- Spełniam marzenia, kocham morze – wyznaje Karina Piecyk, która studiuje w Morskiej Akademii Wojskowej w Gdyni na Wydziale Nawigacji i Uzbrojenia Okrętowego.
Jest jedną z nielicznych Polek, które za kilka lat wkroczą na stanowiska dowodzenia okrętów wojennych.
- Wraz ze mną studiuje trzynaście dziewczyn – mówi Karina. - To rekord w historii tej uczelni. Dlaczego tak dużo? Bo na egzaminach byłyśmy lepsze od chłopaków.
Do Morskiej Akademii poszła po liceum w Pabianicach.
- Wakacje spędzałam wtedy nad morzem - opowiada. – Po powrocie do domu szukałam w internecie szkoły morskiej. Znalazłam.
Przez kolejny rok wkuwała do egzaminów. Aby dostać się na wymarzony kierunek, musiała przebojowo zdać maturę rozszerzoną z matematyki, języka angielskiego, przejść testy sprawnościowe i rozmowę kwalifikacyjną przed sześcioosobową komisją.
- Po nauce bardzo intensywnie ćwiczyłam – wyznaje. – Czekał mnie egzaminacyjny bieg na kilometr, bieg wahadłowy, dwadzieścia pięć metrów pływania stylem dowolnym, seria pompek. Wszystko to w wyznaczonym czasie.
Rekrutację przeszła znakomicie. Jeszcze podczas wakacji wypłynęła w dwutygodniowy rejs, miesiąc była na poligonie, strzelała i ćwiczyła musztrę.
- To było bardzo męczące – wspomina. – Ale prawdziwe wojsko było dopiero przede mną.
Dzień studenta Akademii Wojskowej zaczyna się pobudką o szóstej rano. Dziesięć minut później wszyscy meldują się na placu, skąd rozpoczną trzykilometrowy bieg. Po śniadaniu i porannym apelu mają siedem godzin zajęć.
– Mamy zajęcia z nawigacji, podstaw konstrukcji maszyn, automatyki, elektroniki, matematyki i fizyki – wylicza Karina.
W ciągu pięciu lat studiów studentka zaliczy około pięćdziesięciu przedmiotów plus ćwiczenia fizyczne.
- Pływanie jest obowiązkowe. Uczymy się też strzelać i walczyć wręcz – dodaje.
Adept zalicza miesięcznie osiem całodobowych służb.
- Mamy wtedy nocne patrole wokół akademii i zajęcia na okrętach oraz w hali sportowej – dodaje Karina.
Cisza nocna obowiązuje od 22.00. Ale przyszli dowódcy okrętów wojennych często siedzą nad książkami znacznie dłużej.
- Na początku nie było łatwo, ale szybko się przyzwyczaiłam – zapewnia studentka. – Nie zamieniłabym tych studiów na żadne inne. Spotkałam wspaniałych ludzi. I te okręty! Zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, gdy zobaczyłam je pierwszy raz.
Weekendy wolne od służby Karina spędza w Pabianicach - z rodzicami i siostrą.
- Tęsknię za nimi – mówi. – No ale wiedziałam na jaki kierunek studiów i na jaką służbę się decyduję. Całe swoje życie związałam z marynarką wojenną i morzem.
Przyszła pani kapitan natychmiast po studiach ma zapewnioną dobrze płatną służbę w marynarce wojennej. A do tego mieszkanie w Gdyni lub Świnoujściu.
- Bardzo chciałabym zostać w Gdyni i służyć na okręcie wojennym – wyznaje. – Z dobrymi wynikami studiowania mam duże szanse, że tak się stanie. W tym roku po raz pierwszy do załogi okrętu podwodnego dostały się dwie kobiety.
Studenci akademii nie mogą sobie „odpuszczać”. Jeśli ktoś się nie uczy, będzie musiał zwrócić wojsku pieniądze za studia. Nie da rady powtarzać roku.
- Sporo w nas inwestują – mówi Karina. – Mamy zakwaterowanie, wyżywienie, dostajemy żołd, wypływamy w rejsy. To kosztuje około trzystu tysięcy złotych w ciągu pięciu lat.
Podczas wakacji pabianiczanka wypłynie w rejs jachtem po Morzu Północnym. Wcześniej zdobędzie patent sternika.
- Będziemy spali tylko po dwie, trzy godziny na dobę. Odpoczniemy dopiero w portach – ekscytuje się. – Oj, nie będzie łatwo!