Boją się ci, którzy szefa policji karmili pieczonymi prosiakami i szynką prowansalską. Lękają się ci, którzy poili go francuskimi koniakami. Drżą ci, których inspektor kazał puścić wolno, choć jechali po pijanemu. Nie śpią spokojnie ci, którzy przynosili mu prezenty: garnitury, zegarki, skrzynki wina, aluminiowe felgi do auta. Prokurator nie wyklucza kolejnych zatrzymań podejrzanych o korupcję.

Były komendant pabianickiej policji - Jerzy P., siedzi w Piotrkowie Trybunalskim. Jego cela w areszcie śledczym ma powierzchnię 4 metrów kwadratowych i kącik sanitarny z prysznicem. Za kratami, w pobliżu celi, jest boisko i siłownia. Sąd zdecydował, że inspektor P. posiedzi co najmniej 3 miesiące.

To będą miesiące strachu dla tych, którzy "korzystali z uprzejmości" komendanta. Już wyszło na jaw, że Jerzy P. dostawał luksusowe prezenty. Nie dlatego, że był lubiany. Według prokuratora, brał regularne łapówki za przymykanie oka na wykroczenia i przestępstwa. Jeden z zarzutów brzmi: niszczenie dokumentacji przestępstw.

Życie Pabianic dowiedziało się nieoficjalnie, że prokuratora bardzo interesuje "Lista komendanta", o której pierwsza napisała nasza gazeta. Są na niej nazwiska osób, które nazwaliśmy "świętymi krowami". Ludzie ci byli bezkarni. Mogli jeździć po pijanemu, przekraczać prędkość i parkować w miejscach zakazanych. Chronił ich sam komendant. Nie za darmo…

Komendant miał wilczy apetyt. Nie krył, że chciałby zostać posłem albo senatorem. Za jego rządów w komendzie gościli ministrowie, posłowie, duchowni, urzędnicy izby skarbowej. Jerzy P. chwalił się znajomościami z politykami i oficerami Komendy Głównej. Paru z nich nosi pamiątki z pobytu w naszym mieście: eleganckie garnitury pabianickiej firmy. Jej właściciel jest teraz podejrzany o dawanie łapówek.

Szef policji nie czekał aż przedsiębiorca czy urzędnik przypadkowo wpadnie w ręce policji.

- Przez kilka miesięcy jeździli za mną policjanci - opowiada jeden z przedsiębiorców. - Zatrzymywali mnie, ale nigdy nie chcieli zobaczyć dokumentów. Domyślam się, że próbowali mnie złapać na jeździe po pijanemu. Nie udało im się. Wiem, że nie działali z własnej inicjatywy.

- To był sposób pana komendanta na znalezienie "haka" - wyznał nam były podwładny Jerzego P. - Gdy się przyłapało kogoś ważnego, musiał załatwić to z komendantem. To była wymiana coś za coś: "Ja ci dziś przysługę, ty mi się odwdzięczysz jutro". I odwdzięczali się.

"Pomagał w uniknięciu odpowiedzialności karnej za popełnione przestępstwa i wykroczenia drogowe, w tym za prowadzenie w stanie nietrzeźwym" - twierdzi prokurator. "Niszczył dokumentację przygotowaną przez funkcjonariuszy".

Nie byłoby to możliwe, gdyby z komendantem nie współpracowali zaufani policjanci. Zdaniem prokuratury, są to: były zastępca komendanta, Zbigniew K. i były naczelnik wydziału prewencji ruchu drogowego, Ireneusz S. Przekraczanie uprawnień i działanie na szkodę interesu publicznego - taki zarzut postawił im prokurator. Obaj są na wolności, ale pod dozorem policyjnym.

- Nie brałem łapówek od pijanych kierowców - twierdzi stanowczo Zbigniew K., były zastępca komendanta, który w ubiegła środę zadzwonił do naszej redakcji. - Postawiono mi inny zarzut.

Gdy policjanci i biznesmeni stanęli przed prokuratorem, prysnął czar komendanta.

- Podejrzani przyznali się do zarzucanych im przestępstw, bądź potwierdzili fakty wynikające z ustaleń dowodowych - mówi prokurator Małgorzata Glapska-Dudkiewicz z Prokuratury Okręgowej. - Nie przyznał się tylko były komendant.

Przedsiębiorcom: Jerzemu B. (producentowi odzieży dżinsowej), Edwardowi J. (z Dobronia), Krzysztofowi M. (z Ksawerowa), Pawłowi Z. (producentowi odzieży) i Zenonowi W. (producentowi dzianin) prokurator postawił zarzuty wręczania łapówek. Grozi im kara do 10 lat więzienia.