Dochodziła 15.00, gdy w niemal całym mieście zaczęło śmierdzieć gazem. Najgorzej było w okolicach ulic: Zamkowej, Kilińskiego i św. Jana.

- Boję się, że zaraz coś wybuchnie - mówiła zaniepokojona Julia Ozimek z księgarni przy ul. św. Jana. - Śmierdzi tak mocno, że nie da się wysiedzieć w sklepie. Musiałam go zamknąć i wyjść.

Pogotowie gazowe przyjechało po kilkunastu minutach. Gazownicy krążyli po ulicach. W dłoniach mieli przyrządy do pomiaru stężenia gazu. Otwierali studzienki kanalizacyjne. Szukali miejsca, skąd ulatnia się gaz. Ale podziałki mierników nie chciały drgnąć nawet na milimetr.

Wybuchła panika. Ludzie wychodzili z domów i sklepów. Z obrzydzeniem zatykali nosy. Nerwowo dyskutowali. Byli przerażeni.

- Używam palników gazowych przy robocie. Na jak długo mam przerwać pracę? - próbował się czegoś dowiedzieć zdenerwowany właściciel zakładu jubilerskiego.

- Proszę pana, czy jesteśmy bezpieczni? - pytał gazowników przestraszony 10-letni chłopiec.

Ale pracownicy pogotowia gazowego byli bezradni.

- Cały czas szukamy - odpowiadali nerwowo. - Mamy tylko przyrządy do wykrywania metanu. A tutaj chyba śmierdzi propan-butan.

Tego skąd ulatnia się gaz i czy Pabianicom grozi wybuch, nie wiedzieli też strażacy.

- Mieliśmy już kilkadziesiąt zgłoszeń. Gaz śmierdzi od ulicy Karniszewickiej aż po Ksawerów. Mamy też sygnały z Łodzi i Konstantynowa - denerwował się dyżurny strażak. - Nie wiem, co się stało. Trzeba zapytać gazowników.

W tym czasie spanikowało kilku kierowców samochodów z instalacją gazową.

- Gdy tylko poczułem gaz, zaparkowałem i uciekłem z auta - opowiadał kierowca opla. - Myślałem, że to wyciek z mojego zbiornika.

Gazownicy po godzinie tropienia nadal bezradnie kręcili głowami.

- Nie wiemy, co się stało. Według naszych przyrządów wszystko jest w porządku - mówili. - Może ktoś wylał butlę z gazem do kanału. Albo przejechał ulicami z nieszczelną instalacją.

Szefowie łódzkiej gazowni podawali sprzeczne informacje. Najpierw twierdzili, że sprawdzają szczelność sieci i zwiększyli ciśnienie gazu w rurach. To nie uspokoiło pabianiczan.

Zagadka wyjaśniła się dopiero późnym popołudniem. Okazało się, że Pabianice zagazowała ciężarówka łódzkiej firmy Rethman. Przewożono nią zbiorniki z nawaniaczem - substancją, którą dodaje się do gazu, żeby był wyczuwalny węchem. Jeden ze zbiorników był nieszczelny. Ale kierowca zauważył wyciek, dopiero gdy dojechał do bazy w Łodzi. Z nieszczelnym zbiornikiem przejechał przez Pabianice, Ksawerów, Konstantynów i Łódź.