Przez pierwsze dni reagowałem na każdy wystrzał z pistoletu maszynowego, wybuch czy przelatujący helikopter. Po dwóch dniach przeszło mi, bo prawie każdy dorosły mieszkaniec Bagdadu ma karabin i strzela przy byle okazji. Zresztą, nie ma czasu się bać, bo trzeba być tam, gdzie przed paroma minutami wybuchła bomba, gdzie ostrzelano patrol amerykańskich albo polskich żołnierzy. Taka jest praca korespondenta wojennego.

Po zmroku mało kto ma odwagę wychodzić na ulice. Są w Bagdadzie dzielnice, gdzie już o 14.00 zamykają sklepy, a po zachodzie słońca życie zamiera. Nie ma policji. Amerykanie nie mieszają się do spraw Irakijczyków, więc złodziejstwo i bandytyzm szerzą się jak zaraza. Właściciele sklepów mają pod ladą broń, nikt nie siedzi w sklepie sam.

O tym, że redakcja chce mnie wysłać do Iraku, dowiedziałem się we wrześniu. Miałem pojechać na 6 tygodni, potem miał mnie zmienić kolega - Maciek Glinka. Ale ponieważ wyjazd sporo kosztuje (samo ubezpieczenie 60.000 euro), zdecydowano, że jedziemy obaj. Najpierw przeszliśmy upiorne szczepienia: dur brzuszny, cholera i żółtaczka. Przed wyjazdem musiałem wziąć tabletkę przeciwmalaryczną. Teraz biorę jedną co tydzień. Straszyli nas rozwolnieniem, wzięliśmy więc sporo tabletek. Ale nie są potrzebne. Do plecaka wrzuciłem wygodne buty, ciepły sweter, kurtkę przeciwdeszczową, bo tu jest zima i od czasu do czasu pada deszcz. Gdy spadnie deszcz, glina, po której się tu chodzi, zamienia się w błoto, z którego trudno wyrwać nogę.

Najważniejszy był sprzęt: telefon satelitarny do łączności z redakcją i przesyłania zdjęć. To urządzenie jest podobne do laptopa. Ma kompas. Ustawiamy telefon w kierunku południowo-wschodnim i ślemy korespondencje przez satelitę do redakcji. Bez niego nie byłoby nas, więc dbamy o telefon jak o siebie.

Do Bagdadu dotarliśmy przez Jordanię, samolotem do Ammanu, bo lotniska w Bagdadzie są używane tylko do celów wojskowych. Potem samochodem jechaliśmy 11 godzin, z czego 8 przez pustynię. Tak monotonnego krajobrazu jeszcze nie widziałem. Aż po horyzont tylko ziemia i kamienie.

W Bagdadzie bez samochodu i przewodnika-tłumacza nie zrobisz nic. Pierwszym zadaniem jest znalezienie człowieka, który ma samochód i jako tako mówi po angielsku. Musi to być zaufany człowiek, bo bywało, że przewodnik wywoził dziennikarzy do zapadłej dzielnicy, gdzie ich okradano. My trafiliśmy fantastycznie. Majid Jousef to świetny gość. Nigdy nie zawiódł, pokazuje takie miejsca w Bagdadzie, gdzie sami nigdy byśmy nie trafili. Byliśmy na wyścigach konnych, które ruszyły zaledwie przed trzema miesiącami.

Chcieliśmy pisać o polskich żołnierzach. Zamierzaliśmy dostać się do naszej bazy wojskowej Camp Babilon. Wieźliśmy pismo Ministerstwa Obrony Narodowej, w którym rzecznik MON prosił generała Andrzeja Tyszkiewicza - dowódcę międzynarodowej dywizji, o udzielenie nam pomocy. Do bazy weszliśmy, ale po wypełnieniu kilku formularzy grzecznie kazali wynosić się. Generał Tyszkiewicz nie lubi dziennikarzy. Najchętniej wszystkich wygoniłby za bramę, a ja błyskawicznie wpadłem mu w oko. To było podczas drugiej naszej wizyty. Pułkownik Leszek Leszczyk - rzecznik prasowy w Babilonie, zabrał nas na lunch do wojskowej stołówki. W pewnym momencie mówi: "Jak panowie widzą, dowódcy jedzą razem z żołnierzami, a nawet to samo, co żołnierze". A ja, patrząc mu głęboko w oczy, zapytałem z lekką ironią: "Generał też?" Na co pułkownik odparł: "Jak pan widzi". I spojrzał obok. Okazało się, że gdy ja opychałem się wojskowym żarciem (jest super), generał przeszedł za moimi plecami i usiadł obok. Przy okazji dał mi krótki wykład o tym, gdzie jest miejsce dziennikarzy: "Poza bazą! A jak pan chce być w bazie, to proszę się zaciągnąć do wojska" - oświadczył.

Z planów, by spać z bazie i być przez cały czas z żołnierzami nic nie wyszło. Naszą bazą wypadową jest więc Bagdad, co ma też dobre strony. Gdy po godzinie 2.00 Bagdad kompletnie się wyludnia, wtedy najczęściej coś wybucha.

Irakijczycy regularnie walą z moździerzy w amerykański sektor. Podkradają się jak najbliżej celu, walą i uciekają. Najczęściej pudłują. Pewnego razu po północy złapaliśmy taksówkę (tutaj taksówką jest każdy samochód, który się zatrzyma) i kazaliśmy się wieźć w stronę, skąd było słychać wybuchy. Ujechaliśmy kilometr, gdy zza zakrętu wyłoniły się dwa amerykańskie wozy opancerzone. Jeden zajechał nam drogę, drugi ustawił się równolegle do nas. Nasz kierowca zachował się regulaminowo: zgasił światła, włączył awaryjne i w środku, żeby nie oślepiać Amerykanów i żeby było nas dobrze widać. Z wozu opancerzonego wyskoczyło chyba z 10 żołnierzy z karabinami. Kazali nam wysiąść i stanąć pod ścianą. Wyciągnąłem legitymację prasową, ale nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. Obszukali nas, potem obszukali samochód i kazali wracać do hotelu.

Gdy nocą słychać wystrzały albo wybuchy, wychodzimy na dach hotelu. To doskonałe miejsce do obserwacji, dlatego najlepsze są wysokie hotele. Włączamy radio nastawione na stację BBC (oni szybko mają informacje, chyba od wojska). Jeśli dzieje się coś poważnego, jedziemy tam.

Przepraszam, ale przed chwilą ostrzelali hotel Sheraton, dwieście metrów od nas, więc biegnę tam! Cześć.