Policja płaci i wymaga

Za udzielane informacje płaci policja. Zanim je wyceni, musi sprawdzić, czy nie są wyssane z palca.

- Zdarzało się, że za dobry "cynk" płaciliśmy nawet kilkaset złotych- mówi oficer z pabianickiej policji.- Wysokość wypłaty zależy od wagi informacji. Pieniądze na ten cel bierzemy ze specjalnego funduszu operacyjnego.

Z tego funduszu policja płaci także stałym swoim informatorom. Pieniądze nie są opodatkowane, bo są traktowane jako zwrot kosztów, jakie poniósł prywatny śledczy.

Donosiciel ma szanse na "nagrodę" tylko wówczas, jeżeli się ujawni. Autor anonimu nie dostanie pieniędzy, ale policja może korzystać z jego informacji. Większość donosów, jakie docierają na adres komendy policji lub pod numer telefonu zaufania, jest bezużyteczna. Głównie dotyczą awantur sąsiedzkich. Można się z nich dowiedzieć, jak długo sąsiedzi donosiciela balują w nocy i kto podejrzany ich odwiedza. Dla policjantów, to żaden materiał operacyjny.

Czerwona linia

Nie wszyscy z "cennymi" informacjami zgłaszają się na policję. Niektórzy zaczynają od odwiedzania redakcji.

- Wiem, kto w moim bloku gotuje kompot ze słomy makowej i gdzie go potem sprzedaje - usłyszeliśmy od jednego z gości Życia Pabianic. - Powiem wam, ale jak mi zapłacicie 100 zł.

Inny czytelnik napisał do nas list,w którym skarży się, że nie chcemy zamieszczać na łamach gazety niesprawdzonych donosów. "Sprawdzacie informacje, a nawet wszczynacie śledztwa. Aż strach do was pisać" - pisze z nieukrywanym zawodem.

Nawet 500 zł można zarobić dzwoniąc pod warszawski numer 625-78-70. To tak zwany czerwony telefon Radia ZET, specjalna linia uruchomiona tylko po to, aby zbierać informacje od słuchaczy. Wystarczy pod niego zadzwonić, zostawić na automatycznej sekretarce swoje nazwisko i numer telefonu oraz krótką wiadomość. Jeżeli redaktorzy będą zainteresowani, na pewno oddzwonią. Po sprawdzeniu i wykorzystaniu informacji w radiowym serwisie wiadomości, wypłacą informatorowi honorarium. W ten sposób często dorabiają sobie rodziny policjantów. Dyżurny, który jako pierwszy dowiaduje się o poważnym wypadku, dzwoni z tą informacją np. do swojej żony. Ta przekazuje informację na czerwony telefon Radia ZET, a radiowcy potwierdzają ją na... policji i wypłacają nagrodę żonie dyżurnego.

Życzliwi "skarbówce"

Nie może liczyć na pieniądze ktoś, kto "pomaga" urzędnikom "skarbówki". "Życzliwi" donoszą tam, że ktoś bez podatku pierze usługowo dywany, robi "na czarno" swetry, albo handluje na bazarach bez zgłoszenia działalności gospodarczej.

- Nie płacimy informatorom, nie mogą oni liczyć na żadne dodatkowe ulgi podatkowe - mówi Zbigniew Zajączkowski, naczelnik Urzędu Skarbowego w Pabianicach. - Jednak wszelkie budzące podejrzenia doniesienia, nawet anonimowe, staramy się sprawdzać.

Anonimy zupełnie nie interesują kontrolerów z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Sprawdzane są tylko informacje podpisane imieniem i nazwiskiem oraz właściwym adresem. Najczęściej są to skargi na rencistów biorących rentę i pracujących "na czarno", na chorych pracowników, którzy w czasie zwolnienia balują oraz nieuczciwych pracodawców, niepłacących składek ZUS. Donosiciele nie mogą liczyć na żadne gratyfikacje finansowe czy specjalny dodatek do emerytury.

- Kiedyś dostawaliśmy dużo więcej donosów - mówi Danuta Skwirowska, zastępca kierownika Powiatowego Urzędu Pracy. - Informowano nas, że ktoś nieuczciwie bierze zasiłek i pracuje. W tym roku był może jeden donos.

Urząd Pracy nie płaci za informacje, nawet jeżeli okaże się, że zaoszczędzi na niesłusznie wypłacanym zasiłku.

Z potrzeby serca

Nie wszyscy jednak donoszą, bo chcą na tym zarobić. Większość donosi z zawiści i w zasadzie pod wszystkie możliwe adresy. Zaczynają od prokuratora, ale ponieważ ten ich zdaniem jest najczęściej "przekupiony", więc pukają do drzwi urzędów, a nawet księdza. Mają nadzieję, że ksiądz w niedzielę wygrzmi z ambony ich sąsiada za to, że ma kochankę. Donoszą także na księży. Piszą do kurii, jak to ich proboszcz jeździ na karty i sprowadza sobie pod pierzynę panienki. Często tłumaczą swoje donosy potrzebą serca, bo "dłużej na te świństwa i draństwa" nie mogą patrzeć.

Okazuje się, że donosy dostają nawet bankowcy. "Ten gruby (...), co się zwie biznesmenem, to jest bankrut. Od roku wisi szwagrowi 3 tysiące. Nie pożyczajcie mu czasem pieniędzy, bo na pewno nie odda" - czytamy w jednym z listów do działu kredytów banku przy Zamkowej.