ad

Życie Pabianic: O Witoldzie Baku ciężko znaleźć cokolwiek w Internecie. Kojarzony jest pan głównie z koszykarkami ŁKS…

Witold Bak: Przyszedłem do ŁKS-u po odejściu Andrzeja Nowakowskiego. Właściwie to zostałem wzięty z łapanki (śmiech). Wtedy było potężne załamanie w łódzkim klubie. Pod moją wodzą zespół miał świetny początek, ale potem zaczęło się życie i nastąpił zjazd. Graliśmy z czterema najlepszymi zespołami: Pabianicami, Wisłą Kraków, CCC Polkowice i Gdynią. Wyniki były adekwatne do różnicy umiejętności. I potem zarząd podjął decyzję, że trzeba coś zrobić, by się utrzymać. Powiedziałem, że trzeba wygrać pięć spotkań. Wygraliśmy cztery pierwsze mecze, ale potem okazało się, że rywalki połapały się w naszych sztuczkach i… zacząłem współpracę z Mirosławem Trześniewskim, jako asystent.

W jakich okolicznościach został pan trenerem naszych koszykarek?

Pod koniec lipca zadzwonił do mnie prezes Grzanka, umówiliśmy się na rozmowę, podczas której przedstawił warunki i… dogadaliśmy się.

W jakim stanie zastał pan drużynę po wakacjach?

Od rozmowy z prezesem do pierwszego treningu wiele się zmieniło. Odeszły doświadczone Joanna Twardowska i Agnieszka Makowska oraz cztery młode: Julia Piestrzyńska, Justyna Rudzka, Daria Kowalczyk i Ewa Kielar. Dowiedziałem się, że w okresie przygotowawczym będziemy grali dwa turnieje. Pierwszy po dwóch tygodniach treningów. Postanowiłem to potraktować jako zajęcia lepsze niż trening. Okazało się, że nasze rywalki są jakieś… 20 jednostek treningowych przed nami. Wyniki wskazywały na to, że różnica była duża, wynikało to z braku treningów. Nam starczało sił na 20 minut i wtedy graliśmy jak równy z równym. Nie mogliśmy marzyć o odrobieniu strat. Drugi turniej w Aleksandrowie pokazał, że oprócz wpadki z Aleksandrowem, przeciwnicy są lepiej przygotowani od nas.

Musi pan układać klocki od nowa. Odeszła prawie cała pierwsza piątka.

Na pewno nie ma podstaw pierwszego składu. W naszej sytuacji półtoragodzinny trening jest za krótki. Bywały treningi, że miałem 23 i 21 zawodniczek. Nie dało się tego ogarnąć, ze względu na różnicę wieku i umiejętności dziewczyn. Nie wiadomo było, na czym się skoncentrować. Mamy też inny problem: dziewczyny nie zawsze mogą być na treningu. Jeżeli podstawowe zawodniczki trenują raz czy dwa razy w tygodniu, na pierwszą ligę jest to dużo za mało.

Czy nowe koszykarki uzupełnią luki w drużynie?

Mamy jeszcze trochę czasu, by wkomponować je w zespół. Trwają jeszcze pewne zakulisowe rozmowy, by wzmocnić skład. Ale konkretów nie znam, to świeży temat.

Jaki cel przed panem i zespołem postawił zarząd klubu?

Prezes powiedział, żeby nie było gorzej niż w ubiegłym roku.

Czyli gramy o wejście do czołowej ósemki w grupie?

Oczywiście mamy na to szansę. Wszystko będzie zależało od rozwoju sytuacji.

A jaki cel pan sobie postawił przed rozgrywkami?

Chciałbym, żeby było jak najlepiej, ale w zderzeniu z realiami ten cel się urzeczywistnia. Ciężko będzie grać z Sosnowcem, Krakowem i Głuchołazami. Jeżeli udałoby się nie przegrać ze słabszymi od nas, byłoby czwarte miejsce. W naszej grupie. Bo potem może być zderzenie ze ścianą.

Kto jest kandydatką na sportową liderkę drużyny?

Naturalną kandydatką jest Magdalena Grzelak, która przejawia cechy przywódcze. Ale ze względu na to, że mało trenuje, ciężko jej będzie porządkować grę w lidze. Turnieje przed sezonem pokazały, że liderką może być Katarzyna Szymańska, która ma pewne kłopoty w ataku, ale każdy mówi, że ona tak już ma. Natomiast w obronie jest naszym numerem jeden. Sęk w tym, że narzeka na kolana. Może zbyt intensywnie weszła w trening? Mam nadzieję, że w ataku będzie nas prowadzić pozyskana latem Natalia Danych, która ma naturalną zdolność zdobywania punktów. Może „pociągnąć” naszą grę. Magda Grzelak może być spójnikiem między Kaśką a Natalią.

W tamtym sezonie brakowało nam centymetrów. Czy latem udało nam się podnieść średnią wzrostu?

W sześciu sparingach jakie graliśmy, byliśmy najniższym zespołem. Naszymi najwyższymi koszykarkami były Magda Grzelak i Dominika Szczygieł. Wszystkie zespoły miały dwie, a nawet trzy wyższe zawodniczki od nich. To spowodowało, że mieliśmy kłopoty pod tablicami, tak w obronie jak i w ataku. Ze słabszymi drużynami ta różnica nie będzie widoczna, bo to młode, mniej doświadczone dziewczyny. Mamy też kłopot z rozgrywającą. Koszykówka jest grą zręcznościową, jeżeli się nie trenuje to ma się kłopot z operowaniem piłką. Być może drugą rozgrywającą będzie Patrycja Kirsz, przesunięta z pozycji rzucającej. Rozgrywająca jednak musi mieć autorytet w zespole i ciężko jest, gdy 18-latka musi wziąć na barki ciężar gry. Przede wszystkim musi unikać strat i kierować grą zespołu.

Będzie pan tylko trenerem pierwszej drużyny, czy wzorem Sylwii Wlaźlak poprowadzi też drużyny u-22 i juniorki?

Ze względów organizacyjnych nie zgłosiliśmy zespołu u-22 do rozgrywek. Jesteśmy w cyklu reorganizacyjnym. Nie da się pogodzić pierwszej ligi i prowadzenia juniorek. Najlepszy dowód na to mieliśmy teraz w Aleksandrowie, gdzie w tych samych godzinach grał pierwszy zespół i juniorki. Jeżeli będziemy przekładać mecze juniorek z weekendu na terminy w tygodniu, będzie to strata treningu. Ostatnio Sylwia Wlaźlak zadeklarowała, że w miarę sił i zdrowia będzie pomagać przy juniorkach i ona będzie prowadziła zespół w meczach.

Będzie pan miał asystenta czy czeka pana praca samodzielna?

Próbowałem namówić prezesa na zatrudnienie człowieka, który zająłby się przygotowaniem ogólnym, nawet fizjoterapeutę, który raz, dwa razy w tygodniu podniósłby te dziewczyny na duchu. Trwają pertraktacje.

Zdążymy z formą na 7 października?

Robię wszystko, co w mojej mocy, by było dobrze. Natomiast wiele rzeczy jest ode mnie niezależnych. Dziś mamy czwartek (rozmawialiśmy w ubiegły czwartek – red.), w tym tygodniu ani Szymańska, ani Grzelak nie były na żadnym treningu. Ze względu na doświadczenie pewnie dadzą sobie radę w lidze, natomiast nie wyobrażam sobie, by Magda grała po 40 czy 36 minut w meczach ligowych. Liczę na wysoką Dominikę Szczygieł, że będzie mogła ją wspomóc i okaże się wartościową zmienniczką.