Gdy w rodzinnym domu dostawały talerz kapuśniaku, było święto. Nazajutrz matka nie dawała im nawet pajdy chleba. Były poniewierane, bite, wypędzane na ulice. Nie pamiętają, kiedy ojciec wrócił do domu trzeźwy. Większość spośród 120 małych lokatorów Domu Dziecka w Porszewicach nie chce wracać do matki i ojca. Są sierotami, tyle że społecznymi. Karmi je i ubiera kasa państwa. Ich marzeniem jest znaleźć drugi dom: ciepły, serdeczny. Normalny.

W zeszłym roku ośmioro takich dzieci wzięły do siebie rodziny zastępcze. W styczniu kolejnych troje zamieszkało z "nową mamą" i "nowym tatą". Czworo niecierpliwie czeka aż "nowi rodzice" załatwią urzędowe formalności i powiedzą im upragnione słowa: "Jedziemy do domu".

- Mogło by się wydawać, że poprawiła się sytuacja dzieci pokrzywdzonych przez los. Ale to złudzenia - mówi Arkadiusz Janicz, dyrektor Domu Dziecka w Porszewicach. - Tylko nieliczni odnajdują w sobie tyle sił i miłości, by podzielić się nią z obcym dzieckiem.

Bez szansy?

Najmniejsze szanse mają dzieciz rodzin wielodzietnych. To dlatego, że dla ich dobra i prawidłowego rozwoju emocjonalnego powinny zamieszkać razem. Na szybkie znalezienie rodziny zastępczej dla 6-osobowej gromadki trudno liczyć. Mało kto z dorosłych odważy się podjąć takie wyzwanie. Nikłe szanse na "nowy dom" mają też dzieci chore na alergię, niedożywione, z wrodzonymi wadami.

- W tym roku tylko trzyosobowe rodzeństwo znalazło miłość i dom - mówi dyrektor. - Ich młodsza siostra zamieszkała u innej rodziny zastępczej, ale za zgodą reszty rodzeństwa. Dzieci często się spotykają.

Kandydaci na rodziców zastępczych muszą się sprawdzić w domu dziecka.

- Tutaj biorą udział w zabawachz dziećmi, nawiązują bliższe kontakty- dodaje dyrektor Janicz.

Zostać tatą, zostać mamą

- Droga do budowania rodziny zastępczej nie jest tak kręta, jak mogłoby się wydawać - zachęca Jarosław Grabowski, kierownik Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie.

Najpierw trzeba wystąpić do sądu rodzinnego z wnioskiem o nadanie statusu rodziny zastępczej. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy wcześniej sąd ograniczył lub odebrał prawa rodzicom naturalnym. Kandydaci na rodziców zastępczych muszą przejść szkoleniew Ośrodku Rodzin Zastępczych w Łodzi (ul. Sowińskiego 3). Kolejnym krokiem jest wywiad środowiskowy, który przeprowadza kurator. Nie ma natomiast wymagań co do warunków bytowych rodziny zastępczej. Drobiazgowo sprawdza się natomiast, czy kandydaci są notowani w policyjnych kartotekach.

Dostaną wyprawkę

Kandydaci na rodziców przychodzą do Starostwa dopiero wtedy, gdy mają postanowienie Sądu Rodzinnego.

- Podpisujemy z nimi umowę o częściowym pokryciu kosztów utrzymania dziecka - wyjaśnia Grabowski. - Umowa wygasa, gdy dziecko jest pełnoletnie.

Na utrzymanie dziecka rodzina zastępcza dostaje co miesiąc 629 zł. Albo trochę mniej - jeżeli dziecko ma alimenty lub rentę.

- Dajemy też rodzinie pieniądze na wyprawkę: na meble, ubrania - dodaje kierownik. - Nie rozliczamy z każdej wydanej złotówki, ale co jakiś czas wysyłamy pracownika na kontrolę. Ma sprawdzić, czy dziecku nie dzieje się krzywda.

W powiecie pabianickim 190 rodzin zastępczych wychowuje 230 dzieci.

Rodzeństwo z Domu Dziecka w Porszewicach - dwóch braci i siostrę, na wychowanie wzięła pani Hanna - urzędniczka. Razem z nimi w tej rodzinie zastępczej znalazł się też jeszcze jeden chłopiec z domu dziecka. Całej czwórce "nowa mama" urządziła dwa pokoje i łazienkę na piętrze własnego domu. Żeby dzieciom było wygodnie, zrobiła remont, na który zaciągnęła kredyt hipoteczny.
- Zawsze chciałam wziąć na wychowanie dzieci z domu dziecka- mówi pani Hania. - Teraz, gdy moja córka już się usamodzielniła, znów mam dla kogo żyć. Dom jest pełen gwaru. To, że jesteśmy rodziną, dopiero widać, gdy siadamy do stołu. Zwłaszcza, gdy odwiedza mnie córka z mężem i moimi wnuczętami.

Pani Kasia nie miała własnych dzieci. Razem z mężem nie planowali poszerzania rodziny. Los sprawił, że dziś mieszkają z dwoma "przyszywanymi" córkami. Ich rodzice zostali pozbawieni praw rodzicielskich. Żeby dziewczynki nie znalazły się w domu dziecka, pani Kasia postanowiła zabrać je do siebie.
- To była trudna decyzja - mówi. - Są chwile, że żałuję tej decyzji. Nie miałam doświadczenia w wychowywaniu dzieci. Nie planowałam dzieci. Podczas kontroli kuratorki czuję się jak na cenzurowanym. To okropne uczucie. Czasami jest mi naprawdę ciężko, ale wtedy tłumaczę sobie, że zrobiłam coś dobrego.