Ważacy zaledwie 7 kg wózek ma być gotowy za dwa miesiące. Wcześniej Jarzębski musi wystartować w Mistrzostwach Polski. Jeśli zajmie co najmniej szóste miejsce, pojedzie do Pekinu.
Przed kilkoma tygodniami Jarzebski na wózku inwalidzkim chciał pokonać trasę z Warszawy do Łodzi. Nie dał rady. Zabrakło mu 20 kilometrów. Dzielnemu inwalidzie kibicowała cała Polska. Na trasie stali dziennikarze i fotoreporterzy.
50-letni Jarzębski mieszka w domu przyjaciół przy ulicy Wajsówny na Bugaju.
Na wyprawę z Warszawy do Łodzi dostał nowy wózek od firmy Rehamobil - producenta sprzętu rehabilitacyjnego. Ale na olimpiadę to za mało. Potrzebny był wózek wyczynowy. A taki kosztuje drogo. Jarzębskiego nie było stać, bo żyje z chudej renty. Ale po wyczynie na trasie Warszawa-Łódź ludzie otworzyli swe serca i portfele. Jeden z ofiarodawców dał Jarzębskiemu 10 tys. zł. Inwalidzie chcieli pomóc nawet ci, których było stać tylko na złotówke wpłaty na konto niepełnosprawnego sportowca.
Krzysztof to twardy gość. Z zawodu jest technikiem budowlanym, nadzorował budowy domów. Był sportowcem - dziesięcioboistą. W 1991 roku jego świat runął. Nogi zaatakował nowotwór. Krzysztof miał cztery operacje. Lekarze musieli amputować obie nogi. Pokonał chorobę, choć lekarze nie dawali mu wielkich szans. Zaraz po chemioterapii siadał na wózku i jeździł, jeździł, jeździł. Aż do bólu.
– Sport nauczył mnie walki z samym sobą - dodaje.
Gdy rak zaatakował kręgosłup, załamał się. Lekarze dawali Krzysztofowi tylko parę miesięcy życia. Wtedy się zawziął na dobre. Złe wiadomości były jak doping. Znowu wsiadł na wózek. Doktorzy zwiększyli dawki leków i pozwalali na wszystko.
- Dziś mówią, że rak ustąpił – opowiada Krzysztof. - Dostałem od życia nową szansę. Chcę ją wykorzystać.
Wstaje o 5.00. Wsiada na wózek i przez godzinę jeździ po Bugaju.
- Najlepsza jest ścieżka rowerowa – mówi.
Potem zjada śniadanie i jedzie na siłownię - do klubu na studenckim osiedlu przy ulicy Lumumby w Łodzi. Sam.
- Wsiadam do autobusu na krańcówce przy Jankego, a wysiadam na Dworcu Fabrycznym – opowiada. – W Łodzi nie czekam na tramwaj. Na Lumumby szybciej dojeżdżam moim wózkiem.
Po południu do Pabianic i znowu trzy godziny szarżuje wózkiem po Bugaju. Nawet w niedziele, nawet gdy pada deszcz.