Matka Żargalana i Amgalana - bliźniaków z Mongolii, skarży dyrektora szkoły o to, że skrzywdził jej synów. Marek Ostojski publicznie nazwał Mongołów "towarem z importu". Podejrzewał ich o handlowanie narkotykami i wymuszanie haraczy od uczniów.

- Nie wolno niszczyć człowieka tylko dlatego, że się go nie lubi - mówi rozżalona matka.

Adwokat Handy złożył w sądzie pozew przeciwko Markowi Ostojskiemu - dyrektorowi gimnazjum.W jej imieniu z art. 212 § 2 kodeksu karnego domaga się przeprosin i odszkodowania za krzywdy wyrządzone mongolskiej rodzinie.

- W gazetach i w telewizji dyrektor mówił nieprawdę - twierdzi matka chłopców. - Wtedy zawalił mi się świat. Na 5 tygodni straciłam pracę. Szkoła zniszczyła nam opinię u sąsiadów i moich pacjentów. Przeżyłam tak silne załamanie nerwowe, że lekarze na pięć tygodni zatrzymali mnie w szpitalu psychiatrycznym.

Nie chcieli Mongołów

W listopadzie kilka gazet pisało o kłopotach dyrektora Ostojskiego z dwoma uczniami. Telewizja Łódź i Telewizja Polsat nadały relacje ze szkoły.

- Nie chcemy w naszej szkole dwóch uczniów - mówił dyrektor Ostojski.- Mamy z nimi poważne kłopoty. Są bezczelni, wulgarni, przeszkadzają w prowadzeniu lekcji, wagarują. Podejrzewamy, że handlują narkotykami i wymuszają haracze od dzieci.

Niechciani uczniowie to Żargalan i Amgalan - bliźniacy rodem z Mongolii. Od września zeszłego roku obaj chodzili do pierwszych klas gimnazjum.

- Oni rosną na bandytów - twierdził dyrektor. - Mamy kłopoty z polskimi dziećmi, to po co nam jeszcze taki towar z importu. Dlatego złożyliśmy skargę i mamy nadzieję, że urzędy nie przedłużą prawa pobytu w Polsce całej rodzinie.

Osiem szczęśliwych lat

Matka chłopców - Handa, przyjechała do Pabianic z Mongolii. Od 1993 r. żyje z tego, że potrafi walczyć z bólem: nastawia skrzywione kręgosłupy, robi masaże i akupunkturę. Handa zna i stosuje techniki medycyny tybetańskiej. Prowadzi własny gabinet masażu. Z pracy i zarobków była zadowolona.

- Mąż nie ma zezwolenia na pobyt stały. Nie może podjąć żadnej pracy. Dlatego kursuje między Pabianicami a stolicą Mongolii Ułan-Bator - wyjaśnia Handa. - Z tego powodu dzieci są tylko na moim utrzymaniu.

To właśnie brak czasu dla własnych dzieci dyrektor zarzucał matce.

- To ewidentna wina matki, że Żargalan i Amgalan tak się zachowują. Matka nie spełnia obowiązków rodzicielskich, bo pracuje całymi dniami i nie ma czasu dla dzieci. Po co nam taki problem? Niech Mongołowie wracają do siebie - przekonywał dyrektor w listopadzie zeszłego roku. - Gdy mam do wyboru dwoje dzieci i półtora tysiąca, wybiorę większą grupę. Poświęcę tę dwójkę. Szkoła jest jak łańcuch. Nie można pozwolić, by pękło jedno ogniwo.

Wyprowadzili się

Po awanturze w gimnazjum mongolska rodzina przeprowadziła się do Łasku. Obaj chłopcy chodzą do tamtejszego gimnazjum.

- Zanim wybuchła ta straszna afera, już szykowaliśmy się do przeprowadzki - mówi Handa. - Mieszkanie, które wynajmowałam w Pabianicach, zostało sprzedane. Musiałam szukać nowego. Znalazłam nieduży dom w Łasku. Ale zamiast urządzać się w nowym domu, musiałam leżeć w szpitalu.

Mongolska rodzina nie chce wyjeżdżać z Polski.

- U wojewody pozmieniali się urzędnicy. Nic nie wiedzą, co słychać w mojej sprawie - dodaje Handa. - Każą spokojnie czekać, a ja nie wiem, co robić. Moi pacjenci radzą, żebym skarżyła dyrektora szkoły i gazety, które pisały nieprawdę o moich dzieciach. Dlatego poszłam do sądu. Zgłosiłam prawie stu świadków. Wierzę w polskie sądy i polską praworządność.

W obronie rodziny Handy wystąpił nawet konsul Ambasady Mongolii w Polsce - B. Dorj. W piśmie skierowanym do wydziału wojewody łódzkiego: "Liczę na Pana przychylność i chęci do zrozumienia i zbadania powstałej sytuacji, biorąc pod uwagę konieczność naprawienia wyrządzonej krzywdy. W imieniu Ambasady Mongolii w Polsce uprzejmie proszę o podjęcie wszelakiego starania w celu umożliwienia pobytu jej i jej dzieci w Polsce".

Żargalan i Amgalan uczą się w Gimnazjum nr 1 w Łasku.

- Trudno mi w tej chwili powiedzieć jak się uczą, ponieważ przyszli do nas do szkoły tydzień przed klasyfikacją. Nie słyszałam jednak na razie żadnych skarg na te dzieci - mówi dyrektorka gimnazjum.

Robiłem wszystko dla bezpieczeństwa uczniów
Mówi Marek Ostojski, dyrektor Gimnazjum nr 3:
- Na zarzuty będę odpowiadał, kiedy je dostanę. Na razie nie otrzymałem żadnego pisma z sądu. Oczywiście, biorę odpowiedzialność za wszystko, co robię w szkole. Robiłem i robię wszystko, by uczniowie czuli się w niej bezpiecznie. Moją rolą jest zapewnić wszystkim dzieciom bezpieczeństwo i dobre warunki do nauki. W tym kierunku działałem. Chłopcy stwarzali zagrożenie dla reszty uczniów. Przyjąłem Żargalana i Amgalana w gimnazjum z całym sercem, ale to, co wyprawiali w szkole nie mieściło się w żadnych kategoriach. Próbowałem nawiązać kontakt z matką, ale nie udało mi się. Uważam, że rodzice nie spełniali należycie swoich obowiązków wobec synów.