Pierwsza spisana relacja z napadu rabunkowego pod naszym miastem pochodzi z 1907 roku. Złoczyńcy ograbili wtedy furgon wiozący ruble na wypłaty dla pracowników fabryki włókienniczej. „Około godziny trzeciej po południu na szosie pabianickiej przy kolonii Ksawerów dokonano napadu na furgon Towarzystwa Akcyjnego Krusche i Ender, w którym wieziono z Łodzi do Pabianic pieniądze”- pisał dziennik „Rozwój” z 13 listopada 1907 r. „Firma Krusche i Ender posiada składy w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 143, skąd co tydzień odbiera pieniądze na wypłaty dla robotników fabrycznych. Transportowanie gotówki odbywało się w żelaznym furgonie. Wczoraj 7530 rubli powierzono ekspedientowi Gottfriedowi Schinkowi w towarzystwie robotnika składów A. Gizego”.

Monety srebrne i miedziane wsypano do czterech worków, a drobniejsze – do skrzyni. Cenny ładunek zamknięto w furgonie powożonym przez stangreta Franciszka Blocha. Furgon wyruszył z Łodzi po godzinie czternastej.

Gdy cenny ładunek zbliżał się do folwarku Ksawerów, z przydrożnych rowów wyskoczyło ośmiu bandytów z rewolwerami w dłoniach. Zatrzymali konie, sterroryzowali Schinka i Gizego, po czym rozpruli drzwi furgonu i rozbili skrzynię z pieniędzmi.

Worki z rublami złoczyńcy przenieśli do czekającej w pobliżu dorożki. Trzech pojechało dorożką w stronę Pabianic, pięciu zostało przy furgonie. Widząc bandytów uciekających z łupem, woźnica Bloch, zaciął konie i ruszył za nimi z kopyta. Nie wiedział, że pozostali bandyci przetrząsają kieszenie Schinka i Gizego.

Z dorożki padłu strzały. Dwie kule ciężko raniły w piersi i głowę pracującego w pobliskim ogrodzie Franciszka Juszczaka z Ksawerowa. Słysząc strzały, Błoch zatrzymał konie. Bandyci uciekli polami.

Dalsze wydarzenia tak oto relacjonował dziennik „Rozwój”: „Wkrótce furgon dojechał bez dalszych przygód do Pabianic. Jak się okazało, byt on wcześniej, aniżeli bandyci uprowadzający furgon w pole. Zawiadomione o napadzie władze policyjne przedsięwzięły środki, w celu pochwycenia bandytów.

Jakoż wysłanym strażnikom ziemskim, w towarzystwie oddziału kozaków, udało się spotkać jadących naprzeciw w dorożce podejrzanych ludzi. Okazało się, że byli to bandyci, wspólnicy tych, którzy uwieźli pieniądze. Funkcję dorożkarza spełniał również bandyta, Jan Maksalin, który przed kilka dniami, korzystając z chwilowej nieobecności właściciela, skradł na Górnym Rynku dorożkę z koniem.

Po ujęciu trzech bandytów udało się wykryć, gdzie znajdują się zrabowane pieniądze. Wojsko wraz z policją otoczyło dom przy ulicy Tuszyńskiej (obecnie ul. Piotra Skargi). W mieszkaniu zajmowanym przez Alojzego Mordeka, znaleziono w całości zrabowaną gotówkę. Syna jego, Józefa Mordeka, robotnika fabryki Krusche i Ender, nie zastano w domu i dotychczas go nie odszukano. Podobno był w zmowie z bandytami. Alojzego Mordeka osadzono w areszcie.

Nadmienić należy, że wszelkie pogłoski, jakoby w furgonie znajdowało się więcej gotówki, której bandyci nie dostrzegli, są bezpodstawne. W furgonie wieziono tylko 7530 rubli. Pogłoski te powstały prawdopodobnie stąd, że w tymże czasie ze składów łódzkich firma Krusche i Ender wysłała kasjera, który jadąc tramwajem, wiózł 32000 rubli w banknotach”.

 

Siedem trupów na torach

Pięć lat później, w czerwcu 1912 r., od kul z rewolwerów bandytów zginęło aż siedem osób. Był to napad na… tramwaj, szczegółowo opisany przez dziennik „Postęp”: „O godzinie jedenastej na szosie pabianickiej pod Ksawerowem do wagonu kolejki podjazdowej elektrycznej, zdążającej z Łodzi do Pabianie, wtargnęło trzech zamaskowanych bandytów. Jeden nich wskoczył na przednią platformę, gdzie znajdował się konduktor Franciszek Wójcik. Strzelił z brauninga, kładąc go trupem na miejscu.

Następnie bandyta strzelił do maszynisty Kazimierza Wachowskiego, lecz chybił. Zrabowawszy konduktorowi torbę z biletami i 30 rubli gotówką, uciekł. W tym czasie dwaj bandyci wewnątrz wagonu rozkazawszy wysiąść pasażerowi Zielińskiemu i jakiejś kobiecie, do pozostałych pasażerów w liczbie około 30 oddali strzały. Zabili dwóch żydowskich kupców z Pabianic i śmiertelnie ranili trzech Żydów z Pabianie oraz kupca z Warszawy, po czyn obrabowawszy pasażerów z gotówki, uciekli do Ksawerowa”.

Motorniczy pobiegł wezwać pomoc, a zaalarmowana o napadzie policja przywiozła psa tropiącego. W odległości dwóch wiorst od Pabianic pies znalazł konduktorską torbę z biletami. Brakowało w niej tylko gotówki. Policja zarządziła rozległą obławę na bandytów, sprowadzono żołnierzy na koniach.

Świeżym tropem pobiegły policyjne psy, doprowadzając pościg do osady. „Zatrzymały się przed jednym z domów, w którym policja zastała dwóch osobników” - pisał „Kurier Warszawski”. „Ponieważ nie mogli się wylegitymować ze swego alibi, aresztowano ich, jako podejrzanych o udział w zbrodniczym napadzie pod Ksawerowem”.

Według prasy, aresztowany kolonista nazywał się Chałek. Jego wspólnikiem miał być syn sąsiada - kolonista Scher.

Nazajutrz w szpitalu miejskim w Pabianicach zmarł postrzelony w napadzie 27-letni kupiec Szmul Lewkowicz – siódma śmiertelna ofiara bandytów. O życie walczyła 25-letnia Sura Cycowska, której podczas strzelaniny udało się wyskoczyć z wagonu, lecz upadając, połamała ręce i nogi.

Rok później niemal w tym samym miejscu „sześciu bandytów napadło na wracających z Łodzi kupców ze Szczercowa: Josela Ciechanowskiego, Szaję Luberowicza i Chunę Moszkowicza” – zapisano w policyjnym protokole.

„Okrążywszy wóz, bandyci, których ośmiu było uzbrojonych w rewolwery, zatrzymali konie. Grożąc śmiercią, zażądali pieniędzy. Luberowicz oddał swój portfel, w którym było 15 kopiejek. Inni kupcy nie mieli pieniędzy. Bandyci ze złości poturbowali ich kolbami rewolwerów”.

 

Przystojny złoczyńca

Czternaście lat późnej w Łodzi, Częstochowie, Sieradzu, a nawet w Warszawie wiedziano, że na drogach pod Pabianicami grasuje groźny złoczyńca. Łupił on wozy pocztowe, zamożnych kupców i jadące na targ furmanki z jadłem. Ograbieni kupcy zgodnie zeznawali, że jest to mężczyzna wysoki, potężny i bardzo silny (herkulesowej postury). A kobiety dodawały, iż uroda rabusia wprost zwalała je z nóg. Złoczyńca był zabójczo przystojny.

Niebawem policjanci ustalili, kto sieje strach pod miastem. Był to Franciszek Gościk, dezerter z pułku piechoty, uciekinier z więzień. Gościk miał kilka rewolwerów, bagnet i kastet. Najchętniej rabował jadło, trunki i pieniądze. Nie gardził belami płótna, butami i dywanami. Od lutego do kwietnia 1927 r. na drodze z Łasku do Pabianic Gościk ograbił jedenastu chłopów i kupców. Dwukrotnie złupił pocztowy automobil.

Rozbójnik nie miał zamiaru zabierać bogatym i rozdawać biednym. Wolał ucztować, bawić się i przepijać łupy. Po skokach na furmanki, biesiadował w Lesie Karolewskim. Zapraszał kompanów i prostytutki. Nad ogniskiem piekł barana.

Wiosną 1927 r. Franciszek Gościk wpadł w pułapkę. Gdy zasadzał się na konny wóz z belami sukna, otoczyli go i skuli uzbrojeni policjanci. Ale radość stróżów prawa trwała króciutko. Mocny jak niedźwiedź rozbójnik rozerwał kajdanki, przeskoczył przez wóz i uciekł do lasu.

Ukrywał się w Pabianicach, Chocianowicach i Łasku. „Echo” pisało: „Będąc nader przystojnym, łatwo zdobywał względy niewiast, które znakomicie ułatwiały mu uskutecznienie planów.

Na drodze z Pabianic do Łodzi, przy której rósł gesty lasek, Gościk rabował wozy z suknem. Dwukrotnie brawurowo wyrwał się z rąk policji. Podczas obławy – jak napisano w popołudniówce - „uszedł z rąk policji, ostrzeliwując się gęsto z dwóch rewolwerów”.

Dopiero jesienią 1927 r. Franciszek Gościk wpadł na dobre. Na ulicy Rzgowskiej w Łodzi podpitego uciekiniera zauważył wywiadowca. Gościk był uzbrojony, ale nie zdążył wyciągnąć rewolweru. Skuty grubymi kajdanami pojechał do dobrze strzeżonego więzienia pod Warszawą.

 

Nauczyciel bandytą

 Jeden ze schwytanych zbójników okazał się… nauczycielem języka niemieckiego. 28-letni Stanisław Linke, który grasował w lesie przy szosie Ksawerów-Pabianice, pochodził z dość zamożnej rodziny. Przez trzy lata uczył dzieci fabrykantów i kupców. Żył z tego nieźle, lecz miał słabość – był hazardzistą. Namiętnie grając w karty, przegrał dużo więcej niż zarabiał. Aby spłacić karciane długi, sfałszował weksle. Gdy wyszło to na jaw, uciekł do lasu.

W styczniu 1930 r. Linke napadł na idącą szosą handlarkę Stanisławę Grendę. Groził jej nożem. Kobieta nie miała przy sobie grosza, błagała o litość. Jak napisano w policyjnym protokole: „Opryszek poddał ją osobistej rewizji, w czasie której zabrał jej jedynie kilka par pończoch wartości 10 zł i zbiegł”.

Handlarka podała rysopis zbója, a policja ujęła złoczyńcę. „Postawiony w stan oskarżenia Linke zalał się łzami. – Trzy dni nic nie jadłem – tłumaczył” – relacjonował „Expres Wieczorny”. „Głód doprowadza człowieka do wszystkiego. Gdybym choć cokolwiek przekąsił, z pewnością nie zaczepiłbym tej biednej handlarki”. Sąd skazał Linkego na dwa lata wiezienia.

 

Bestia na szosie

Spotkanie z leśnym zbójem często kończyło się śmiercią. W maju 1933 r. „na drodze między Grocholicami a Pabianicami dokonano potwornego mordu i rabunku na 25-letnim handlarzu trzody, Janie Kempie” – doniósł „Głos Poranny”.

Kempa wyruszył nocą do Pabianic, gdzie na targu chciał kupić świnie. Jechał furmanką zaprzężoną w jednego konia. Z domu zabrał obrok, dwa worki zboża i około 700 zł. Nazajutrz na podwórze zagrody Kempy wjechał wóz bez woźnicy. Domownicy rozpoznali i wóz, i konia. Lejce, deski i worki były poplamione krwią.

„Po odkryciu worków na wozie, znaleziono zmasakrowane zwłoki Kempy. Został on poćwiartowany najprawdopodobniej siekierą” – pisał dziennik.  „Dochodzenie doprowadziło do ujęcia sprawcy mordu, 25-letniego Wilhelma Waldemana z Bełchatowa.

W czasie badań znaleziono na jego ubraniu plamy krwi. Waldeman miał przy sobie znaczniejszą sumę pieniędzy, pochodzenia których nie umiał wyjaśnić. Przyciśnięty do muru, przyznał się do morderstwa i wskazał miejsce, gdzie ukrył zakrwawioną siekierę.

Opowiedział też, jak zatrzymał przejeżdżającego przez las Kempę, prosząc by go podwiózł. Gdy usiadł na tylnym siedzeniu, silnym ciosem siekiery, wydobytej spod płaszcza, zwalił Kempę na deski wozu. Poćwiartowanego trupa obszukał, zrabował 760 zł. Zwłoki przykrył workami, zawrócił konia i popędził go batem w kierunku zagrody”.

 

Z rewolwerami w dłoniach

Wiosną 1936 r. pięciu zamaskowanych bandytów z rewolwerami napadło na kupców jadących konnymi wozami szosą z Dłutowa do Pabianic. W odległości około 5 km od pierwszych domów naszego miasta, z lasu wybiegli złoczyńcy. Ich ofiarami padli: Józef Ditrych i Antoni Ulma – handlarze ze Szczercowa, wiozący na targ żyto, kaszę, groch i orzechy.

„Po zrewidowaniu handlarzy i zrabowaniu im 140 zł bandyci zbiegli. Władze policyjne wszczęły niezwłoczne poszukiwania. Zarządzono obławę, która na razie nie dała rezultatu” – napisano w policyjnym protokole z 31 marca 1936 r.

Dwa lata przed wybuchem drugiej wojny światowej strach było też chodzić i jeździć szosą z Łasku do Pabianic. We wrześniu 1937 r. „Orędownik” pisał: „Na ósmym kilometrze tej szosy, na dwie przejeżdżające furmanki z handlarzami, napadło czterech bandytów z rewolwerami. Sterroryzowali jadących i zrabowali: Kukule Janowi 160 złotych, Szubertowej Zofii oraz Malinowskiemu Zygmuntowi 15 złotych”.

 

(tekst z cotygodniowej strony historycznej w papierowym Życiu Pabianic")