Miasto nie radziło sobie z włóczęgami, masowo napływającymi nad Dobrzynkę. „Niektórzy policjanci napotkanych włóczęgów kierują do schronisk dla bezrobotnych, a tam już od dawna miejsc nie ma” – pisała „Gazeta Pabianicka”. „Poza tym włóczędzy chcą być aresztowani na dwa tygodnie, jak stanowi prawo, gdyż wtenczas mogą sobie pojeść i wygodnie pospać”.

„Plaga włóczęgów w Pabianicach!” – w listopadzie 1933 roku donosił dziennik „Echo”. Artykuł informował o tym, że: „od pewnego czasu ściąga do Pabianic duża ilość włóczęgów, aby tutaj znaleźć jakąś pracę lub łatwy zarobek”. Pabianicka policja była wyjątkowo łagodna dla włóczęgów. W mieście doliczono się prawie pięciuset przybyszów bez grosza w kieszeni.

„Na niemal każdym rogu ulicy przechodnie są narażeni na nagabywanie przez natrętnych żebraków. Żebracy ci z dnia na dzień powtarzają te same skargi i te same biadania. Gdy odmawia im się datków, odprowadzają przechodnia dość długo, by wreszcie rzucić za nim ordynarne przekleństwo” – ostrzegała lokalna prasa.

Obawiano się zwłaszcza żebraków natrętnie dobijających się do drzwi mieszkań. Dlaczego? Ponieważ zdarzały się przypadki, że żebrak poczęstowany chlebem domagał się też złotówki jałmużny, a gdy nie dostał, wybijał kamieniem szyby w oknach. W kamienicy przy ulicy Warszawskiej rozgniewany włóczęga napaskudził pod drzwiami lokatorki, która dała mu tylko pięć groszy, czym obraziła żebraka.

Strach przed włóczęgami potęgowały wieści z kraju. Pisano, że w Poznaniu i okolicach włóczędzy podpalają domy, sklepy i zagrody. Dwóm z nich policja udowodniła ponad sto zniszczeń. Karanie sprawców nie skutkuje, bo włóczędzy nie obawiają się więzienia.

W Starogardzie „armia” żebraków zaatakowała zamykany na noc dworzec kolejowy, bo szukała schronienia przed mrozem. Gdy interweniowała uzbrojona policja, włóczędzy „zbombardowali” dworzec kamieniami. By nie zamarznąć, koczowali przy ogniskach, rozpalonych pod wiaduktami kolejowymi.

Wyłapanych włóczęgów prowadzono do miejskiego schroniska, gdzie strzyżono ich, myto, przebierano i karmiono.

Drwiny z sądu

W 1933 roku pabianiccy policjanci dostali rozkaz zaciągania włóczęgów przed sąd grodzki. Pozwalało na to rozporządzenie prezydenta Rzeczypospolitej o zwalczaniu żebractwa na terenie całego państwa. Jeden z żebraczych procesów przed sądem grodzkim opisał dziennik „Echo”: „17-letni Jan Głowacki i 19-letni Wasyl bez stałego miejsca zamieszkania, bez rodziny i żadnych środków do życia, zostali przychwyceni na stacji kolejowej w chwili, gdy odbywali podróż z Pabianic pociągiem towarowym na gapę. Młodociani włóczędzy przed sądem opowiadali dzieje swej tułaczki. Głównym ich zajęciem jest przenoszenie się z miasta do miasta pociągami osobowymi lub towarowymi na gapą, żebranina i drobne kradzieże gdzie się da: na stacjach, w wagonach, w polu.

Ostatnio włóczędzy ci nocowali w stodole obok stacji kolejowej w Pabianicach. Stodoła ta należy do zawiadowcy stacji, p. Westerskiego. Około 14 młodocianych włóczęgów z różnych stron kraju zgromadziło się tam, aby przenocować i następnego dnia ruszyć dalej. 17-letniemu włóczędze Głowackiemu sąd wyznaczył obrońcę z urzędu w osobie adwokata Masłowskiego”.

Niedługo potem do mieszkania Tadeusza Krystka z ulicy Legionów 58 (dziś ul. Partyzancka) włamali się trzej włóczędzy. Z kuchni zginęła kiełbasa i ser, a z szafy – ubrania i buty. Tego samego dnia policja odnotowała włamania do mieszkań na Starym Mieście i piwnicy domu przy ulicy Fabrycznej (Waryńskiego).

Sąd Grodzki w Pabianicach musiał się zająć także Ignacym Szczepaniakiem, włóczęgą spod Kielc, który okradł swego dobroczyńcę, Jakubowskiego. Prasa pisała: „Dostawszy pracę dozorcy domu, włóczęga ograbił komórkę Jakubowskiego. Wyniósł z niej ubrania, buty i walizki warte 150 zł. Policjanci wytropili niewdzięcznika w lesie pod miastem, a sąd skazał na dwa miesiące więzienia. Po odczytaniu wyroku sędzia poradził Szczepaniakowi, aby jak najprędzej wyniósł sie z miasta, w którym tak źle się popisał”.

 

Posadzić czy przepędzić?

Włóczędzy wygnani z Pabianic, najchętniej jechali do Łodzi, a włóczędzy z Łodzi szukali szczęścia nad Dobrzynką. W 1936 roku „Echo” pisało: „Jako najpoważniejszy teren do swej działalności wszelkiego pokroju włóczędzy i żebracy obrali sobie teren miasta Pabianic. Dzień w dzień instytucje, przedsiębiorstwa i mieszkania prywatne nachodzone są przez natrętnych żebraków obojga płci, niejednokrotnie będących w stanie nietrzeźwym, którzy domagają się datków w pieniądzach. Bułkę albo mniejsze od pięciu groszy datki pieniężne przyjmują ze wzgardą”.

Podczas jednego z procesów w ławach oskarżonych pabianickiego sądu posadzono aż 22 włóczęgów. Niektórzy z nich mieli za sobą kilkanaście wyroków za włóczęgostwo. Większość odsiedziała je i znów wróciła na ulice.

Sporo zmartwień przysparzali też Cyganie wędrujący po kraju w taborach. Prasa pisała: „Niby wróżą, niby handlują końmi, ale w rzeczywistości głównie kradną. Żadne z dotychczas stosowanych środków policyjnych nie zdołały unormować trybu ich życia. Nieszczęściem dla policji jest fakt, że wszyscy Cyganie są strasznie do siebie podobni. W ten sposób potrafią ukryć każde przestępstwo. Zamieniają między sobą dokumenty i imiona. Trzeba dodać, że nieraz całe rodziny noszą to samo imię i nazwisko. Rodzina składa się z trzydziestu osób i wszyscy nazywają się jednakowo! Dokonać należy zatem spisu Cyganów europejskich i sporządzić międzynarodową kartotekę, w której, prócz fotografii, Cyganie złożyliby swe odciski palców”.

 Jednak nic z tego nie wyszło. Policjanci z Pabianic wciąż musieli tropić sprawców kradzieży kur, królików i gołębi z gospodarstw sąsiadujących z obozowiskami Cyganów. Latem 1933 roku, gdy wędrowni Cyganie biwakowali na Zielonej Górce, odnotowano 16 włamań i kradzieży w kurnikach.