Domniemany oszust stanie wkrótce przed łódzkim sądem - podała dziś Gazeta Wyborcza.

Pod koniec 2005 r. Anna N. dała ogłoszenie matrymonialne w gazecie. Odpowiedział Mariusz P. z Wrocławia. Przypadli sobie do gustu i zaczęli się regularnie spotykać. Mariusz robił na Annie wrażenie człowieka dobrego i wrażliwego. Mówił, że prowadzi własny biznes, ale nie chciałby, żeby się do tego wtrącała. Po kilku miesiącach znajomości powiedział jej, że cierpi na poważną chorobę żołądka. Miał mieć zabieg w Poznaniu, potem leczyć się u brata w Szwajcarii.

W lipcu 2006 r. po raz pierwszy poprosił o pieniądze. Anna wpłaciła 1 tys. zł, potem kolejne 2 tys. Łącznie dała mu 30 tys. zł. Aby wspomóc ukochanego, musiała zaciągnąć kredyt. Mariusz tłumaczył, że potrzebuje na leczenie, na przegraną w kasynie, na długi biznesowe. Opowiadał, że ścigają go wierzyciele, że grożą mu śmiercią.

Anna nigdy nie żądała spisania umowy pożyczki. Przecież pożyczała pieniądze przyszłemu mężowi, w którym była zakochana. Przecież mieli już wyznaczoną datę ślubu...

W kwietniu 2007 r. Mariusz zadzwonił, że przyjedzie do niej w nocy. Więcej się już nie pokazał. Wtedy Anna zrozumiała, że została oszukana. Zawiadomiła policję.

 

Zaczęło się drobiazgowe śledztwo. Analizowano informacje operacyjne, dane o telefonach i samochodach, jakimi posługiwał się Mariusz. Ślad doprowadził do mężczyzny, który posługiwał się trzema różnymi nazwiskami. Nie chciał powiedzieć, jak się naprawdę nazywa. Jego prawdziwą tożsamość ustalono dzięki zeznaniom matki i siostry, a potwierdziły ją wyniki badań odcisków palców.

Był to 40-letni Marcin Sz., z zawodu ogrodnik. Poszukiwało go kilka sądów i prokuratur, między innymi z Poznania, Piły i Nowej Soli. Był podejrzany o to, że razem z innymi osobami prowadził nieuczciwe autokomisy: kierowcy oddawali swoje auta, ale pieniędzy z ich sprzedaży nie oglądali. Ustalono, że w kilku miejscach wyłudził łącznie 25 samochodów o wartości ponad 587 tys. zł.

Marcin Sz. był przesłuchiwany kilka razy i konsekwentnie nie przyznawał się do winy. Zaprzeczył, że wyłudził pieniądze od mieszkanki Pabianic. Twierdził, że jedyne, co od niej dostał, to pieniądze na garnitur, który potem i tak został u niej.