Pabianiczanin na Zlot Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian przypłynął canoe (czytaj: kanu) – niewielką łodzią napędzaną pagajem (wiosłem). W stroju trapera wszedł na ląd, gdzie indiańskie plemię szykowało wioskę do wieczornego świętowania. Mariusz dopłynął tutaj Wartą - od zbiornika Jeziorsko pokonał ponad dwadzieścia kilometrów. To nie pierwsza jego wyprawa. W tym roku przepłynął polskimi rzekami już ponad 700 km.

- Cztery lata temu zrobiłem je z kolegą. Ludzie na mój widok machają z brzegu, zapraszają na poczęstunek, chcą robić zdjęcia – opowiada Mariusz.
Canoe to płaskodenna łódka, w której wywrócenie jest niemal niemożliwe. Oryginalnie robiona była z kory brzozowej. Traper znad Dobrzynki swoją łodzią pokonuje w sezonie nawet 1500 km.
- Zabieram ją również na spływy kajakowe, bo ja w mydelniczkach nie pływam - śmieje się. - Historią i kulturą Dzikiego Zachodu interesuję się od dziecka, stąd moja obecność na tej imprezie.
Sam uszył też swoją kurtkę. Zajęło mu to kilka dni. Wszystkie dziurki, a jest ich prawie tysiąc, i plecenia wykonał własnoręcznie. Człowiek Dzikiego Zachodu nie może obejść się również bez charakterystycznego kapelusza o szerokim rondzie, który dla trapera z tamtych czasów był największym i najważniejszym atrybutem.
- Prawdziwy facet z Dzikiego Zachodu najpierw zakłada kapelusz, a później całą resztę – śmieje się Mariusz.
Jak przystało na prawdziwego myśliwego, za pazuchą nosi myśliwski nóż.
W czasach Dzikiego Zachodu traperzy byli myśliwymi polującymi za pomocą pułapek na zwierzęta futerkowe: lisy, norki. Nazywani byli również „Białymi Indiańcami”. Określeniem tym nazywa się myśliwych głównie z Ameryki Północnej, choć spotkać ich również można w innych rejonach świata, np. Syberii.
Na zlotach Mariusz nie śpi w tipi (indiańskim namiocie), ani w wigwamie (szałasie budowanym z kory i gałęzi drzew), lecz… pod swoim canone.
- Pod łodzią spokojnie wyśpią się dwie dorosłe osoby – twierdzi. – Leżą w jednej linii, głowami zwrócone do siebie. Kiedyś przeżyłem w takich warunkach gradobicie.