„Na środku ulicy Żeromskiego rozpala ognisko, nad którym jego żona gotuje jedzenie w miedzianym garnku. Pod płotem sklecił sobie domek z desek, pokrył go słomą i zamieszkał w nim wraz z żoną oraz dzieckiem” – tak oto 4 października 1926 roku „Express Wieczorny” relacjonował niecodzienne wydarzenie z Pabianic. Owym „Drzymałą” znad Dobrzynki (prostym człowiekiem walczącym o prawo do dachu nad głową) – jak nazwano go w całej Polsce – był pabianiczanin Adam Mikołajczyk.

Dlaczego Mikołajczyk zamieszkał pod płotem? Powód był banalny. Według gazety, „Mistrz miotły, Adam Mikołajczyk, w 1923 roku objął obowiązki naczelnika podwórka w posesji nr 14 przy ulicy Żeromskiego. Posesja ta należała do kamienicznika Piaseckicgo, obywatela miasta Pabianic. Za czynności związane z pełnieniem obowiązków dozorcy domowego Mikołajczyk otrzymał od właściciela nieruchomości mieszkanie na parterze domu”.

Ale dozorca okazał się leniem. Nie dość, że rzadko brał do ręku miotłę, unikał zmywania błota ze schodów, to nawet nie raczył zamykać na noc bramy domu.

Kamienicznik Piasecki najpierw upominał Mikołajczyka, potem go zrugał. Nie pomogło. Na uwagi lokatorów, że podwórze jest brudne, a z kątów śmierdzi, dozorca-obibok odpowiadał wzruszeniem ramion.

„Naczelnik podwórka całe dnie prawie spędzał w narożnym szynku z kieliszkiem w ręku, całkiem zapomniawszy o miotle” – pisał „Express Wieczorny”. Skutkiem tego między nim a panem Piaseckim dochodziło do ostrych konfliktów. Wreszcie zniecierpliwiony właściciel posesji, dość mając Mikołajczyka, po kilku miesiącach wymówił mu pracę.

W ślad za tym do sądu wpłynęło podanie o wyeksmitowanie niesumiennego dozorcy. Uzyskawszy nakaz eksmisji, pan Piasecki z dobrego serca pozostawił Mikołajczyka w zajmowanym przezeń mieszkaniu, do czasu wyszukania locum. Lecz upłynęło kilka miesięcy, a dozorca ani myślał o opróżnieniu lokalu. Tedy pan Piasecki przy pomocy komornika i policjantów usunął go na podwórze”.

Nieroby na bruk!

Leniwy dozorca wylądował na bruku – a dokładnie: pod płotem posesji swego nieszanowanego chlebodawcy. Oprócz zrozpaczonej żony i wystraszonego dziecka miał dwa worki z ubraniami, trzy pary butów, brzytwę do golenia, miedziany kociołek, dwie miski i dwie łyżki. Jeszcze tego samego dnia cały swój dobytek Mikołajczyk wsunął do szopy, którą z paru desek, starej szafy i skrzynek po kartoflach sklecił pod płotem. Daszek schronienia dla siebie i rodziny pokrył słomą wyniesioną ze stajni dorożkarza.

„Wielce był rad ze swej przedsiębiorczości. Lecz radość tę wkrótce zniweczyła wścibska policja” – donosił „Express Wieczorny”. „Powołując się na przepisy regulujące ruch budowlany - jako wzniesiony bez pozwolenia władz – policja rozebrała drewniany domek dozorcy, dobytek Mikołajczykom wyniósłszy na środek ulicy. Rzecz jasna wykonania budowlanych przepisów we własnym interesie strzegł właściciel posesji - Piasecki.

Jednak Mikołajczyk jeszcze i teraz nie stracił rezonu. Rzeczy swe zebrawszy w czworobok, pokrył płótnem i zamieszkał wewnątrz tak uformowanej barykady. Lecz chłód jesiennych wieczorów dotkliwie dawał mu się we znaki. Tedy na środku ulicy Mikołajczyk rozpalił ognisko, grzejąc się przy nim wraz z żoną i dzieckiem. Przyszła policja i zgasiła ogień. To nic, bo Mikołajczyk obok rozpalił drugi ogień.

I oto od kilku dni stale powtarza się jedyna w swoim rodzaju scena. Na środku ulicy Żeromskiego kilka razy dziennie płonie ognisko, na którym żona dozorcy w miedzianym kociołku gotuje jedzenie. Daremnie policja, w obawie pożaru, usiłuje paraliżować pomysłowość Mikołajczyka. Oni gaszą, a on zapala”.

Ciekawscy pabianiczanie chętnie biegali na ulicę Żeromskiego, by obserwować zmagania policji z upartym Mikołajczykiem. Ich sympatia wyraźnie była ulokowana po stronie „Drzymały znad Dobrzynki”.

„Gazeta Pabjanicka” z 3 października 1926 roku napisała, że „Adam Mikołajczyk znany jest czytelnikom Gazety z zamachów samobójczych”. Jednak nie wyjaśniła, co było powodem owych zamachów oraz kiedy do nich doszło.

Kilka dni później „Drzymała” poszedł do Magistratu, gdzie grzecznie poprosił o pomoc. „Sprawa Mikołajczyka będzie przedmiotem obrad najbliższego posiedzenia, a Mikołajczyk jak mieszkał, tak będzie nadal mieszkać na ulicy, o ile nikt się nad nim nie zlituje i nie przygarnie do własnego ogniska” – zapowiadała „Gazeta Pabjanicka”.

„Sens tego wszystkiego jest taki, że magistrat powinien jak najprędzej wybudować dom dla bezdomnych, by pabianiczanie nie potrzebowali budować sobie domków na cudzych posesjach, mieszkać dosłownie bez dachu na ulicy i naśladować w ten sposób historyczne postacie z czasów ubiegłych”.

Rodzina Mikołajczyka dostała z Magistratu przydział na jeden pokój w drewnianym domu przy ulicy Garncarskiej. Nieduże komorne miała płacić sama. Miasto obiecało pomoc w zdobyciu opału na zimę.

 

Będzie schronisko

W maju 1925 roku nowa Rada Miejska, w której większość miała teraz lewica (Polska Partia Socjalistyczna i Narodowa Partia Robotnicza) podjęła kilka decyzji polepszających byt ubogich pabianiczan. Nakazano rozpoczęcie budowy schroniska dla bezdomnych przy ulicy Japońskiej (dziś Żwirki i Wigury) - w pobliżu targowiska zwierząt i Rzeźni Miejskiej, dwóch czytelni, seminarium nauczycielskiego oraz kina oświatowego. Miasto zaciągnęło pożyczki na brukowanie ulic. Prac budowlanych doglądał nowy prezydent miasta – Jan Jankowski.

Na schronisko dla bezdomnych miały się składać długie drewniane baraki kryte papą. Chciano urządzić w nich 10 skromnych mieszkań dla rodzin (po pokoiku z kuchnią) oraz dwie sale noclegowe dla samotnych bezdomnych i tułaczy.

„Jak na Pabianice, jest to niewiele” – narzekała „Gazeta”. „Piotrków na przykład wybudował domy na 150 mieszkań. Należy wyrazić życzenie, aby dornów takich władze nasze wybudowały jak najwięcej, ponieważ poważna ilość naszych lokatorów, zwłaszcza ze sfery robotniczej, mieści się w domach, wymagających natychmiastowej naprawy, Czego jednak właściciele domów bardzo często nie chcą przeprowadzić”.

 

czytajcie także:

https://www.zyciepabianic.pl/informacje/historia/swawolny-zyzio-z-pabianic-zygmunt-bartkiewicz.html