Jeszcze długo po wypędzeniu Niemców, uzbrojeni harcerze i milicjanci ludowi musieli pilnować składów mąki, węgla i nafty, raz po raz szturmowanych przez rabusiów. W mieście brakowało też ziemniaków, chleba, kaszy, cukru, smalcu, mięsa. Niewiele rodzin miało czym ogrzać mieszkania. Ponad 3.000 najuboższych dostawało bony na zupę z kromką chleba, wydawane w ulicznych kuchniach. Starania nowych władz o większe przydziały żywności dla Pabianic nie odnosiły skutku. Robotnice i robotnicy mdleli podczas pracy.

25 listopada 1918 r. „Gazeta Łódzka” pisała: „Postanowiono powiększyć racje chleba dla ludu i ulepszyć jego jakość oraz zreformować aprowizację”. Z Komitetu Amerykańskiego udało się sprowadzić kolejne dary: 80 worków mąki, 16 skrzyń konserw, 40 skrzyń smalcu, 11 beczek marmolady. Rozdzielono je w magazynach magistratu.

Przed Rzeźnią Miejską przy ulicy Japońskiej (dziś ul. Żwirki i Wigury) od rana stały dzieci z garnuszkami po krew świeżo ubitych zwierząt. Część ciepłej krwi dzieciarnia wypijała na miejscu, resztę zanosiła do domów. Kuchnia przy Rzeźni Miejskiej gotowała darmowe zupy na kościach i podrobach. Cenowe rekordy biły papierosy. Na Zamkowej za 10 sztuk trzeba było zapłacić 5 marek polskich (równowartość dziennej pensji robotnika).

Rządząca miastem Rada Robotnicza postanowiła wypłacać nauczycielom dodatek do niskich pensji. Nauczyciele Szkoły Realnej utracili prawo do dodatkowych 2 funtów cukru miesięcznie na osobę - z zapasów. Zarobki pracowników szpitali miejskich i szpitala wenerycznego podniesiono do 100 marek. Wypłacano im także dodatek drożyźniany - 25 proc. pensji.

Pracownicy magistratu (urzędu miejskiego) utracili przywilej kupowania mąki, kaszy i cukru po cenach hurtowych w magazynach Centrali Chleba i Mąki (składach żywności). W zamian za to pracownicy magistratu dostali podwyżki pensji. Teraz ich zarobki wynosiły od 60 marek (akuszerka) do 520 marek (sekretarz). Wszyscy dostawali też dodatki: kawalerowie - 10 proc. pensji, żonaci - 20 proc., żonaci z dziećmi - 35 proc. Magistrat zatrudniał 36 osób, wśród nich doktorów: Witolda Eichlera, Ignacego Broniewskiego i Józefa Szwarcwasera. Sekretarzem miasta pozostał Antoni Podgórski, a skarbnikiem Jakub Petrykowski.

Na czele wciąż okradanej Centrali Chleba i Mąki stanął energiczny zarządca - Jan Ebenrytter, dyrektor banku ludowego. Pabianickiego piekarza Gustawa Prufera, który podczas wojny miał monopol na dostawy chleba dla instytucji miejskich, wezwano na rozmowy w magistracie. Nazajutrz Rada Robotnicza rozdzieliła dostawy chleba na kilka mniejszych piekarni. Na wniosek komitetu obchodów 100-lecia śmierci Jana Kilińskiego, ulicy Nowej w centrum Pabianic nadano nazwę Kilińskiego.

 

Żydzi chcą światła

            Podwyżek pensji domagali się wozacy, dozorcy, rzeźnicy i grabarze. Niczego nie wskórali też druhowie z Ochotniczej Straży Pożarnej, żądający od władz miasta wyższych opłat za wynajmowanie koni strażackich do ciągnięcia magistrackich wozów z zaopatrzeniem. Rada odrzuciła też prośbę żydowskiego stowarzyszenia Strzecha Robotnicza, by w szkole przy ul. Garncarskiej na koszt miasta zainstalować elektryczne oświetlenie.

Znalazły się natomiast pieniądze dla rzeźników, którzy prosili o lampy elektryczne w hali Rzeźni Miejskiej i doprowadzenie tam wody. Na poczcie zatrudniono dwóch urzędników – wieloletnich pocztowców wcześniej pracujących dla Rosjan i Prusaków. Zegarmistrzowi Malinowskiemu, który nakręcał i konserwował wielki zegar na wieży kościoła św. Mateusza, podwyższono pensję z 37 marek i 44 fenigów do 50 marek miesięcznie.

Odebrane Niemcom ubrania (wojskowe płaszcze, kaftany, kalesony) rozdzielono miedzy biednych. Poniemieckie konie pociągowe i dwie krowy zaprowadzono do rzeźni. Rozdzielono też zdobyczny węgiel i drewno – z magazynów wojskowych.

Po odzyskaniu niepodległości, władze Pabianic domagały się pieniędzy z kasy państwa. Ponieważ największym problemem było bezrobocie, wiosną 1919 r. z Ministerstwa Robót Publicznych miasto dostało pożyczkę - 2 miliony marek na zasiłki.

Aby sprawniej rozwiązywać problemy mieszkańców, władze utworzyły Tymczasową Radę Doradczą, działającą w 4 sekcjach (komisjach): żywności i opału (kierował nią fabrykant Bolesław Pawłowski), szpitalnej i sanitarnej (kierował chemik Gustaw Adolf Rosner), budowlanej (pod kierunkiem przedsiębiorcy budowlanego Józefa Hansa) i pomocy biednym (pod kierunkiem robotnika Jana Kamińskiego). Piątym członkiem TRD był Jan Jankowski (późniejszy prezydent miasta). Wkrótce w mieście pojawił się delegat władz centralnych – komisarz ludowy Juliusz Mieszkowski.

Pod kontrolą magistratu organizowano Straż Leśną - do pilnowania lasów państwowych. Jej szkoleniem zajął się Henryk Świetlicki, były uczeń Szkoły Handlowej i legionista. Niedługo potem Świetlicki został komendantem strażników.

 

Drożyzna!

Porządku w mieście strzegła Milicja Ludowa pod dowództwem komisarza Antoniego Śmigłego. Miasto podzielono na 4 okręgi podległe podkomisarzom: Brzozowskiemu, Łyszkowskiemu, Jakóbczakowi i Staniakowi. Milicjanci dostali poniemiecką broń.

W styczniu 1919 r. ceny żywności gwałtownie poszły w górę. Powód? Niedostatki w zaopatrzeniu. „Głos Polski” z 16 stycznia informował: „Mieszkańcy Pabianic na próżno zadają sobie pytanie, dlaczego ceny są znacznie wyższe niż w Łodzi. Na przykład cukier w Pabianicach kosztuje 2 marki 60 fenigów za funt, a w Łodzi – 2 marki 18 fenigów. Chleb w Pabianicach kosztuje 62 fenigi, w Łodzi – 35”.

 Stopniowo (ale bardzo powolnie) zacierano ślady po zaborcach. „Gazeta” pisała: „W innych miejscowościach kraju wydano rozporządzenie o skasowaniu szyldów niemieckich, a u nas figurują one najspokojniej w dalszym ciągu, jak radosne wspomnienie po okupantach”.

Prasa uspokajała, że wbrew plotkom polskie mienie nie przechodzi w żydowskie ręce, donosząc: „W ostatnich czasach rozeszła się pogłoska, iż aptekę p. Jędryki przy Zamkowej nabyli Żydzi. Pogłoski te były fabrykowane przez nieuczciwą konkurencję, która sama nic wspólnego z polskością nie ma. W rzeczywistości aptekę, o które mowa, nabyli pp. Stefan Nowakowski i Mieczysław Esman – obaj Polacy”.

Pod koniec grudnia 1918 r. do miasta dotarła nowina, że przez Pabianice będzie przejeżdżał Ignacy Jan Paderewski - światowej sławy pianista, wielki patriota i działacz niepodległościowy (niebawem pierwszy premier niepodległej Polski). Paderewski miał jechać pociągiem specjalnym z Poznania do Warszawy. W stolicy czekał na niego naczelnik Józef Piłsudski. Wiadomość tę potwierdził dziennik „Rozwój”, sprzedawany w kiosku przy kościele św. Mateusza. Na stacji kolejowej tłum wypatrywał pianisty już dwie godziny wcześniej. Były biało-czerwone flagi i kwiaty.

Przejazd Jana Paderewskiego przez Pabianice opisał „Kurier Warszawski” z 2 stycznia 1919 r.: „Zza okna wagonu dochodzą odgłosy okrzyków i tony muzyki, które szybko zostawiamy za sobą. To Pabianice w przelocie pociągu ślą hołd Paderewskiemu”.

(artykuł z cotygodniowych stron historycznych w papierowym "Życiu Pabianic")