Był młody, bardzo elegancki, szalenie bogaty i dobrze mówił po polsku. Tak zapamiętali go pabianiccy Żydzi, wśród których obracał się przybysz z dalekiej Ameryki Południowej. W lutym 1930 roku Argentyńczyk zamieszkał w najlepszym hotelu nad Dobrzynką. Wyprawiał przyjęcia, chadzał na spotkania z zamożnymi mieszkańcami Pabianic.

Dwa tygodnie później w kronice towarzyskiej ukazała się informacja: „Twierdzi on, iż posiada w Buenos Aires duży skład manufaktury i przyjechał do Polski, by wyszukać sobie żony, ponieważ amerykańskie dziewczęta zupełnie mu nie odpowiadają”.

Gdy przeczytali to pabianiccy swaci, wokół Argentyńczyka zrobiło się tłoczno. Co najmniej trzy tuziny posażnych panien gotowe były wyjść za cudzoziemca i od razu popłynąć z nim za ocean.

Przybysz wybrał pannę Salę Łęczycką, urodziwą córkę zamożnego kupca. Ojciec Sali był człowiekiem roztropnym i znał się na ludziach. Początkowo nie ufał przybyszowi, wypytywał go o argentyńskie interesy i znajomych w tamtejszym środowisku żydowskim. Z czasem jednak kupiec Łęczycki przekonał się do kandydata na zięcia.

Jak napisał „Głos Poranny”, „Argentyńczyk przedstawił mu bowiem referencje znanych w Ameryce działaczy żydowskich, pokazał blankiety firmowe swego przedsiębiorstwa i wreszcie książeczki czekowe. Młody mężczyzna wywierał wrażenie bardzo solidnego człowieka, toteż pan Łęczycki uznał go za zupełnie odpowiedniego kandydata na zięcia.

Panna Sala ochoczo zgodziła się na związek małżeński. Marzyła już dawno o podróżach i nie mogła znieść szarej codzienności prowincjonalnego miasteczka nad Dobrzynką”.

Niedługo po ślubie małżonkowie popłynęli z Gdyni do Argentyny

Kierunek: Buenos Aires

Kupiec Łęczycki wyprawił córce huczny ślub. Na weselne przyjęcie zaprosił ponad stu pięćdziesięciu krewnych. Był wśród nich Jankiel Czop, szewc z Łodzi, oraz jego śliczna żona. Czop, któremu nie szło w interesach i wciąż był ubogi, szybko zwietrzył swą szansę. Parokrotnie przysiadał się do pana młodego, prosząc o pomoc w emigracji do Ameryki.

Nad ranem Argentyńczyk przyrzekł Czopowi, że wkrótce przyśle z Buenos Aires szyfkarty (bilety na podróż statkiem do Ameryki) dla Czopa, żony i ich trojga dzieci. A gdy szewc przypłynie, załatwi mu dobrze płatnę zajęcie w swym argentyńskim składzie manufaktury.

 Niedługo po ślubie małżonkowie pojechali do Gdyni, skąd popłynęli do Argentyny. W owych czasach emigracja Polek w tym kierunku mocno przybrała na sile. Latem 1930 r. władze naszego kraju wydały przepisy, które stanowiły, iż kobieta wyjeżdżająca do narzeczonego w Argentynie, uzyska zezwolenie urzędu emigracyjnego, o ile przedstawi tzw. affidavit (oświadczenie złożone pod przysięgą) opieczętowany przez polski konsulat w Buenos Aires. W dokumencie musi być zaznaczone, że emigrantka „udaje się w celu zawarcia małżeństwa z wzywającym ją narzeczonym”. Potrzebne też będzie świadectwo moralności narzeczonego.

Z Argentyny córka kupca Łęczyckiego słała długie listy do rodziców.

Pisała, że jest szczęśliwa, a mąż cieszy się w Buenos Aires powszechnym szacunkiem. O majątku męża donosiła z zachwytem – że jest ogromny.

W jednym z listów przysłała szyfkartę dla Czopowej – żony szewca Jankiela. W kopercie była też karteczka od męża Sali. Argentyńczyk donosił, że zgodnie z umową dokumenty dla Jankiela Czopa są już wyrabiane. Na szewca czeka też posada, lecz formalności muszą jeszcze trochę potrwać. Póki co niech do Buenos Aires płynie żona Jankiela.

Szewc Czop nie cieszył się z szyfkarty dla żony. Od dawna planował, że do Argentyny popłynie cała rodzina. Poza tym, gdyby Czopowa popłynęła sama, Czop musiałby się opiekować trojgiem małych dzieci. A jak miał temu sprostać, skoro od świtu do nocy harował w szewskim warsztacie.

Czopowa się uparła. Chciała płynąć do Argentyny. Przekonywała męża, że będzie tam pracowała w pralni, urządzi się i gdy dołączy do niej Jankiel z dzieciakami, szybko się wzbogacą. A pomoże im w tym zamożny kuzyn. Trzy tygodnie później Czopowa popłynęła.

 

Rozpacz w rodzinach

 Jankiel Czop dostał z Argentyny tylko dwa króciutkie listy od żony. Szewcowa pisała, że wiedzie się jej dobrze, pracuje w pralni i przyzwoicie zarabia. Nie pytała ani o dzieci, ani o zdrowie męża. Mocno to zaniepokoiło szewca. Kolejne listy z Buenos Aires nie nadchodziły. Czop pojechał więc do kupca Łęczyckiego w Pabianicach, by spytać o wieści od córki. Ale kupiec  też od paru miesięcy nie dostał listu z Argentyny.

Zdesperowany szewc ubłagał łódzkiego rabina, by napisał list do rabina w Buenos Aires. W liście była prośba o ustalenie, co się stało z żoną Jankiela Czopa. Odpowiedź nadeszła dość szybko.

Żydowska gmina w Buenos Aires dowiedziała się i zawiadamiała, iż rzekomy argentyński kupiec, który poślubił i wywiózł córkę Łęczyckiego z Pabianic jest dobrze znanym w Argentynie handlarzem żywym towarem. Tenże łotr od dawna sprowadzał z Polski młode niewiasty. Jest on także sutenerem. Przywiezione Polki zmusza do prostytucji w domach rozpusty w Buenos Aires, czerpiąc z tego potężne dochody.

Argentyńscy Żydzi ustalili, że poślubioną w Pabianicach Salę Łęczycką handlarz najpierw więził w swej posiadłości. Zmuszał ją, by pisała listy do rodziców i szewcowej Czopowej. A gdy Czopowa przypłynęła, obie kobiety umieścił w domu rozpusty.

Na prośbę Łęczyckich i Czopa gmina żydowska zawiadomiła argentyńską policję, że doszło do porwania. Policja przyjęła zgłoszenie, ale niezbyt się starała, by odnaleźć oszukane i wykorzystywane kobiety. Obiecała jedynie, że po znalezieniu ich, niezwłocznie obie panie odeśle do Europy. Rok później sprawę umorzyła.

Roman Kubiak