Robotnicy układają instalację sieci cieplnej. Po sprawnych pracach ziemnych wykonanych przez pracowników ZEC-u, od ponad miesiąca pracownicy firmy Improfex z Łodzi wykonują przyłącza w budynku. To znaczy wiercą i kładą rury.

- Na wtorek 24 sierpnia, na godzinę 8.00, wyznaczono nam termin instalacji w mieszkaniu. Potwierdzaliśmy to jeszcze dzień wcześniej, aby przygotować mieszkanie i zaplanować swój rozkład dnia. Przyjechała również właścicielka mieszkania - mówi lokator bloku przy ulicy Skłodowskiej 23d.

Ponieważ słychać było, że robotnicy już od dłuższego czasu są w budynku, o godzinie 8.35 pani Natalia zeszła do piwnicy, by spytać, kiedy wejdą z robotami do mieszkania. Najpierw usłyszała, że prawdopodobnie o godz. 16.00. Mocno zdziwiona poinformowała ich, że termin był przecież ustalany i potwierdzany na godz. 8.00. Pracownicy odpowiedzieli, że w takim razie zaraz przyjdą. Po czym dalej popijali sobie kawkę i palili papierosy.

- O godzinie 8.43 ekipa w końcu pojawiła się w mieszkaniu. Od początku wyglądali na niezadowolonych, że ponaglaliśmy ich do pracy - opowiada lokator. 

Obejrzeli mieszkanie, po czym stwierdzili, że muszą wpiąć się do istniejącej instalacji i odłączyć piecyk.

- Wtedy zapytałem, jak długo nie będziemy mieć ciepłej wody. Pan „brygadier” odpowiedział, że nie wie dokładnie, ale pewnie do końca października - relacjonuje zdarzenie. - Wtedy właścicielka mieszkania powiedziała, że przecież można teraz nie odłączać pieca. A "brygadier" podniesionym głosem odparł, że nie ma takiej możliwość. Zaskoczony odpowiedziałem: „chyba jaja sobie robicie, że będziemy bez ciepłej wody ponad dwa miesiące”.

I zaczęło się!
W tym momencie „brygadier” zaczął krzyczeć, że to nie ja tu rządzę jak ma być zrobione, że są projekty i że inni ludzie też nie będą mieli wody i nie robią z tego problemu. Że jak mi się nie podoba, to mogą wcale nie robić. Nie docierały do niego argumenty, że projekt można skorygować.

- Poprosiłem, żeby podał mi swoje imię i nazwisko oraz dane przełożonego, i przestał krzyczeć. Odpowiedział dalej krzykiem, że jestem nikim dla niego, nie jestem stroną w rozmowie, nie będzie się legitymował i że mogę „pocałować go w d...”. Wtedy nasze dziecko ze łzami w oczach pytało, dlaczego ten pan na mnie krzyczy. Prosiłem go więc o spokój i jeszcze kilkakrotnie o nazwisko, ale „brygadier” dalej wykrzykiwał swoje, na koniec stwierdzając, że w takim razie to oni wychodzą. No i wyszli - opowiada lokator.

 Ekipa „fachowców”, która ma się za królów. Skąd my to znamy? Z "Alternatywy 4"?

„Brygadier” na dodatek niekulturalny, nerwowy i wulgarny.

- Po kilku minutach zeszliśmy więc na dół. Chciałem uzyskać informacje, co dalej i ponownie spytałem o kontakt do przełożonego oraz jego dane, bo mi naubliżał i chce wnieść na niego skargę - opowiada lokator. - Znowu usłyszałem kilka epitetów na swój temat i to, że on nie ma przełożonego, i sam jest szefem. Ekipa dalej sobie siedziała, piła kawę i paliła papierosy. Poszedłem więc po aparat fotograficzny, zrobiłem kilka zdjęć i do „brygadiera” powiedziałem, że w takim razie zidentyfikuję go po zdjęciu.

W tym czasie zdenerwowana właścicielka mieszkania pojechała do zarządcy i opisała całą sytuację. Panie ze wspólnoty zareagowały bardzo szybko. Poprosiły policję o zbadanie trzeźwości pracowników i same przyjechały na miejsce. Na pięciu pracowników u jednego stwierdzono stan po spożyciu alkoholu (0,07 mg), u drugiego stan nietrzeźwości (0,41 mg). Kobiety próbowały rozmawiać z „brygadierem”, ale ten wykrzykiwał, że lokatorzy tylko utrudniają im pracę i że ani my, ani zarządca nie jest dla niego stroną w rozmowie. Kobiety oraz policjanci próbowali więc dodzwonić się do właściciela firmy wykonującej instalację, niestety bezskutecznie.

Po całym zajściu, gdy odjechali policjanci i zarządcy, lokator zszedł ponownie do panów.

- Powiedziałem „brygadierowi” (trochę już spokojniejszemu), że po co była taka awantura, że można było spróbować zmienić projekt i zainstalować podwójne zawory, że piecyk mógłby zostać praktycznie do momentu, aż ciepła woda zacznie płynąć i że i tak za to wszystko płaci właściciel. Odpowiedział mi złośliwie, że „założy się”, że piecyk zdemontują mi teraz i że nie będę miał ciepłej wody. I podsumował, że wszyscy lokatorzy, którzy mają mieszkania własnościowe, to robią im problemy, i że „wymyślają”. Odpowiedziałem, że każdy dba o swoje i chce mieć zrobione dobrze, pożegnałem się i odszedłem...

Podobnie niezadowolona jest sąsiadka, u której już zakładano rury.

- Też już na nich nerwów nie miałam, mieszkam 50 lat w tym bloku i nie widziałam do tej pory takiego niechlujstwa robotników, bo nic nie jest sprzątane od miesięcy - mówiła zdenerwowana kobieta.

Mieszkańcom bloku przy Skłodowskiej trafiła się ekipa jak z czasów PRL-u, do której nie dociera, że ktoś może chcieć, by remont był wykonany porządnie, wygodnie i jest w stanie za to zapłacić.

Właściciele prywatnych mieszkań za ułożenie tych rur i podłączenie do miejskiej sieci płacą od 4 do 8 tysięcy złotych. Tak wyszło z kosztorysu. Za lokatorów komunalnych zapłaci miasto.

- Czekam na komentarze Internautów, być może ktoś spotkał się już z tą ekipą i może przekazać pozytywne bądź negatywne opinie na ich temat - prosił lokator z bloku przy Skłodowskiej.