W piątek nad pabianickim cmentarzem krążyły paralotnie. Pod ich skrzydłami szybowali ci, którzy jeszcze kilka dni temu planowali podniebne wyczyny z Mirosławem Helbigiem. Przez 10 minut latali nad grobem przyjaciela.

- W ten sposób chcieliśmy pożegnać Mirka - mówi Marcin Sokół, właściciel szkoły latania Falco.

Przyjaciele mieli zamiar zrzucić z nieba kwiaty na cmentarz. Ale akurat wtedy nad Pabianicami rozpętała się burza. Dlatego nadlecieli z opóźnieniem - gdy pogrzeb dobiegał końca. Sporo ryzykowali.

- Były bardzo silne prądy powietrza i turbulencje. Paralotnie unosiły się i opadały. To nie były akrobacje... - dodaje Sokół.

Tym, którzy patrzyli w niebo, z wrażenia zapierało dech w piersiach.

A na ziemi za trumną szło około 800 osób. Zjechali też członkowie klubu motocyklowego, do którego należał Mirek. Kwiaty na grobie złożyli młodzi piłkarze ręczni. Chłopcy postanowili wrócić z obozu treningowego trzy dni wcześniej, by pożegnać przyjaciela drużyny. Do grobu wrzucili flagę klubową Pabiksu - tę, którą zrobił dla nich Mirek.

- Odszedł wspaniały człowiek. Nigdy na jego twarzy nie było widać smutku. Nie wiem, jak on to robił, ale zawsze był uśmiechnięty - mówi Włodek Stawicki, przyjaciel Mirka.

Płakało nawet niebo. Gdy trumnę opuszczano do ziemi, rozległ się grzmot i spadł ulewny deszcz.

Mirosław Helbig miał 40 lat. Prowadził firmę - haft komputerowy przy ul. Bugaj. Tydzień temu w niedzielę nieopodal Kutna spadł z paralotnią z wysokości 200 metrów. Zginął na miejscu. Latał od 4 lat.

Rodzina i przyjaciele wciąż nie mogą uwierzyć, że zginął tak doświadczony lotniarz.

- Śruba, którą na niebie robił Mirek, była dość prostą figurą - drżącym głosem wspomina Sokół. - Wykonuje się ją nawet na szkoleniach.

O pogrzebie Helbiga zawiadamiały dwa nekrologi. Pod jednym podpisała się matka, pod drugim - żona z synami.

Helbig zostawił testament. Wszystko, co miał, dostaną synowie.