Pabianice i okoliczne wioski słynęły ze znachorów trudniących się także wyrywaniem zębów. Nie za darmo. Ponieważ na leczenie zębów u dyplomowanego dentysty było stać niewielu pabianiczan, ludzie szukali pomocy u pokątnych „dentystów” – osobników bez żadnych kwalifikacji medycznych. Mieszkający przy ulicy Tuszyńskiej (dziś ul. Piotra Skargi) znachor Grzelak na ból zębów kazał łapać ropuchę. A najlepiej kilka płazów. Oślizgłą ropuchę „pacjent” miał trzymać w ustach tak długo, aż zdechła. Jeśli ból zębów nie ustawał, znachor „zalecał” brać do ust kolejne ropuchy.

Inni „dentyści” nie cackali się, wyrywając bolące zęby przy pomocy narzędzi z warsztatów ślusarskich. Robili to bez znieczulania „pacjenta”, biorąc od obolałych osób po 5-10 złotych zapłaty. Zimą 1934 roku prasa pisała: „W mieście naszym znajduje się kilkunastu osobników, którzy wykorzystując nieuświadomione społeczeństwo, uprawiali bezkarnie swój proceder. Obecnie władze pod kierunkiem komisarza Bolesława Grzywaka przystąpiły energicznie do akcji mającej na celu zlikwidowanie szkodliwej działalności rzekomych dentystów.

W związku z powyższym odbyła się w Pabianicach rozprawa karna, na której za nielegalne zajmowanie się praktyką dentystyczną ukarano sześć osób”. Według dokumentów sądowych, udającego dentystę Michała Kassmana skazano na 14 dni aresztu lub grzywnę 250 zł. Jan Dziuba musiał odsiedzieć w areszcie 5 dni, Henryk Marczewski - 5 dni, Jan Grambor - 3 dni. Wszystkim skazanym skonfiskowano narzędzia dentystyczne.

Przeciwko fałszywej dentystce Surze Joskowiczównie prokurator wszczął śledztwo. Powód? Żydówka doprowadziła do zakażenia jamy ustnej „pacjenta”. Natomiast sądową sprawę przeciwko Abramowi Kowadło odroczono z powodu choroby oskarżonego, któremu jednak zabrano narzędzia.

Także w 1934 roku ukazały się przepisy wykonawcze prezydenta Rzeczypospolitej do ustawy o wykonywaniu praktyki lekarsko-dentystycznej. W myśl tej ustawy „do zajmowania się zębolecznictwem i wprawiania zębów sztucznych uprawnione są osoby, posiadające obywatelstwo polskie oraz dyplom lekarza dentysty wydany przez odpowiedni wyższy zakład naukowy”.

Przepisy regulowały również zakres prac techników dentystycznych, którym zezwolono wykonywać jedynie protezy zębowe wyłącznie na zamówienie i pod kierunkiem dentysty.

 

Przyjazd kanciarza

Sprawcą największej afery dentystycznej w Pabianicach był wytrawny łgarz i oszust ze Lwowa, poszukiwany listami gończymi. To on przyjechał nad Dobrzynkę w lipcu 1929 roku. Sprowadziło go tutaj ogłoszenie pabianickiego dentysty Izaaka Szapocznika, wybierającego się z rodziną na zasłużony urlop. Doktor Szapocznik chciał swój gabinet przy ul. Warszawskiej 29 powierzyć na cały miesiąc zastępcy, by pacjenci mieli gdzie pójść po ulgę, gdy rozbolą ich zęby.

Człowiek, który odpowiedział na ogłoszenie dentysty nazywał się Jan Szwarc, a przynajmniej na takie nazwisko wystawiono mu dokumenty. Miał 25 lat, dyplom lekarski i zaświadczenia z renomowanych gabinetów dentystycznych w Poznaniu i Krakowie, gdzie ponoć odbył praktyki. Doktor Szapocznik od razu przyjął Szwarca do pracy, dał mu klucze do swego gabinetu i spokojnie wyjechał na urlop.

Szwarc przyjmował mnóstwo pacjentów. Inkasował spore honoraria, lecz nie wpisywał ich do księgi przychodów. Pieniądze lądowały w jego kieszeni. Za zamówione złote mostki i koronki dentystyczne Szwarc brał należność „z góry”, lecz robót nie wykonywał. Kazał czekać na powrót z Riwiery doktora Szapocznika.

Po miesiącu z urlopu wrócił Izaak Szapocznik. Doktor bardzo się zdenerwował, gdy przejrzał stan ksiąg finansowych i materiałów dentystycznych, jakie pozostawił swemu zastępcy. Brakowało kilkuset złotych.

Tymczasem do gabinetu Szapocznika masowo zgłaszali się pacjenci z pretensjami. Twierdzili, że młody zastępca dentysty wziął od nich pieniądze za zamówione koronki i mostki, lecz prac tych nie wykonał. Szapocznikow wezwał Szwarca. Ten przyznał, że wziął zaliczki, ale nie ma już ani grosza, bo wszystko wydał na ślub z weselem. Ale obiecał oddać. Szwarc wystawił Szapocznikowi weksle na 263 zł.

Gdy nadeszły terminy płatności weksli, Szwarca już w Pabianicach nie było. Porzucona przez niego żona stwierdziła. że zniknął z pieniędzmi teścia. Młodego „dentysty” poszukiwali także pabianiccy kupcy, od których nabył „towary galanteryjne”, płacąc fałszywymi wekslami. Urząd śledczy rozesłał za oszustem listy gończe.

Jak ustaliła policja, Szwarc pochodził ze Lwowa. Był tam znany pod nazwiskiem, pod jakim się urodził - Apolinary Brosz. Miał opinię wyjątkowo sprytnego krętacza, łgarza i kanciarza. Policja ustaliła także, że Brosz nie jest dentystą, a jedynie bezprawnie praktykował w gabinetach dentystycznych. Jak to robił? Dziennik „Echo” pisał: „Po kursie maturalnym we Lwowie Brosz wyjechał do Poznania, gdzie posługując się fałszywymi papierami oraz podrobionym indeksem, uczęszczał na wydział lekarski tamtejszego uniwersytetu.

 Poza wykładami Brosz zdołał się wkręcać do laboratoriów. Dzięki wrodzonym zdolnościom i ujmującej powierzchowności doskonale się maskował, a powierzone mu prace wykonywał bez zarzutu. W Poznaniu występował pod przybranym nieprawnie nazwiskiem Jana Szwarca, należącym do jego kolegi z czasów lwowskich.

Pewnego dnia zniknął nagle z Poznania i wyjechał do Łodzi., gdzie wszedł w bliższe stosunki z zamożną właścicielką zakładu krawieckiego, którą następnie poślubił. Przehulawszy pieniądze żony, Brosz wyjechał do Kielc, gdzie do spółki z technikiem dentystycznym Gingoldem otworzył laboratorium dentystyczne. Wykiwawszy wspólnika i nazaciągawszy długów, wyjechał do Sosnowca, gdzie uzyskał posadę dentysty w Kasie Chorych”. Oszukiwał też w Warszawie i Krakowie. Stamtąd przywędrował do Pabianic.

Brosza (Szwarca) aresztowano we Lwowie i przywieziono do Łodzi. Niebawem „Dziennik” pisał: „Sąd uznał winnym Apolinarego Brosza vel Szwarca zarzucanych mu przestępstw i skazał go na 6 miesięcy więzienia, za sfałszowanie dokumentów na jeden rok i 6 miesięcy więzienia oraz za wręczanie fałszywych weksli na rok i 6 miesięcy więzienia”. W lwowski więzieniu oszust leczył zęby skazanym i… strażnikom.

 

Jeszcze jeden…

Dwa lata przed wybuchem drugiej wojny światowej policjanci wytropili i schwytali fałszywego dentystę z Woli Zaradzyńskiej, wyrywającego zęby mieszkańcom okolicznych wiosek. Opisał to dziennik „Echo” z września 1937 roku: „Karol Jegier, z zawodu szewc, nie miał widocznie wielkich dochodów w swym zawodzie, wobec czego postanowił zmienić go na inny, bardziej intratny. Wybrał sobie dentystykę i za zaoszczędzone pieniądze nabył odpowiednie narzędzia. Następnie chodził od wsi do wsi i wyrywał, naprawiał oraz plombował zęby naiwnym wieśniakom. Rzecz się jednak wydała i niefortunny dentysta złapany na gorącym uczynku odpowiadać będzie przed sądem. Narzędzia dentystyczne zostały mu skonfiskowane”.

(artykuł z cotygodniowych stron historycznych w papierowym "Życiu Pabianic")