Ponad 90 lat temu kilkoro pabianiczan utrzymywało się z wynajmowania łódek i kajaków pływających po Dobrzynce. Najchętniej wiosłowano w górnym biegu rzeki – od Bugaju do mostu na ulicy Zamkowej. Powód? Dobrzynka była tam względnie czysta. Nieco dalej wpadały do niej cuchnące fabryczne ścieki. Sezon wioślarski trwał od pierwszych dni maja do końca września.

Osiem drewnianych łódek jednoosobowych i wieloosobowych miała Antonina Kuligowska z ulicy Bugaj 17, prowadząca największa wypożyczalnię w mieście. W maju 1925 roku Kuligowska wynajęła cztery prawie nowe łódki uczniom szkoły zawodowej. Chłopcy zapłacili złotówkę i chwycili za wiosła. Popłynęli w dół rzeki - każdy w „swojej” łódce.

Dalsze wydarzenia kwieciście opisała „Gazeta Pabjanicka”: „Młodzi wioślarze cieszyli się chłodną wodą uroczej Dobrzynki, która z szumem toczy wonne fale swoje i wpada... no, nie do morza, lecz do stawu należącego do firmy Krusche i Ender. Przy stawie .zbudowane są bielniki tejże firmy, czerpiące wodę z niezmierzonych głębin fabrycznego stawu. Woda idąca do bielnika musi być czysta, toteż mącenie jej jest zakazane. Tymczasem nasi chłopcy, wielcy amatorzy przygód, wpłynęli sobie spokojnie na staw, pracując wiosłami aż do zmęczenia. Zauważyli to robotnicy fabryczni i donieśli administratorowi fabryki”.

W fabryce podniesiono alarm. Na polecenie administratora robotnicy wskoczyli do stawu, zablokowali drogę odwrotu i próbowali wyrwać wiosła intruzom. Mieli liczebną przewagę. Według protokołów policyjnych, w pewnym momencie z uczniami na łodziach walczyło co najmniej 20 silnych robotników. Efekt był łatwy do przewidzenia – chłopcy uciekli, porzucając wypożyczone łódki.

 

Cztery łódki to już flota?

„Express Wieczorny Ilustrowany” napisał, że pod murami wielkiej fabryki włókienniczej doszło do „napadu floty pabianickiej”. Gazeta stanęła po stronie fabryki „zaatakowanej” przez bezczelnych uczniów. „Czterech chłopców mogło się stać przyczyną unieruchomienia przemysłu w Pabjanicach” – grzmiał „Express”. Wyliczono, że straty producenta tkanin bawełnianych mogły sięgnąć tysięcy złotych.

Administrator kazał wynieść łódki na brzeg i schować je w przyfabrycznej szopie. Twierdził, że postępuje w zgodzie z „pradawnym zwyczajem zajmowania szkodników w szkodzie”. Miał na to zgodę zarządu firmy „Krusche i Ender”. Policjanci odstąpili od interwencji.

Gdy Antonina Kuligowska nie doczekała się powrotu nieletnich wioślarzy, pobiegła szukać ich. Była pełna niepokoju, że łodzie z uczniami mogły się wywrócić na rzece. Ale na brzegach Dobrzynki nikt o żadnej tragedii nie słyszał, młodych wioślarzy nie widział. Dopiero późnym wieczorem Kuligowska dowiedziała się, że jej łódki zarekwirowała firma „Krusche i Ender”.

 „Zrozpaczona Antonina Kuligowska domaga się zwrotu swego ruchomego majątku, lecz bezskutecznie” – pisała „Gazeta Pabjanicka”. „Pozostaje jej wkroczenie na drogę sądową, by w ten sposób otrzymać satysfakcję”. Tak też się stało. Kuligowska pozwała fabrykę do Sądu Pokoju, domagając się surowego ukarania winnych kradzieży łódek.

 

Kto za to zapłaci?

Ciekawy proces śledziły tysiące pabianiczan. Na pierwszej rozprawie administrator firmy „Krusche i Ender” stwierdził, że już wcześniej wioślarze i wędkarze nielegalnie wpływali na fabryczny staw. Byli oni sprawcami kilkakrotnego zamulenia bielników firmy przez mętną wodę. Skutkiem tego fabryce groziło zamknięcie bielników, a miastu - zamknięcie fabryki i pozbawienie pracy czterech tysięcy robotników.

Według administratora kajakarze i wioślarze byli wielokrotnie upominani przez fabrycznych dozorców, by nie wpływali na staw. Upominano także właścicieli wypożyczalni łódek. Administrator dodał, ze kilka dni po incydencie z czterema młodocianymi wioślarzami łódki wróciły do wypożyczalni pani Kuligowskiej.

Pabianicki Sąd Pokoju pod przewodnictwem sędziego Zawadzkiego wysłuchał także racji Antoniny Kuligowskiej, która żądała pieniędzy za bezprawne przetrzymywanie łódek w fabryce. Kwota była niewielka, ale właścicielka wypożyczalni nie ustępowała. Ostatecznie sąd nie dopatrzył się przestępstwa ani w czynach administratura fabryki, ani walecznych robotników. I uniewinnił ich. Kuligowska nie dostała ani grosza.

Niezadowolona z wyroku apelowała do Sądu Okręgowego w Łodzi. Tym razem sad uznał, iż łódki Antoniny Kuligowskiej wpłynęły na staw fabryczny bez jej woli, a zabierając je, administracja fabryki pozbawiła właścicielkę możności zarobkowania. Dlatego Sąd Okręgowy uznał administratora fabryki winnym wykroczenia. Skazał go na 25 złotych grzywny oraz opłatę kosztów sądowych w wysokości 3 zł 75 gr.

Nazajutrz „Gazeta Pabjanicka” napisała: „Niechaj jednak powyższy wyrok nie będzie dla amatorów wiosła zachętą do pójścia w ślady niefortunnych chłopców, którzy swym krokiem narobili niemało kłopotu i oskarżonemu, i oskarżycielce”.