Świetlik to taki ktoś, kto zajmuje się oświetleniem na imprezach. Tak w Pabianicach nazywają Krzysztofa Ławniczaka, który na co dzień jest strażakiem i gasi pożary, a w wolne dni zostaje oświetleniowcem koncertów i przedstawień.

Jego fascynacja światłem zaczęła się, gdy chodził do szkoły budowlanej. Wtedy zapisał się do sekcji dyskotekowej i wraz z grupką kilku zapaleńców zaczął budować pierwsze zestawy oświetleniowe.

- To były czasy późnej komuny. Sprzęt, którego właściwie nie można było zdobyć, budowaliśmy sobie sami - wspomina.

Na prawdziwej scenie zadebiutował w 90. latach przy pierwszych koncertach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Pabianicach.

- A potem poszło jak z płatka - dodaje Ławniczak z uśmiechem na twarzy.

Oświetlał występy Krzysztofa Krawczyka, Justyny Steczkowskej, braci Cugowskich i światowej sławy gwiazdę Joe Cockera.

Żeby przez dwie godziny mrugać kolorowymi światełkami na scenie i puszczać dymy, trzeba poświęcić trzy-cztery dni na przygotowania i dzień na demontowanie sprzętu. Do nagłośnienia i oświetlenia sceny o wymiarach 6 metrów na 9 potrzeba dwóch kilometrów kabla. Jedna żarówka do profesjonalnego oświetlenia kosztuje ponad 2.000 zł. Na scenie Ławniczak zapala ich setki.

- Oświetleniowiec i akustyk są osobami, z którymi organizatorzy rozliczają się na samym końcu. Bywa, że brakuje na nas pieniędzy - mówi. - Dlatego traktuję to jako pasję.

Ławniczak jak kaskader skacze po rusztowaniach. Bez strachu wspina się na wysokie drabiny, by pod dachem sceny zawiesić reflektory. Jak przystało na strażaka - niczego się nie boi.

- Plany mam duże, a co z tego wyjdzie, zobaczymy - mówi oświetleniowiec. - Na przykład teren naszego amfiteatru jest wykorzystywany rzadko. A jest bardzo dobrym miejscem do urządzenia kilkudniowego festiwalu.

W oczekiwaniu na zlecenia pan Krzysztof "grzebie" w samochodzie. Na pierwszy rzut oka pojazd sprawia wrażenie brakującego ogniwa motoryzacyjnej ewolucji między terenówką, a czołgiem. Ta hybryda przydaje się Świetlikowi przy montażu sprzętu oświetleniowego. Czasami występuje w scenerii dekoracji przedstawienia lub koncertu.

- Rzeczywiście posiadam hybrydę dopuszczoną do ruchu jako samochód specjalny. Wykorzystuję go w czasie rajdów jako pojazd do wyciągania z sytuacji awaryjnych ścigających się samochodów - opowiada skromnie.

Na testy Ławniczak wybrał się nim na poligon do Biedruska, gdzie jeździł po odcinkach przeznaczonych dla czołgów.

- Podstawą mojego pojazdu był samochód ciężarowy GAZ 66. Nadwozie pochodzi od terenowego modelu Nissana. Obecnie waży trzy tony - wylicza. - Może mam dziwne pasje, ale co myśleć o wędkarzach, którzy siedzą pół dnia nad wodą, a potem wypuszczają ryby do wody. Chyba niewiele się różnimy.