„Rzeźnicy tutejsi karmią padliną, zamiast świeżym mięsem, a nakładając na owe mięso dowolne ceny, bogacą się krzywdą wyzyskiwanej ludności” – tak oto u schyłku XIX wieku pisał o Pabianicach „Dziennik dla Wszystkich”. I choć było to jawne pomówienie 47 tutejszych rzeźników, ludzi uczciwych i pracowitych, zła opinia poszła w świat. A wszystkiemu winna była rzeźnia – lub raczej jej brak.

Rok 1896. Pabianice, szybko rosnące fabryczne miasto w guberni piotrkowskiej na obrzeżach imperium rosyjskiego, liczyły już 28.000 mieszkańców. Nie było tutaj szpitala, sądu, rejenta, kolei żelaznej i rzeźni. Czemu Pabianice są gorsze od dużo mniejszego Łasku? – skarżyli się mieszkańcy. Czemu chorych musimy wozić do szpitala w Łasku, zamiast ulżyć im bliżej domu? Czemu każdego wieprza, cielaka i barana trzeba gnać 20 km do łaskiej rzeźni, skoro to tutaj powinna być rzeźnia miejska?

Odpowiedź carskich władz była stanowcza: „Bo Jego Cesarska Mość stolicą powiatu raczył uczynić Łask, a nie Pabianice”. Pierwsza zgoda na rzeźnię (szlachtuz) nadeszła do Pabianic dopiero w 1905 r. Jednak szybko została cofnięta przez cara. Powodem była niegodziwość pabianiczan, którzy 10 marca 1906 r. przed dworcem kolejowym zastrzelili naczelnika powiatu łaskiego - okrutnego Włodzimierza Iwanowa. 16 kul z pistoletów zamachowców przeszyło kożuch i śmiertelnie ugodziło 45-letniego Rosjanina.

Świnie na Zamkowej

Brak miejskiej rzeźni (tylko tam było wolno prowadzić ubój) nie sprzyjał handlowaniu zwierzętami. To dlatego, że targowice (place, gdzie sprzedawano i kupowano zwierzęta) były zazwyczaj lokowane przy bramach rzeźni. W ten sposób miasto kontrolowało handel zwierzętami i czerpało z niego korzyści. Dbając zaś o przyzwoite warunki sanitarne na targowicach (miasto opłacało sprzątaczy), zapobiegano epidemiom i zatruciom.

W Pabianicach targowicy nie było, mnożyły się więc dzikie targowiska. 31 grudnia 1913 r. opisała je „Gazeta Pabjanicka”: „Handlarze świń od jakiegoś czasu urządzili sobie targowisko na zbiegu ulic Zamkowej i Bocznej, lokując w tej ostatniej ulicy gromady świń, które rozłażą się po całej ulicy i trotuarze. Na środku ulicy handlarze kładą słomę na podściółkę, wobec czego trudno nieraz przejść i przejechać, nie mówiąc już o zanieczyszczaniu ulicy”.

Zanim nad Dobrzynką uruchomiono rzeźnię, wybuchła pierwsza wojna światowa. Do Pabianic w zaborze rosyjskim wkroczyli Niemcy. Okupant wprowadził przydziały żywności: mąki, chleba, cukru, kaszy, tłuszczu, mięsa.

Miasto i stacjonujący w nim niemieccy żołnierze potrzebowali więcej jedzenia. Dlatego w czerwcu 1915 r. naczelnik powiatu łaskiego sam zachęcał pabianiczan do uruchomienia miejskiej rzeźni. Wyznaczył nawet rosyjskich jeńców do niezbędnych prac w budynkach przy ulicy Japońskiej (dzisiejsza ul. Żwirki i Wigury) na peryferiach miasta.

Na rzeźnię uruchomioną w marcu 1916 r. składały się 2 drewniane budynki oświetlane lampami naftowymi. W większym była ubojnia zwierząt, a w mniejszym - kantor i herbaciarnia. W kantorze płacono za ubój i odbierano kwit badania weterynaryjnego mięsa. W herbaciarni czekało się na odbiór mięsa, popijając herbatę z samowara, piwo lub wódkę. Kilka miesięcy po otwarciu Rzeźni Miejskiej u herbaciarza można było zamówić ciepłą kaszankę.

Przed starą rzeźnią, fot. archiwum Zakładów Mięsnych Pamso

Łotrowskie przedmieście

Okolice ulicy Japońskiej pabianiczanie nazywali „dołami”. Teren był obniżony, zarośnięty chaszczami, podczas roztopów zamieniał się w grzęzawisko. Chodziło się tam wypić wódkę z kamratami albo skryć się w zaroślach przed policjantem biegnącym tropem rabusia. „Na dołach” złodzieje zakopywali łupy z włamań do sklepów i mieszkań, a bandyci ćwiczyli strzelanie z rewolweru. W skleconych z byle czego szopach gnieździła się biedota.

Z 1917 r. pochodzi pierwszy „opis inwentarza rzeźni”. Magistracki kancelista wyliczył, co następuje: budynek komunalny konstrukcji drewnianej na podmurówce, długości 28 m i szerokości 9 m, pośrodku oparzelnik z paleniskiem własnym. Posiada stacje z hakami łańcuchowymi do oprawiania uboju. Drugi budynek komunalny, konstrukcji drewnianej, długości 6,30 m i szerokości 3,50 m, przeznaczony jako kantor i herbaciarnia.

W budżecie miejskim na 1917 r. radni zapisali pierwsze dochody z pabianickiej rzeźni: 7.800 marek niemieckich. Znacznie więcej (25.400 marek) udało się uzyskać miastu z elektrowni.

Zima 1917 r. była sroga. W styczniu przy ul. Japońskiej dymiła tania kuchnia. To żony rzeźników gotowały krupnik, zupę gulaszową i czarną kiszkę. Gorące jedzenie kobiety wydawały rodzinom Polaków wcielonych do armii rosyjskich zaborców i niemieckich okupantów, walczących na frontach pierwszej wojny.

Wspierano też dzieci z najuboższych rodzin. O wyznaczonej porze dzieciaki mogły wejść na teren rzeźni po ciepłą krew z ubitych zwierząt (często był to jedyny ich posiłek lub „lekarstwo” na rozmaite choroby). Rzeźnicy nalewali krew do baniek, miseczek i blaszanych garnuszków przynoszonych przez malców. 

Po wojnie

Wojna w Europie miała się ku końcowi. Na przełomie października i listopada 1918 roku za rzeźnią przy ulicy Japońskiej (obecnie Żwirki i Wigury) młodzi patrioci z Powszechnej Organizacji Wojskowej ćwiczyli walkę na bagnety. Byli wśród nich czeladnicy z rzeźni.  Gdy w lipcu 1920 r. naczelnik Józef Piłsudski wezwał naród pod broń, do walki z bolszewikami stawiło się kilkuset pabianiczan. Do służby frontowej zgłosiło się czterech pracowników Rzeźni Miejskiej. Jeden z nich nazywał się Grabarz. Nazwiska ochotników zapisano w księdze pamiątkowej, lecz księgę tę w 1939 r. zniszczyli hitlerowcy.

Dochody Pabianic z rzeźni przy ulicy Japońskiej rosły szybciej niż mury odbudowującego się miasta. W 1923 r. były wyższe od wpływów z pabianickiej elektrowni i targowisk. Kasa miejska miała już wystarczająco dużo pieniędzy, by rozpocząć budowę szkoły przy ul. Poniatowskiego, przedłużyć linię tramwajową sprzed zamku do dworca kolejowego i urządzić park Wolności.

Przed Wielkanocą 1927 r. do rzeźni wtargnęli złodzieje, plądrując herbaciarnię. W drewnianej przybudówce za ubojnią herbaciarnię tę prowadził Aleksy Jarosik – arendarz i kucharz w jednej osobie. Złoczyńcy wyłamali drzwi, przeszukali kuchnię i spiżarnię. Według raportu policji „skradli różne rzeczy na sumę 3 tysięcy zł i zbiegli”.

O złupienie herbaciarni policja podejrzewała włamywaczy z Łodzi. To dlatego, że Pabianice przeżywały wówczas najazd sąsiadów. Podmiejskimi tramwajami łodzianie przybywali tutaj po tańsze zakupy. Skusiły ich ubrania i smaczne wędliny, zwłaszcza kiełbasa cytrynową, kiełbasa moskiewska, salceson brunszwicki i niezrównana pabianicka kaszanka. O handlowych wyprawach znad Łódki nad Dobrzynkę pisał dziennik „Rozwój”: „Nierzadkie są przypadki, że łodzianie przyjeżdżają do Pabianic, aby się u tutejszych krawców ubrać, u fryzjerów uczesać, w sklepach nabyć galanterię, u masarzy nabyć wędliny”.

Budżet miasta 1926.

Tu wyrośnie nowa rzeźnia

 Pierwsze informacje o przygotowaniach do budowy dużej Rzeźni Miejskiej nad Dobrzynką pochodzą z maja 1927 r. Wtedy to w urzędowych dokumentach podano, iż „Rada Miejska upoważniła Magistrat Pabianic do ustalenia projektu i kosztorysów budowy rzeźni podług wymogów nowoczesnej techniki”.

Stałymi klientami Rzeźni Miejskiej byli wtedy prywatni masarze: Artur Bliege, Jan Ignaczak, Bernard Kaczmarek, Hugo Kϋhn, Leon Szapnicki, Ignacy Szydłowski, Władysław Taberski, Bolesław Wieczorek, Jan Zakrzewski. W świeże mięso i wędliny zaopatrywali się tutejsi restauratorzy: Linda i August Hegenbartowie z istniejącego od 1889 r. hotelu z restauracją „Pod Złotą Kotwicą” (ulica Zamkowa 1), Eugeniusz Betcher (św. Jana 1), Franciszek Juszkiewicz (Warszawska 27), Stefan Doradziński (Zamkowa 11), Andrzej Wójcik (Kilińskiego 9), Jan Miller (Kilińskiego 35), Bronisław Piątkowski (Łaska 10) oraz Bolesław Chojnacki i Władysław Krzymiński.

Pięć miesięcy po zamówieniu projektu rzeźni, gotowe były szkice nowocześnie zaprojektowanej budowli, usytuowanej po południowej stronie ulicy Japońskiej – w sąsiedztwie starej rzeźni. Wykonał je Franciszek Karpiński, dyplomowany inżynier architekt z Łodzi.

Pod wspólnym dachem architekt wyrysował 3 hale uboju: świń (największą), bydła dużego i bydła małego oraz dwie kiszkarnie, ogromne pomieszczenie chłodni wraz z wytwórnią lodu. W budynku głównym mieściła się także solarnia, kotłownia, kondensatornia elektryczna, portiernia i herbaciarnia.

Obok głównego gmachu inż. Karpiński nakreślił kształty chlewów oraz obory dla bydła i owiec. Przy murze rzeźni, blisko skrzyżowania ulic Japońskiej i Maślanej (dziś Sikorskiego), umieścił tanią jatkę.

Na zachodniej działce, niedaleko ulicy Kresowej, miał stanąć służbowy dom dyrektora. Architekt zaprojektował piętrowy budynek z płaskim dachem i dwoma balkonami. Na parterze umieścił biuro, nad nim duży hall, kuchnię, jadalnię, spiżarnię, dwie sypialnie, łazienkę z wanną i służbówkę dla gosposi dyrektora. Od rzeźni dom był oddzielony ogrodem z żywopłotem i aleją.

 „Będziemy mieli rzeźnię!” - w lutym 1928 r. cieszyła się „Gazeta Pabjanicka”. Mieszkańcy przeczytali, że Magistrat zaciągnął pożyczkę - 350 tys. zł w złocie na budowę rzeźni, łaźni i sieci elektrycznej. Prezydent Pabianic Władysław Gacki starał się o więcej pieniędzy, ale banki odmówiły.

Niedługo potem radni powołali specjalną komisję do zbadania, które działki w Pabianicach byłyby odpowiednie pod budowę rzeźni. W skład komisji weszli: prezydent Gacki, naczelnik Szefer, radni Rakowski i Magrowicz, inżynier miejski Kowalski oraz weterynarz Połomski.

Początkowo komisja brała pod uwagę dwa place: miejski przy ul. Japońskiej (obok starej rzeźni) i znacznie większy prywatny plac w Karniszewicach przy torach kolejowych. Ten drugi szybko uznano za nieprzydatny, gdyż – jak orzekła komisja – „jest zbyt niski”. Plan budowy Rzeźni Miejskiej w Pabianicach (archiwum Pamso).

Bez bocznicy nie da rady

Na plac przy Japońskiej składało się 13 działek o łącznej powierzchni 4 ha 2444 metrów kw. Od północy graniczył on z ulicą Japońską, od wschodu z Maślaną, od południa z Modrzewiową i Ciepłą, od zachodu z Kresową. Wydawałoby się, że jest to miejsce wyborne, lecz komisja orzekła, iż ma mnóstwo wad. W protokole zapisano: „plac mógłby być wzięty pod uwagę jedynie wtedy, gdy byłby podniesiony do poziomu całego terenu oraz gdyby miał zapewnione połączenie kolejowe”. Bez tego ostatniego zwierzęta rzeźne musiano by przeładowywać z wagonów kolejowych na furmanki i wozić do rzeźni środkiem miasta. Ostatecznie komisja uznała, iż plac przy Japońskiej też się nie nadaje.

Według komisji należało rozpocząć rokowania w sprawie nabycia od prywatnych właścicieli któregoś z kolejnych „upatrzonych” placów. Były 3 takie miejsca: za ostatnim domem ulicy Piłsudskiego, przy ulicy Legionów (dzisiejsza Partyzancka) i przy linii kolejowej, w sąsiedztwie młynów parowych na Zielonej Górce. Komisja zastrzegła, iż „plac pod rzeźnię musi być nie mniejszy niż siedmiomorgowy” (prawie 4 ha).

 Najwięcej zwolenników miała działka przy ulicy Legionów. Jej atutem była umiarkowana cena i bliskość torów kolejowych. Gdyby zbudować tam bocznicę, transport zwierząt do rzeźni byłby dużo tańszy i wygodniejszy niż pędzenie bydła ulicami Pabianic i wożenie świń furmankami – jak to robiono od wielu lat.

Na bocznicę Magistrat pieniędzy nie miał. Prezydent wpadł więc na pomysł, by torowisko budować do spółki z pobliską papiernią. Zimą 1928 r. rozpoczęto negocjacje z zarządem papierni. Porozumienia nie osiągnięto. Papiernicy tłumaczyli się trudnościami finansowymi.

W tej sytuacji Magistrat zarządził ponowny przegląd placów budowlanych w mieście. Wiadomość ta wywołała spekulacyjny wzrost cen ziemi na obrzeżach Pabianic. „Właściciele placów oceniają upatrzone przez Magistrat place sumami niezwykle wysokimi” – donosiła prasa.

Plac budowy Rzeźni, 1929 (archiwum Pamso).

Tylko dla polskich firm

Jeszcze nie zdecydowano, gdzie stanie rzeźnia, a już 3 kwietnia 1928 r. Magistrat ogłosił konkurs „na wykonanie robót Rzeźni Miejskiej” oraz „na kompletne mechaniczne urządzenie rzeźni, chłodni mechanicznej i fabryki lodu”. Do konkursu zostały zaproszone wyłącznie polskie firmy.

Wpłynęło 7 ofert firm budowlanych i 4 z firm instalatorskich. Ostatecznie wznoszenie murów rzeźni powierzono pabianickiej firmie Józefa Hansa – budowniczego m.in. żelbetonowego mostu na Dobrzynce. Konkursu na wyposażenie rzeźni nie rozstrzygnięto. Miał być ponowiony.

Nim do tego doszło, Stowarzyszenie Właścicieli Nieruchomości wniosło zażalenie na wybór placu budowy, uznając go za zły. „Gmach rzeźni, który ma olbrzymie znaczenie dla miasta, winien być odosobniony i znajdować się na odpowiednim miejscu, a nie w dołach, jak przy ul. Japońskiej. Budowa rzeźni na terenie oddalonym od stacji kolejowej i głównej szosy musi spowodować zwiększone koszty przewozowe, co niewątpliwie odbije się na podrożeniu mięsa” – ostrzegali właściciele nieruchomości.

 Spory opóźniły rozpoczęcie prac budowlanych. W listopadzie 1928 r. „Gazeta Pabjanicka” pisała: „Rzeźnia Miejska jest największą bolączką miasta. Mieści się ona w budynku brudnym i ciasnym. Ale są już przygotowane plany pod budowę nowej olbrzymiej rzeźni, połączonej bocznicą z linią kolejową. Rzeźnia ta obliczoną będzie na eksport”.

W styczniu 1929 r. komisja szukająca terenów pod rzeźnię znowu wskazała place przy ul. Japońskiej. To tutaj najlepiej będzie postawić mury rzeźni zdolnej zaopatrywać w mięso miasto, które w niedalekiej przyszłości może liczyć nawet 200 tysięcy mieszkańców – orzekła komisja. Poparła ją większość radnych.

Tymczasem po kolejnym proteście Zgromadzenia Rzeźników i Masarzy, Urząd Wojewódzki nakazał wstrzymać przygotowania do prac budowlanych przy ul. Japońskiej. Masarze napisali też skargę do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Twierdzili, że plac przy Japońskiej „znajduje się zbyt daleko od linii kolejowej, jest niemożliwy do uregulowania i nie ma naturalnego spadku”. Podczas wiosennych roztopów i ulewy rzeźnia będzie tonąć – ostrzegali.

Po stronie przeciwników budowy przy Japońskiej stanął łódzki „Głos Poranny”. W marcu 1929 r. opublikował on artykuł o treści: „Plac ten mało się nadaje pod budowę rzeźni. W interesie jednak ziumków, czyli łyków staromiejskich, stanowiących najciemniejszy element miasta, leży, aby nową rzeźnię magistrat zbudował na Starym Mieście, bo to i chluba niemała z tego tytułu, że ziumki, rdzeń społeczności miejskiej, w swojej dzielnicy mieć będą godny przybytek świniobójców (…). Z czasem, gdy rzeźnia stanie, a przy niej bocznica kolejowa, ceny placów pójdą w górę”.

Początek budowy rzeźni (archiwum Pamso).

Ruszamy!

 Jednak władze Pabianic postawiły na swoim. W kwietniu 1929 r. wydały zgodę na rozpoczęcie budowy ogromnej rzeźni. Budynek główny miał być przykryty dachem jeszcze przed zimą. „Na placu obok starej rzeźni przy ul. Japońskiej wre praca” - pisała prasa. „Kilkudziesięciu murarzy kładzie cegły, kilkudziesięciu robotników kopie fundamenty, reguluje teren. Wozy przywożą piasek, żelazo, cegłę, wapno. To buduje się okazała rzeźnia miejska, która będzie rozporządzać najnowszymi urządzeniami: halą maszyn, chłodnią, kolejką, higienicznie urządzonymi ubojniami. Na terenie dawnej rzeźni, słynącej z brudów i cuchnącego powietrza, powstaje małe miasteczko, zabudowane licznymi budynkami o estetycznym wyglądzie”.

 Tempo prac było imponujące, choć kasa miasta opieszale regulowała rachunki budowlańców. Znaczną część wyposażenia rzeźni zamówiono w Chorzowie i Katowicach. Agregaty do wytwarzania lodu odlewano i montowano w hutach Królewska i Laura. Kotły parowe pochodziły z siemianowickiej firmy Fitzner i Gamper. Zamrażalnię drobiu wykonała Huta Zgoda w Świętochłowicach.

Po kolejnej kontroli na budowie Urząd Wojewódzki ostatecznie zatwierdził plan rzeźni przy Japońskiej. Stało się to mimo odrębnego stanowiska Wydziału Weterynaryjnego oraz głośnego protestu Zgromadzenia Rzeźników i Masarzy m. Pabianic, Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości i części Rady Miejskiej.

Dla niezamożnego miasta bezcenny był każdy grosz na budowę. Stara Rzeźnia Miejska ogłaszała więc w gazetach, że sprzeda nawóz. W kantorze handlowała już mączką mięsną (karma dla drobiu i ryb) oraz suszoną krwią (nawóz).

Wiosną 1930 r. rozpoczęto ustawianie maszyn i montowanie instalacji w głównej hali. Gdy prezydent Aleksander Orłowski starał się o kolejne kredyty z banku, do Magistratu wpływały oferty współpracy. „Republika” pisała, że „sąsiednie gminy i miasteczka czynią starania, aby mogły korzystać z pabianickiej rzeźni, co zaoszczędzi im budowę własnych rzeźni. Dowozy produktów mięsnych do odległych wsi uskuteczniane będą autami ciężarowymi”.

Pod koniec maja 1930 r. do budowanej rzeźni zwieziono 80 stalowych klatek do przechowywania mięsa w chłodniach. Trwały prace montażowe w hali maszyn i wytwórni lodu. Testy przechodziła podwieszona kolejka do transportowania mięsa.

Plac wielkiej budowy kusił okolicznych przestępców. W lipcu 1930 r. włamywacze wyrwali okiennicę i zbili szybę w kotłowni, dostając się do głównego budynku rzeźni. Łupem padły sprowadzone z zagranicy narzędzia do montowania maszyn i urządzeń, warte kilka tysięcy zł.

30 listopada 1930 r. „Republika” informowała, że prace na budowie mają się ku końcowi. „Tytułem próby uruchomiono maszyny wytwarzające lód. Maszyny funkcjonowały bez zarzutu”. W ciągu doby mogły zamrozić 6,4 tony wody, czyli zrobić 400 tafli. Dużo więcej niż potrzebowała rzeźnia.

Skalkulowano umiarkowaną cenę lodu na sprzedaż - 30 groszy za taflę ważącą 16 kg. Lód do sklepów w Pabianicach i bliskiej okolicy miał wozić „służbowy” koń rzeźni, ciągnący czterokołowy wóz. Na utrzymanie konia zaplanowano 75 zł, co wystarczało na zakupy owsa i siana oraz podkuwanie i naprawy uprzęży.

----------------------------------

Na podstawie ksiązki historycznej pt. „Żwirki i Wigury 19, dawniej Japońska. 100 lat Zakładów Mięsnych Pamso”. Jest to bogato ilustrowana monografia - pełna nieznanych dotąd archiwalnych dokumentów z dziejów Pabianic, wspomnień, anegdot, sylwetek wybitnych osób. Opisuje ona dzieje przedwojennej Rzeźni Miejskiej i powojennych Zakładów Mięsnych – aż do 2016 r. Autor: Roman Kubiak