„Na grudniowe święta 1948 roku każdy pracujący obywatel będzie mógł wykupić 1,4 kilograma rąbanki, kilo solonych śledzi z beczki, pół kilo duńskiej margaryny i 7 litrów mleka” – 71 lat temu triumfalnie doniósł „Głos Pabianic”.

W sklepach miało się pojawić także mydło (po kostce „na głowę”), ale zapasy szarego mydła wyczerpały się już w listopadzie.

Miesiąc przed świętami Oddział Aprowizacji we władzach Pabianic postanowił, że rąbanka będzie wydawana w sklepach spółdzielni spożywców Społem przy ulicach: Żukowej 36 (dziś Łaska), Armii Czerwonej 14 (Zamkowa), Konopnej 36, a także w prywatnych sklepach: Piotra Saktury przy Południowej 1, Ludwika Janiszewskiego przy Armii Czerwonej 32 i Stanisława Kociołka przy Warszawskiej 14.

Robotnikom fabrycznym należały się świąteczne bony tłuszczowe. Można było za nie wykupić litr oleju rzepakowego albo pół kilo krajowego smalcu. Większość klasy robotniczej wolała smalec.

W połowie grudnia miasto obiegła wieść, że przed wigilią przywiozą ubite zające - po 650 złotych sztuka. Przed wyznaczonym sklepem przy Armii Czerwonej stanęła długa kolejka. Niestety, przyjechało tylko 12 zajęcy. Reszta (około 60) „zniknęła w transporcie”.

Zawiadomiono o tym Milicję Obywatelską, która natychmiast ruszyła śladami „uciekinierów”. Jednak po tygodniowym śledztwie trop urwał się na przedziurawionej ścianie magazynu żywności.

Aby obywatelom świętującym przy pasztetowej i kaszy gryczanej było nieco raźniej, komunistyczna prasa informowała, że inni mają jeszcze gorzej. „Katastrofalne zaopatrzenie w Londynie! Brytyjczycy muszą jeść koninę, której przydziały są ciągle zmniejszane” – pisał „Głos Pabianic”. „A tymczasem w Londynie ceny rosną. Kilo koniny kosztuje już więcej niż litr wina”.

Za to w Związku Radzieckim „dobrobyt jest coraz większy” – informowała ta sama gazeta. „Niedawno uruchomiono 16 wytwórni masła i sieć wspaniale urządzonych piekarni”.

Polskim gospodyniom domowym gazeta radziła, jak przed Bożym Narodzeniem zrobić cukierki ze szklanki cukru i dwóch szklanek mleka.

19 grudnia 1948 roku grupa obywateli upomniała się o kaczki i gęsi, hodowane w tuczarni przy Zakładach Mięsnych w pobliżu ulicy Żwirki i Wigury. Do władz miasta wpłynęła pisemna prośba o możliwość zakupu tego drobiu, z przeznaczeniem na świąteczne stoły. Ale autorzy pisma nie dostali nawet gęsiego pióra. „Zawiadamiamy, że 60 tysięcy kaczek i gęsi hodowanych w Pabianicach zakwalifikowano na eksport do Anglii i Czechosłowacji” – odpowiedziały władze.

Szybko zgasły też nadzieje na świeżą rybę. Winą za niedostatek karpi i śledzi władze obarczyły prywatnych sklepikarzy. „W Pabianicach istnieją tylko dwa prywatne sklepy rybno. Sklepy te sprowadzają ryby z okolicznych jezior, brak natomiast zupełnie ryb morskich” – pisał „Głos Pabianic”. „Oczywistą jest rzeczą, że nieduże sklepy prywatne nie mogą zaopatrzyć ludności Pabianic. Tą gałęzią zaopatrzenia winny zająć się spółdzielnie. Pabianicom potrzebna jest centrala rybna”.

Do sklepów Społem przywieziono 8 worków suszonych śliwek i dwa worki maku. Miało być więcej jaj. Pojawiła się też szansa na świąteczne koszule. „Sklepy tekstylne przy Armii Czerwonej 9 i 17 będą mogły sprzedawać resztki kretonowe i flanelowe, ale tylko pracownikom Państwowych Zakładów Przemysłu Bawełnianego – po 2 metry, za okazaniem legitymacji związkowej” – pisała prasa.

Zadbano o dzieciaki. „Staraniem Rady Zakładowej zorganizowano gwiazdkę dla 3600 dzieci pracowników PZPB” – doniósł „Głos Pabianic”. Każde dziecko dostało po dwa jabłka, dwa ciasteczka i garść cukierków oraz „zabawkę zrobioną z resztek kolorowych gałganków, otrzymanych z Działu Odpadków”.

 

Rok 1959

60 lat temu na świąteczne stoły pabianiczan miały trafić powidła śliwkowe – po słoiczku dla każdej rodziny. Władze miasta obiecywały „rzucić do sklepów” po dwa plasterki baleronu „na głowę” oraz po kilogramie kaszy gryczanej, cukru i mąki na wigilijne kluski.

W grudniu 1959 roku lokalna prasa doniosła, że zaopatrzenie na święta zapowiada się dobrze. Brak rodzynek do cist tłumaczono słusznymi strajkami wyzyskiwanych kolejarzy we Włoszech i Francji. W połowie miesiąca partia i rząd skierowały do Pabianic świąteczny prezent: 36 ton cytryn i 12 ton pomarańczy (po 20 deka „na głowę”). Była to pierwsza dostawa tych owoców od stycznia.

Uspołeczniony handel miał „rzucić na sklepy” 4 tony importowanych konserw (po pół puszki mielonki na rodzinę). Ale z powodu „niewykonania planu w skupie trzody chlewnej i bydła rzeźnego” rzucił tylko smalec (po pół paczki na rodzinę).

Szynki i baleronu nie szukało się w sklepach, bo ich tam nie było. Przed świętami Komisja do Walki z Kradzieżami zrewidowała szafki w szatni pracowników Zakładów Mięsnych. Sukces był ogromny! Znalazła 118 kg mięsa, wędlin i pasztetowej.

W grudniu władze miasta zarządziły, że w barach i restauracjach będzie gotowane to, co nakażą urzędnicy z ratusza. Odtąd w restauracji Powszechnej przy ulicy Armii Czerwonej codziennie miała być golonka z groszkiem i kapustą, w Staromiejskiej (przy Placu Obrońców Stalingradu (Starym Rynku) - parówki z musztardą, a w barze Warszawskim (przy Warszawskiej) - flaki.

Pabianicka Fabryka Żarówek Polam rozpoczęła produkcję „polskich lampek", czyli żarówek choinkowych. Wysyłano je na eksport do Anglii, Niemiec, Szwajcarii i Gwinei. Mieszkańcy naszego miasta z dumą czytali o tym, siedząc przy świeczkach, bo żarówek choinkowych w sklepach jeszcze nie sprzedawano.

 Przywieziono za to pierwsze telewizory (czarno-białe), wielkie jak drewniane szafy. A ponieważ często nawalały, przed świętami spółdzielnia Uniwersalna przedłużyła godziny pracy punktów napraw oraz brygad montujących telewizyjne anteny na dachach domów. Fachowcy pracowali do godziny 20.00.

Mikołaja wyręczała lokalna gazeta, bo święci nie byli mile widziani w postępowym państwie marksistowsko-leninowskim. Prezenty gwiazdkowe dla najbiedniejszych dzieci zbierano w lokalu przy ul. Waryńskiego. Na apel gazety czytelnicy przynieśli jedną trąbkę, drewnianego konika na biegunach, dwie książeczki z obrazkami oraz pistolet na kapiszony.

(fragment artykułu z papierowego wydania "Życia Pabianic")