisława Jagodzińska, żona robotnika fabrycznego, jesienią 1931 r. pojechała do znachorki Władysławy Ochockiej z Szydłowa. Staruszka mieszkająca w domku obwieszonym suszącymi się ziołami, kazała zostać u niej na 2 tygodnie. Miało to kosztować 150 zł. Znachorka wysmarowała Jagodzińską cuchnącą maścią i dawała do picia szary płyn. „Pacjentka” grzecznie leżała w łóżku. Po tygodniu bóle nasiliły się. Jagodzińska posłała po męża, który na znachorkę poskarżył się w sądzie. Wyrok brzmiał: 300 zł grzywny.

Za jedyne 15 zł wędrowny znachor dawał „lekarstwo” (wywar z korzonków lebiody) na bolesne hemoroidy. Jednym z jego „pacjentów” był mieszkaniec domu przy ulicy Leśnej (obecnie ul. 20 Stycznia). Znachor kazał choremu pić ów wywar wyłącznie nocą – gdy zapieje kur. Wtedy to ktoś z domowników powinien wstać z łóżka lewą nogą, wyjść przed dom, obejść go trzykrotnie z lewej strony ku prawej, splunąć w kierunku stajni i dopiero wówczas podać ciepły wywar choremu  – „zalecał” znachor.

 

Babki „od brzucha”

Jesienią 1934 r. we wsi Dąbrówka zmarła nagle 19-letnia dziewczyna. Ponieważ była okazem zdrowia, jej śmierć wzbudziła podejrzenia. Policja przeprowadziła dochodzenie. Wykazało ono, że dziewczyna szukała pomocy u znachorki, Kazimiery Sałaty, gdyż zaszła w niechcianą ciążę.

„Dziewczynę ułożono na ziemi, a Sałata ciężkim polanem biła ją po brzuchu” – doniosła gazeta. „A gdy była już na wpół przytomna z bólów, znachorka dokonała spędzenia płodu przy pomocy szpilki od włosów. Zakażenie krwi nastąpiło bardzo szybko i ono spowodowało zgon dziewczyny. Kazimierę Sałatę aresztowano”.

Do aresztu policjanci zaprowadzili także pabianicką znachorkę, Mariannę Majchrzakową. Była oskarżona o nielegalne usunięcie ciąży dziewczynie, skatowanej i zgwałconej w lesie przez trzech bandytów. Zrozpaczona dziewczyna nie chciała rodzić dziecka gwałciciela, po ratunek pobiegła więc do babki Majchrzakowej. Zabiegi znachorki skończyły się zakażeniem krwi i śmiercią dziewczyny.

 

A lekarze… sprzedają gazety

 „Dyplomowani lekarze sprzedają gazety na ulicy, podczas gdy znachorzy dorabiają się fortun. Oto tragiczny obraz rzeczywistości” – pisała przedwojenna prasa. Jako przykład wskazano Lwów, gdzie trzech młodych lekarzy, nie mogąc dostać posady w szpitalu ani gabinecie medycznym, zajmowało się sprzedażą gazet na ulicach.

„W Polsce mamy 10.200 lekarzy i blisko 20.000 znachorów” – rachowała „Republika”. „Mamy też wiele tysięcy takich, którzy w tajemnicy zajmują się znachorstwem. Na jednego lekarza przypada w kraju przeszło 3.000 ludzi. A w województwach centralnych są powiaty, gdzie jeden lekarz przypada na 6.000 ludności. Czy możliwe jest obsłużenie tak znacznej liczby ludności przez jednego lekarza? Nie! I tak oto obok oficjalnej medycyny kroczy znachorstwo.

To w mieście. A na wsi ludzie ciemni i mało kulturalni odnoszą się do wiedzy medycznej z jaskrawą niechęcią i nieufnością. I nic dziwnego, skoro dziś jeszcze radio z anteną uchodzi tam za wynalazek siły nieczystej, zaś człowiek umiejący się podpisać – za oryginała.

A znachor? Jeśli się kuracja nie udała i chory zmarł, ludność wiejska przyjmuje to z głęboką wiarą w los: - Ano. Bóg tak chciał… Wiara, którą ludzie obdarzają znachorów, jest wprost nie do pojęcia!”.

„Znachorzy wyzyskują ciemnotę ludu. Zabobonne masy chętniej słuchają rad znachora albo owczarza” – oburzał się „Express”. „Czy można sobie wyobrazić, by zdrowo myślący człowiek oddał precyzyjny mechanizm zegarka ślusarzowi? Nikt tak nie uczyni! A tymczasem miliony ludzi oddają swe życie w brudne ręce szarlatanów”.

Artykuł pochodzi z cotygodniowej strony historycznej w papierowym "Życiu Pabianic"