Teraz szykuje się na „Rzeźnika”, „Katorżnika” i „Harpagana”

– Start i meta tego biegu na orientację były w Szczecinie – mówi Pawłowski. – Jednak większość trasy znajdowała się w Puszczy Bukowej.
W imprezie wzięło udział 118 zawodników, a ukończyło 22. Pabianiczanina sklasyfikowano na 10. miejscu.
– Mogło być znacznie lepiej – mówi z żalem. – Miałem szansę nawet na miejsce w trójce.
Kłopoty przy jednym z 16 punktów kontrolnych pozbawiły go szans na podium.
– Całą noc poprzedzającą ranny start lało jak z cebra – opowiada. – Trasa była niesamowicie ciężka. Jeden z punktów kontrolnych znajdować miał się według mapy tuż koło cieku wodnego. Chciałem dobiec tam jak najkrótszą drogą.
Ciek wodny okazał się jednak bagnem. Skacząc po połamanych drzewach, próbował je jakoś przebrnąć. Niestety, jeden z pni był spróchniały i Przemek wpadł po ramiona do lodowatej wody. Był już wieczór i dookoła ciemności. Wciągało go coraz bardziej, nie czuł dna pod nogami. Zaczął się bać. Nie myślał o wezwaniu pomocy, bo chciał koniecznie ukończyć bieg. Wtedy nie wiedział, że nawet gdyby chciał prosić o ratunek, to nie mógłby zadzwonić po pomoc. W wodzie zepsuł mu się telefon komórkowy. Każda ingerencja służb ratowniczych wyeliminowałaby go z imprezy, a on chciał koniecznie dobiec do mety.

– Po godzinnej walce z bagnem, w końcu udało mi się wydostać – wspomina. – Dzięki gałęziom drzew. Potem czołgałem się po trzęsawisku, by znów gdzieś nie wpaść.
Był tak wyziębiony i osłabiony, że spadł z 3. na 7. miejsce. Nie myślał już o „pudle”, tylko o dotarciu do mety.  Na trasie nie było żadnych punktów dożywiania. Na 60 kilometrze były napoje. O resztę zawodnicy musieli sami zadbać.
– Napojów izotonicznych zabrałem zbyt mało, więc musiałem dokupić w sklepie – dodaje.
Był krańcowo wyczerpany. Po kąpieli w bagnie miał potworne skurcze mięśni nóg. Ostatnie kilometry na przemian biegł i szedł. Odnalazł pozostałe punkty kontrolne i do mety dobiegł o 3.34 rano po prawie 20 godzinach zawodów. Marzył tylko o ciepłym posiłku, gorącym prysznicu.   
Dziękował Bogu, że to już koniec.
Do „Nocnej Masakry” Pawłowski przygotowywał się trzy miesiące. Trenował biegi i ćwiczył na siłowni.
– Dwa tygodnie przed zawodami zastosowałem specjalną dietę opracowaną 50 lat temu przez naukowców szwedzkich – wspomina. – Trochę ją zmodyfikowałem.
Na 2 tygodnie przed startem biegał po 40 km dziennie. Jadł pokarmy o dużej zawartości białek i tłuszczów, żeby pozbyć się glikogenów w mięśniach. Na tydzień przed „masakrą” zastosował dietę wysokowęglowodanową, jadł ryż, spagetti, czekoladę, batony, ziemniaki gotowane i pizzę.  
Czy zamierza „sprawdzać się” w tego rodzaju ekstremalnych biegach?
    – Oczywiście. Chciałbym wystartować w „Harpaganie”, „Rzeźniku” i „Katorżniku” – mówi z ożywieniem. – To najcięższe biegi ekstremalne w Polsce.
Już same ich nazwy budzą niepokój. „Rzeźnik” wypada w czerwcu. Trasa ma 75 km, prowadzi z Komańczy do Ustrzyk Górnych po wszystkich największych tamtejszych górkach. Z 400 m n.p.m. wbiega się na ponad 1000 m i tak kilka razy.

–  Startuje się tam parami lub większymi grupami ze względów bezpieczeństwa – opowiada. – Niektórzy padają na trasie ze zmęczenia. Wtedy druga osoba udziela pierwszej pomocy.
„Katorżnik” odbywa się w sierpniu na bagnach w okolicy Lublińca koło Częstochowy. W tym roku organizatorzy zarejestrowali tysiąc osób, w tym 200 kobiet. Są tam 4 biegi na trasie „tylko” 7,5 km.
– Jednak tyle wystarczy, żeby sprawdzić swoje granice wytrzymałości – zapewnia. – Twardej nawierzchni prawie tam nie ma.
Katorżnicy startują z jeziora na głębokości 1,5 m (stąd limit wzrostu). Po kilometrze czeka ich zaorane pole, potem czołganie się ściekami wodnymi, rynnami melioracyjnymi, trzęsawiskami po pas i innymi wymyślnymi przeszkodami. Prawdziwa katorga.
Skąd zainteresowanie tego rodzaju biegami u studenta turystyki i rekreacji na UŁ? 

– Zaraził mnie tym mój nauczyciel WF–u, Jerzy Woźniak – wyjaśnia.
Pawłowski biegał na orientację pod jego kierunkiem w pabianickim Azymucie. Zdobył dwa medale na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży. W 2003 roku indywidualnie srebro i rok później srebro w sztafecie.

Dzięki morderczym treningom pabianiczanin ma żelazną kondycję.

Zbigniew Grzanka