Do tragedii doszło w niedzielę o godz. 17.15 na polach 15 km od Kutna. W Łękach Kościelnych latający na paralotni Helbig chciał kręcić spiralę. Był na wysokości 200 metrów nad ziemią.

- Stałem na ziemi, patrzyłem na niego i nie mogłem mu pomóc. Widziałem jak spada - mówi łamiącym się głosem Marcin Sokół, właściciel szkoły paralotniarzy Falco. - Miał zbyt małą wysokość. Na dwustu metrach wychodzi się ze śruby, a on powinien być siedemdziesiąt, osiemdziesiąt metrów wyżej. Pogoda była idealna.

Mirek próbował ratować się otwierając zapasowy spadochron. Zrobił to za późno - 15 metrów nad ziemią. Spadochron nie zdążył się rozwinąć. Sokół widział jak Helbig spada na ziemię, rozbija się i umiera.

Karetka pogotowia ratunkowego przyjechała o godz. 17.50.

- Nie oddychał. Jego serce już nie biło - mówią w kutnowskim szpitalu.

Mirosław Helbig na paralotniach latał od 4 lat. Pierwsze lekcje brał właśnie u Marcina Sokoła. W Łękach Kościelnych jest 80-hektarów łąk przeznaczonych dla paralotniarzy. Tutaj od kilku lat latania uczy pabianiczanin Marcin Sokół. Wcześniej prowadził szkółkę paralotniarską w Kolonii Wola Zaradzyńska.

- Uczę ludzi latać od siedmiu lat. Sam latam od dzieciństwa na szybowcach, ale nigdy nie widziałem takiego wypadku - mówi Sokół.

Policja prowadzi śledztwo w sprawie tragicznego wypadku.

- Przyczynę śmierci ustali biegły sądowy lekarz - mówi komisarz Mirosław Pawłowski z kutnowskiej policji. - Specjaliści od wypadków lotniczych sprawdzą, co było przyczyną wypadku.

Helbig w sobotę pojechał odwiedzić przyjaciół w miejscowości Zdwórz. Pożegnał się z nimi w niedzielę około południa i odjechał do Kutna.

- To był fantastyczny człowiek. Oddałby ostatnią złotówkę, żeby pomóc. Był dla wszystkich bardzo dobry i życzliwy - mówi jego przyjaciel Włodek Stawicki.

Helbig miał dokumenty uprawniające do latania. Był doświadczonym paralotniarzem. Osierocił synów.