Kończą się zapasy mydła. Z pabianickich sklepów znika zwłaszcza mydło płynne (dezynfekujące), polecane w telewizji śniadaniowej jako sprawdzony sposób na ukatrupienie chińskiego wirusa. To pierwszy dowód, iż paskuda z Chin wystraszyła sporo pabianiczan.

Drugi dowód jest kilkuczęściowy. Składają się nań coraz dłuższe kolejki do lekarzy, którym przeczuleni pacjenci zawracają głowy byle katarem lub chrypką („bo to może być koronawirus”) , pustki przy wieszakach w sklepach z chińskimi ciuchami („bo w ubraniach może być chiński wirus”), mniej zamówień na chińskie żarcie w barach (z tego samego powodu) oraz strach przed rozpakowaniem pudełka z telefonem „made in China”.

W zeszłym tygodniu tuziny zlęknionych rodziców nie wypuściły swych pociech do przedszkoli i szkół, a nawet na „otwarte drzwi” w podstawówkach. Z aptek i hurtowni znikały najtańsze szpitalne maseczki. Wczoraj pewien tutejszy ksiądz pochwalił się, że dostał zamówienie na odprawienie mszy w intencji, by wirus w Wuhan ominął Bugaj, a najlepiej całe Pabianice. Msza oczywiście będzie.

Strach przed wszystkim, co chińskie rośnie szybciej niż ceny chudego twarogu z Piątnicy i kiełbasy podwawelskiej, choć najbliższy nam chiński wirus lekarze namierzyli 2.075 kilometrów stąd, w fińskim miasteczku Rovaniemi. Tylko czekać, jak z trwogą będziemy wypatrywać, czy autobusem MZK, do którego chcemy wsiąść przy esdechu, aby nie jedzie jakiś skośnooki pasażer.

To już nie wirus, proszę Państwa - to świrus!

Koronawirusa, którego póki co poza Chinami stwierdzono ledwie w paru miejscach na Ziemi, obawiamy się bardziej niż smogu z naszych węglowych pieców, szalejącej inflacji, nieuchronnej podwyżki cen prądu czy kolejnych pomysłów ministra Ziobry na rozwalenie Polski.

Ktoś powie: „A co w tym złego, że ludzie boją się o swoje życie i z tego powodu dmuchają na zimne (czytaj – wirusa)?”. Ano nic. Tylko czemu ta troska o kruche życie nagle zanika, gdy ci sami ludzie po pijanemu pakują się za kierownicę samochodu albo skutecznie trują się dymem z papierosów? Wszak doniesienia o pijanych sprawcach śmiertelnych wypadków drogowych w Chinach i Finlandii jakoś nie umniejszają armii naprutych samobójców w volkswagenach, fordach i BMW.