„Te plany rozwoju Pabianic zostaną wykonany w stu procentach. Gwarancją jest robotnicza partia  sprawująca władzę w proletariackim mieście nad Dobrzynką” – jesienią 1948 roku zapewniał towarzysz Józef Kussa, przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej.

Józef Kussa, który był także sekretarzem komitetu miejskiego rządzącej w całym kraju Polskiej Partii Robotniczej, publicznie rozgłaszał, że wkrótce Pabianice staną się piękne, dostanie i wygodne dla mieszkańców. „Pod naszymi rządami nawet biedne przedwojenne miasto może wyglądać jak Paryż, służąc klasie robotniczej do wypoczynku i kulturalnego rozwoju” – obwieścił podczas spotkania z załogą największej fabryki włókienniczej, która domagała się większych racji chleba. Choć nie miał zielonego pojęcia o architekturze, Kussa obiecywał: „Ja sam zaprojektuję w Pabianicach reprezentacyjny park ze stadionem”.

Stadion z trzema boiskami i trybunami dla 40 tysięcy widzów miał wyrosnąć na terenach, które od dawna były solą w oku komunistów – w parku znienawidzonych fabrykantów.

„Wydawać się to może nieprawdopodobne, ale przed wojną fabrykę Krusche-Ender otaczał olbrzymi park prywatny, do którego robotnicy wstępu nie mieli” - w 1948 roku pisał partyjny (PPR) „Głos Pabianic”. „Ten 400-hektarowy park, leżący między Nowym Miastem a Starym Miastem, po wojnie został oddany miastu w wieczystą dzierżawę”. „Już nie będzie pani fabrykantka chodziła po rosie w pięknej parkowej alei z białych brzóz, wysadzanej różami, pilnowanej przez strażników. Teraz po rosie będą biegać nasze dzieci!” – triumfował „Głos”.

 

Cuda niewidy

Według ówczesnych władz miasta, zabrany fabrykantom park miał być podzielony na cztery części. „W jednej zostanie urządzony ośrodek sportowy dla młodzieży całego miasta, a nawet województwa. Będą tam dwa boiska sportowe do piłki nożnej, bieżnia lekkoatletyczna, tor kolarski dla wyścigów rowerowych, tor żużlowy dla motocyklistów, boiska do gier sportowych, basen pływacki, korty tenisowe, boisko hokejowe, tor saneczkowy i hala sportowa wraz z krytym basenem pływackim” – pisał „Głos Pabianic”.

W drugiej części parku miał powstać raj dla dzieci - z ogródkiem jordanowskim, brodzikiem, basenem, wesołym miasteczkiem i wypożyczalnią kucyków. Do wesołego miasteczka obiecano sprowadzić dwie karuzele, „diabelski młyn”, salon krzywych zwierciadeł i drewniane samochodziki na pedały.

Reszta parku miała być rajem dla całych rodzin. „Zostanie tutaj zbudowana estrada z muszlą koncertową na występy orkiestr i popisy zespołów świetlicowych, amfiteatr, ścieżki spacerowe z ławkami oraz kino na wolnym powietrzu. Cały park będzie zradiofonizowany. Zaplanowano także ośrodek przyrodniczo-naukowy z palmiarnią i hodowlą roślin egzotycznych. Fruwać tu będą egzotyczne ptaki, a w basenach pływać egzotyczne ryby” – donosiła partyjna prasa.

Dwa lata później park zabrany fabrykantom zarastał chwastami, a władze miasta wciąż „produkowały” mnóstwo obietnic. W wywiadzie dla warszawskiego miesięcznika „Orli Lot” towarzysz Józef Kussa mówił: „Planujemy budowanie większego i nowoczesnego dworca kolejowego oraz kolei fabrycznej w obrębie miasta, dowożącej robotników z osiedli mieszkaniowych do pracy w zakładach. Zostanie zbudowany także Teatr Miejski i Biblioteka Miejska z czytelnią. W czterech stronach naszego miasta powstaną cztery nowe boiska sportowe”.

Nie koniec na tym. W 1950 roku sekretarz Kussa zapewniał: „W najbliższej przyszłości skanalizujemy resztę Pabianic. Przez miasto zostanie kanał tzw. burzowiec. Będzie on pochłaniał wodę deszczową i nadmiar wody z kanałów sanitarnych. Takich burzowców w planie jest kilka. Budowa pierwszego zostanie rozpoczęta już w 1950 roku. W planie dziesięciolecia przewidziana jest również budowa dwóch „jedenastolatek” – jedna taka szkoła stanie w dzielnicy staromiejskiej, a druga w okolicy parku Wolności”.

 

Rezerwat nad Dobrzynką?

Obietnice sypały się zza każdego biurka ówczesnych władz. W styczniu 1949 roku prezydent Pabianic - Władysław Dolecki, w wywiadzie dla „Dziennika Łódzkiego” mówił: „Przyłączono do miasta wielkie obszary zieleni, gdzie będą tworzone rezerwaty przyrody oraz tereny dla sportów letnich i zimowych. Duży nacisk kładliśmy na zadrzewienie miasta. Rozgrodzone place w centrum obsadziliśmy topolami piramidalnymi. Nasza młodzież z hufców Służby Polsce posadziła w parku Wolności 1.100 brzóz i 1.000 świerków. Wysadzimy też około 40.000 sadzonek krzewów”.

A „Głos” donosił: „Pabianice będą miastem kwiatów i zieleni. Poszerzanie ulic, urządzanie skwerów w miejscach zburzonych domów i schronów, obsadzanie pustych placów drzewami, nowe trawniki, rabatki kwiatowe, coraz więcej zieleni sprawia, że Pabianice, mimo swego charakteru ośrodka fabrycznego, czynią wrażenie miasta kwiatów i zieleni. Na całej długości ulicy Armii Czerwonej trawniki będą upiększane kwiatami. Na peryferiach posadzi się tysiące drzewek, co mieszkańcy powitają z największą radością”.

Reporter magazynu „Orli Lot”, który w 1950 roku wysłuchał kolejnych obietnic władz Pabianic, był zachwycony. W zakończeniu swego artykułu napisał: „To wszystko zostanie wykonane w ciągu dziesięciu najbliższych lat - mówi towarzysz Józef Kussa. Wierzymy w to! Przez okno pokoju, w którym rozmawiamy dobiega nas odgłos syren fabrycznych. Twardym rytmem biją mocno serca tutejszych fabryk – maszyny. Bije mocno serce Pabianic - polskiego Manchesteru”.

Kilka miesięcy później władze miasta cichutko wycofywały się z wielu obietnic. Na placach budów basenu, hali sportowej, wesołego miasteczka, palmiarni, szkół, biblioteki, teatru i kina nie wbito w ziemię nawet jednej łopaty. „Zaistniały określone trudności w realizacji planów rozwoju Pabianic, co zmusza do przesunięcia terminów oddania do użytku niektórych inwestycji” – tłumaczył „Głos Pabianic”. Wkrótce władze zaczęły wskazywać winnych opóźnień i zaniechań. Byli to: bumelanci, wrogowie klasowi, spekulanci, zaplute karły reakcji oraz zrzucana z amerykańskich samolotów stonka, która zżerała ziemniaki przeznaczone dla ludu pracującego miast i wsi.