Na tę chwilę pabianiczanie czekali aż 1.960 dni. W nocy z 19 na 20 stycznia 1945 r. wojska I Frontu Białoruskiego wypędziły hitlerowców.

Wieści o załamaniu potęgi hitlerowskiej na Wschodzie i wielkiej ofensywie radzieckiej zaczęły docierać do Pabianic pod koniec 1944 r. Przez nasz dworzec ciągnęły pociągi pełne sprzętu i rannych żołnierzy Wehrmachtu. Niemców mieszkających w Pabianicach ogarniał strach. Stali się życzliwi, zaczęli rozmawiać z Polakami.

- Nawet ci, którzy słynęli z nienawiści do nas, nagle zrobili się dobroduszni - opowiada Wacław Nowak, który w 1944 r. miał 11 lat.

W nocy 16 stycznia 1945 r. pabianiczan obudziło dudnienie bomb, dochodzące od strony Łodzi. W mieście zawyły syreny przeciwlotnicze. Front w zawrotnym tempie przesuwał się ku Pabianicom. Nagle w mieście zrobiło się widno jak w dzień.

- Niebo rozbłysło tysiącem "choinek". To radzieccy żołnierze oświetlali teren flarami - wspomina Wacław Nowak.

Nad ranem 17 stycznia bomby spadły na tory kolejowe w pobliżu dworca. Niemcy wpadli w panikę. W popłochu pakowali dobytek na wozy, sanki i ręczne wózki. Zamkową, Łaską i Legionów płynęła rzeka uciekinierów. Byli przerażeni.

- Za to nas ogarnęła radość. Wiedzieliśmy, co się świeci - opowiada Nowak.


Tragiczny zwiad

Kolumny niemieckiego wojska, czołgi, samochody pancerne i wozy konne wycofywały się ulicami Piotra Skargi, Zamkową i Partyzancką w stronę Łaska. Leszek Hlawatim, harcerz Szarych Szeregów, wraz z kuzynem i kolegą chcieli uwiecznić tę historyczną chwilę.

- W torebce po cukrze ukryliśmy skrzynkowy aparat marki Kodak. Ustawiliśmy się na rogu Zamkowej i Narutowicza, by robić zdjęcia - wspomina.

Nagle nadleciały radzieckie bombowce. Na niemieckie tabory poleciał grad bomb.

- Uciekaliśmy na Narutowicza do domu naszej koleżanki - opowiada Hlawatim. - Wpadliśmy do korytarza, ale był pełen ludzi. Lokatorzy zbiegali po schodach do schronu.

Wtedy przed kamienicą wybuchły trzy pociski.

- Mojemu kuzynowi urwało obie nogi. Wykrwawił się na śmierć w ciągu kilkunastu minut. Matka koleżanki, której w ostatniej chwili pomagałem założyć płaszcz, dostała odłamkiem prosto w pierś. Zginęła. Mnie odłamki utkwiły w udzie i łydce - przywołuje bolesne wspomnienia Leszek Hlawatim.


Pod mur z nimi

Pierwszy patrol czerwonoarmistów przemknął przez Pabianice w czwartek 18 stycznia - na małych rączych koniach. Wpadł od strony Tuszyna, zatoczył koło na Starym Rynku i zniknął.

Niemcy byli zajęci niszczeniem fabryk. Po ulicach krążyły grupy uzbrojonych esesmanów, żandarmów i wyrostków z Hitlerjugend. Do fabryk wrzucali granaty zapalające. Wysadzili tkalnie Kruszego i Endera przy Piłsudskiego i Grobelnej. W innych zakładali ładunki zegarowe.

W nocy 19 stycznia do Pabianic wjechały wojska pancerne i oddziały zmotoryzowane I Frontu Białoruskiego. Dowodził nimi marszałek Gieorgij Żukow. Hitlerowcy wycofali się prawie bez walki. Łoskot karabinów maszynowych było słychać tylko w okolicy parku Wolności.

Miasto ogarnęła radość. Ludzie wychodzili na ulice, by zobaczyć czołgi z czerwonymi gwiazdami i słynne "katiusze". Wynosili żołnierzom gorącą kawę i herbatę.

- Czerwonoarmiści chodzili po domach. Szukali Niemców i folksdojczów. Rozstrzeliwali ich na miejscu - opowiada Wacław Nowak. - Ja widziałem egzekucję u zbiegu ulic Moniuszki i Pięknej. Ślady po kulach karabinu do tej pory widać na ścianie kamienicy, która stoi w tym miejscu.


Odwet

W południe 20 stycznia na Zamkowej (między Pułaskiego i Traugutta) zebrał się spory tłum. Ludzie oglądali i pozdrawiali maszerujących ulicą żołnierzy. Wtem na niebie pojawiły się samoloty ze swastykami. Nalot trwał krótko, ale wyrządził olbrzymie szkody. Runęło kilka domów. Zginęło kilkaset osób. Ranni i zabici leżeli na jezdni.

- To była ostatnia chwila wojny. Potem w mieście był już spokój - kończy opowieść Wacław Nowak.