Dwie armaty Muszyńskiego pojechały do Stanów Zjednoczonych. Dwie kupili Arabowie. Jeszcze w tym roku o armatach z Pabianic usłyszą Niemcy, z którymi Muszyński chce nawiązać współpracę podczas wrześniowego pobytu w Getyndze.

– Moje armaty mają takie lufy jak za czasów Kmicica – wyjaśnia ludwisarz. – Gdy włożymy do nich petardy, wystrzelą. Oczywiście narobią tylko dużo huku i dymu.

W ciągu ostatniego roku Muszyński zrobił 30 armat.

– Nie utrzymałbym się z nich, bo są pracochłonne. U mnie kosztują 800 zł, a w sklepie dwa razy tyle. Nie należy się dziwić, że nie mają wielu amatorów. Dlatego żyję ze sprzedawania moździerzy i dzwonków – dodaje.

Na półkach polskich sklepów stoją tylko moździerze Muszyńskiego i moździerze sprowadzane z Azji. Nasz ludwisarz jest jedynym w Polsce wytwórcą moździerzy. Robi małe - do utłuczenia pojedynczego ząbka czosnku, i ogromne - mieszczące całą główkę.

Zanim moździerz pojedzie do sklepu, trzeba się nieźle napocić. Najpierw ludwisarz robi formę z glinki krzemowej. W piecu roztapia mosiądz, podgrzewając go do 1.350 stopni Celsjusza. W takiej temperaturze rozpuszcza się momentalnie – jak czekolada na ogniu. Gorący mosiądz ludwisarz nabiera łyżkami, jak zupę, i przelewa do formy. Tak są odlewane dzwonki, armaty i moździerze. Co miesiąc Muszyński potrzebuje 200–300 kg złomu mosiądzu.

– Kupuję tylko legalny złom, w hucie lub na złomowisku. Dzięki temu, gdy o trzeciej nad ranem ktoś dzwoni do mojej pracowni, mam pewność, że to tylko mleczarz – żartuje.

Wyjęte z formy dzwonki, armaty i moździerze są szlifowane i polerowane. Po tych zabiegach nabierają blasku. Jeden z dzwonów Muszyńskiego wzywa na mszę do kaplicy na Klimkowiźnie.

– Nie robię dużych dzwonów kościelnych, bo nie mam warunków do ich odlewania – wyjaśnia. – Moje największe dzwony ważą 30 kg.

Żeglarze wieszają je na przystaniach i pokładach dużych jachtów. Dzwony z Pabianic słychać na działkach i przed domami. Przydają się też amerykańskim firmom wchodzącym na polski rynek. Dzwonią nimi najlepsi pracownicy od sprzedaży. To nagroda za sukces.

– Dla firm robię zestaw trzech dzwonków z drewnianymi rączkami – wyjaśnia ludwisarz.

Teraz Muszyński robi formy dzwonków dla prezydenta Łodzi, Jerzego Kropiwnickiego. Będzie na nich herb i napis: “Wypłyń w Łodzi”. Ma to być pamiątka z Łodzi.

– Chętnie zrobiłbym niewielką pamiątkę z Pabianic, z naszym herbem – przyznaje mistrz.

Aby zrobić 30–kilogramowy dzwon, trzeba przygotować formę z glinki, ważącą aż 120 kg. Gdy mosiądz wystygnie, formę odwraca się ręcznie.

– Czasami jest to już ponad moje siły. Nie mam następcy, a wnuczek dopiero rośnie. Może kiedyś zostanie ludwisarzem… – marzy 70–letni pan Zenon.

Robienie dzwonów to duża sztuka. Muszyński został uznany za twórcę ludowego. Dlatego jego wyroby mogą być sprzedawane w Cepelii.

– Dzwon po uderzeniu śpiewa. Im dłużej, tym jest lepszy – wyjaśnia ludwisarz. – Niestety, czasami zdarza się, że jest głuchy. Na tym właśnie polega rzemiosło. Nigdy nie wiadomo, co wyjdzie. Gdy dzwon jest głuchy, trzeba go przetopić i zrobić nowy.