„Jest taka przychodnia w Pabianicach (ul. Wileńska), która jest powodem, że „wesołe jest życie staruszków”, a zwłaszcza tych chorych, zniedołężniałych (...)” – pisze do nas w e–mailu Alicja Dopart. Dlaczego? Bo żeby dostać się do lekarza, chory czeka w kolejce od godz. 5.00, by o godz. 7.00 stanąć przed okienkiem rejestracji do lekarza.

„Szczęśliwy z kartą i numerkiem w rękach(...) czeka pod gabinetem lekarza i czeka, bo lekarz właśnie wyjechał na wizyty domowe i niedługo (może) wróci. Gdy wróci... szczęśliwy pacjent wreszcie wchodzi. Za 2–3 tygodnie znów udaje się po nową receptę – na cukrzycę, nadciśnienie itp., leki, które ma to „szczęście” przyjmować do końca życia i znów zaczyna dzień od pobudki o 5 rano”
– pisze pani Alicja. „Je
śli ma pieniądze, to płaci „staczowi” (10 zł od łebka) i czeka na numerek w domu. Dlaczego kierownictwo przychodni wydało idiotyczne zarządzenie, że nie można telefonicznie zamówić wizyty u lekarza na dowolny dzień i godzinę?” – pyta Alicja Dopart.
Życie Pabianic zapytało o to Renatę Kowalską, lekarkę i kierownika przychodni przy ul. Wileńskiej.
– Na etatach w przychodni pracuje trzech lekarzy, dwaj dodatkowi przyjmują w wyznaczone dni. Zwłaszcza do dwóch trudno się dostać. Mamy po ponad 2.600 pacjentów. Ale staramy się przyjąć wszystkich. To prawda, że wprowadziliśmy ograniczenia w zapisach przez telefon. Teraz do jednego lekarza telefonicznie może zapisać się tylko pięciu pacjentów z tygodniowym wyprzedzeniem. Do niedawna rejestracja przyjmowała zapisy telefoniczne nawet z miesięcznym wyprzedzeniem. Było tak, że do jednego lekarza zapisywało się po 15–20 osób. Osoby, które zgłosiły się danego dnia, bo nagle zachorowały, nie miały szans na przyjęcie. O „staczach” nie słyszałam.