„Cierniowa miłość młodej pary”, „Tragedia narzeczonych” – pod takimi tytułami w lutym 1931 roku dziennik „Echo” opisał nieszczęście, jakie spadło na zakochanych narzeczonych z Pabianic. Według gazety wydarzenia potoczyły się w następującej kolejności: „24-letni Stanisław Wilgowski, szeregowiec 10. pułku Korpusu Ochrony Pogranicza, otruł się kwasem solnym. Zamach samobójczy Wilgowskiego to wynik tragedii, bohaterką której była narzeczona jego, 21-letnia Helena Wieczorkówna, mieszkanka wsi Jutrzkowice pod Pabianicami”.

Nazajutrz gazeta napisała, że: „Wieczorkówna i Wilgowski byli zaręczeni od dwóch lat i niebawem zamierzali zawrzeć związek małżeński. Na przeszkodzie stanął jednak pobór do wojska. Wilgowski wyjechał na Kresy. W tym czasie o rękę Wieczorkówny zaczął się starać inny mężczyzna. Otoczenie Wieczorkówny starało się namówić dziewczynę do ślubu z nim. Wieczorkówna pod wpływem ciągłych namów wpadła w depresję i w końcu ubiegłego tygodnia otruła się silną substancją trującą. Młodocianą desperatkę umieszczono w szpitalu Powiatowej Kasy Chorych w Pabianicach, gdzie mimo zabiegów lekarskich, zmarła nie odzyskawszy przytomności”.

Pogrzeb samobójczyni był głośnym wydarzeniem w Pabianicach. Chciało go obejrzeć kilka tysięcy osób, głównie ciekawskich. Przy cmentarnym murze od rana stał tłum gapiów. Dziennik „Echo” pisał tak: „Na pogrzeb, który odbył się w ubiegłą niedzielę, przyjechał zawiadomiony przez przyjaciół Wilgowski. Pozornie spokojny i zrównoważony, po stracie narzeczonej wrócił z cmentarza do Pabianic. Znalazłszy się w mieście, snuł się zrozpaczony do późnej nocy po ulicach, aż wreszcie na jednej z nich, ciemnej i bezludnej, w celach samobójczych wypił większą dozę kwasu solnego.

Wijącego się w bolach desperata znaleźli przechodnie. Nieprzytomny szeregowiec Stanisław Wilgowski prawie ostatnim wysiłkiem podniósł się ziemi i zaczął uciekać ulicą, głośno krzycząc: Dajcie mi pójść za nią! Desperata schwytano i umieszczono w szpitalu miejskim. Jego stan jest groźny. Wiadomość o tragedii pary narzeczonych wywołała w Pabianicach zrozumiałe wrażenie”. Przy straganach, w sklepikach, knajpach i na podwórzach był to główny temat rozmów. Panny marzyły o dozgonnej miłości.

Gdy zrozpaczony żołnierz wyszedł z pabianickiego szpitala, zajęli się nim wojskowi lekarze. Diagnoza była łatwa do przewidzenia: Wilgowski nie jest zdolny do służby wojskowej, bo może zrobić krzywdę sobie albo innym.

 

Jak ojczym narozrabiał

Półtora roku później „Echo” opisało niszczycielską miłość ojczyma do pięknej pasierbicy. Uczucie to omal nie doprowadziło do śmierci starszego pana, nijak nie mogącego pogodzić się z utratą obiektu swych westchnień, gdy panna postanowiła wyjść za mąż za młodzieńca.

Dziennik „Echo” pisał wówczas, że „przy ulicy Warszawskiej nr 156 w Pabianicach mieszkała rodzina Strachowskich, składająca się z obojga małżonków Strachowskich i córki pani domu z pierwszego męża. Na tle wspólnego pożycia w jednym mieszkaniu z pasierbicą, która była młodym i pięknem dziewczęciem, ojczym - Stanisław Strachowski, zapłonął gorącą miłością do nieletniej panny, lecz miłość tę ukrył głęboko, nie dając poznać po sobie”.

Piękna dziewczyna nie domyślała się o wrażeniu, jakie czyniła na swym ojczymie. Pewnego razy zapoznała się z przystojnym młodym człowiekiem, który pokochał ją i niebawem zapragnął poślubić. W dniu onegdajszym narzeczony pasierbicy przybył do mieszkania Strachowskich z zamiarem oświadczenia się o rękę panny.

Nieprzygotowany na to Stanisław Strachowski opanował się jednak rychło i na pozór spokojnie oraz przychylnie całą rzecz potraktował. Zaprosił przybyłego do stołu i poczęstował wódką. Gdy już spora ilość wypitego alkoholu zamroczyła Strachowskiemu głowę, ożyła jego namiętność do pasierbicy, zaś fakt, że miał dziewczynę wkrótce utracić na zawsze, rozpętała nim burzę szaleństwa.

W pewnym momencie Stanisław Strachowski rzucił się na narzeczonego pasierbicy i począł go bić. Matka z córką pospieszyły gościowi na ratunek i w domy przy ul. Warszawskiej rozpoczęła się krwawa bijatyka. Młodzieniec wraz z narzeczoną zmuszeni byli uciec z mieszkania. Widząc to Stanisław Strachowski, wiedziony rozpaczą i miotającymi go szaleńczymi uczuciami, wyciągnął z szuflady stołu brzytwę i poderżnął sobie żyły u obu rąk. Przedtem w furii podarł wszystkie znajdujące się w mieszkaniu pieniądze papierowe. W stanie groźnym przewieziono go do szpitala miejskiego. Na miejsce krwawego wypadku przybyła policja, która zajęła się przeprowadzeniem dochodzenia”.

 

Bo nie chciała dać rozwodu…

W czerwcu 1934 roku na polach pod miastem znaleziono zwłoki 28-letniej Janiny Pietrzakowej. Policja szybko ustaliła, że zbrodniarzem jest mąż denatki – Józef. Okoliczności tragedii i dalsze burzliwe wydarzenia na pierwszej stronie opisał

„Express Wieczorny”: „Zbrodnia dokonana została z tego powodu, iż Józef Pietrzak chciał się ożenić ze swą kochanką, a ponieważ żona nie chciała mu udzielić rozwodu - zwabił ją podstępnie, pod pozorem pogodzenia się, na przedmieścia i tam na polach, po odurzeniu jej alkoholem, zadał jej straszliwe ciosy nożem w głowę i piersi. Po dokonaniu tego czynu Pietrzak uciekł”.

Gazeta „na gorąco” opisywała poszukiwania mordercy. Jej reporter donosił: „Zbrodnia wywołała w Pabianicach niesamowite wrażenie. Niemal cała ludność gotowa była współdziałać z policją celem ujęcia bestialskiego mordercy. Dziś nad ranem udało się wreszcie odnaleźć jego kryjówkę. Okazało się, że Józef Pietrzak ukrył się w polach majątku Potaźnia pod Pabianicami. Nie opuszczając swego schronienia od kilku dni, chciał przeczekać okres gorączkowych poszukiwań, by następnie wyjechać.

Nad ranem majątek Potaźnia został otoczony przez policję. Pietrzak zrozumiał, że jest zgubiony. Wydobył przygotowaną truciznę i wypił ją. W stanie bardzo groźnym odwieziono go do szpitala”.

 

Bo nie chciała wyjść za mąż…

W lipcu 1936 roku „Express Wieczorny” donosił o „wstrząsającej tragedii miłosnej w Pabianicach”. Była to wiadomość ważniejsza od niemieckich przygotowań do wojny pod wodzą Adolfa Hitlera. Gazeta pisała o porywczym mieszkańcu Pabianic, który zastrzelił nieco starszą kochankę oraz siebie. Powodem miał być brak zgody kobiety na zmianę wyznania i małżeństwo.

„Express Wieczorny” relacjonował: „Wczoraj rozegrała się w Pabianicach wstrząsająca tragedia. Na polu przy ulicy Karolewskiej znaleziono zwłoki 30-letniego Juliana Jarzyńskiego, zamieszkałego przy ulicy Karniszewickiej 11, a w odległości zaś 20 metrów, pod stogiem siana – ciężko ranną kobietę.

Na miejsce zbrodni przybył lekarz, który przewiózł dogorywającą kobietę do szpitala Ubezpieczalni Społecznej. Pomimo energicznych zabiegów lekarskich nie udało się jej utrzymać przy życiu. Przed śmiercią zdołała opowiedzieć jeszcze szczegóły oraz tło swojej tragedii”.

Jak ustalili śledczy, „34-letnia Józefa Paździńska (Kilińskiego 7) była mężatką i posiadała dwoje dzieci. Pożycie z mężem nic było szczęśliwe, gdyż Paździńska zakochała się w młodszym od niej tkaczu Jarzyńskim, który ostatnio nigdzie nie pracował. Jarzyński, również żonaty, porzucił żonę i dziecko, po czym namówił kochankę, by przeniosła się do niego na stale. W tym celu wynajął małe mieszkanko na ul. Karniszewickiej 11, gdzie mieli oboje zamieszkać. Onegdaj młodzi spędzili razem ostatnią noc.

Około godziny szóstej rano wyszli z domu i udali się na dłuższy spacer. Na polach w pobliżu ulicy Karolewskiej doszło do burzliwej rozmowy. Jarzyński domagał się od Paździńskiej, aby porzuciła męża i dzieci na zawsze, aby zmieniła wyznanie i poślubiła go. Paździńska o zmianie wyznania słyszeć nie chciała. Na tym właśnie tle doszło do tragedii.

Jarzyński, podniecony, dobył błyskawicznym ruchem rewolweru i strzelił trzykrotnie do kochanki, po czym oddalił się od miejsca zbrodni. Po chwili jednak powrócił do dogorywającej kobiety, chcąc upewnić się, że nie będzie żyła. Ponownie zaczął strzelać, raniąc ją śmiertelnie w głowę.

Jarzyński odszedł o 20 metrów od Paździńskiej i strzelił sobie w skroń. Strzał był chybiony, gdyż kula trafiła poniżej skroni, wobec czego Jarzyński drugim strzałem w usta odebrał sobie życie. Na miejsce zbrodni i wstrząsającego samobójstwa przybyły władze policyjne. Nieprzytomną kobietę przewieziono do szpitala. Zwłoki Jarzyńskiego przewieziono do prosektorium, gdzie odbyła się sekcja.

 

Mściwy amant

„Amant oddał 6 strzałów do męża swej kochanki, a mając zamkniętą drogę ucieczki, pozbawił się życia” – w latach 30. zeszłego wieku pisał „Głos Poranny”. Ofiarą zbrodni był powszechnie znany w Pabianicach Artur Lorenc. W śledztwie ustalono, że około godziny piątej rano Lorenc wychodził z mieszkania przy ul. Kościelnej 17, by zacząć pracę w pobliskiej rozlewni piwa, której był właścicielem. Gdy zbliżał się do furtki, pocisk z rewolweru ugodził go w klatkę piersiową. Lorenc zachwiał się i oparł o mur. Chwilę później padło 5 strzałów.

Huk usłyszeli przechodzący tamtędy robotnicy. Dobiegli do furtki i zobaczyli strzelającego. Zbrodniarz dostał się na klatkę schodową domu i strych, gdzie próbował wyłamać właz na dach. Ale daremnie. Wtedy wyjął z kieszeni rewolwer i strzelił sobie w usta. Brocząc krwią, runął z półpiętra. Był martwy.

W kieszeni marynarki denata policja znalazła książeczkę wojskową na nazwisko Biskupski, lat 36. Wkrótce ustalono, że jakiś czas temu Biskupski zatrzymał się w domu Lorenca - zamożnego właściciela browaru. Piwowar mieszkał z sublokatorem w zgodzie – póki nie dowiedział się od sąsiadów, że młody i przystojny sublokator ma romans z żoną Lorenca.

Za pieniądze od kochanki Biskupski elegancko się ubierał i bawił w pabianickich knajpach. Zdradzony Lorenc wyprowadził się z domu, zostawiając niewiernej żonie prawo pobierania komornego od lokatorów kamienicy przy ul. Kościelnej 32.

Lorencowa żyła „na całego”. Wiosną wraz z kochankiem wyjechała do Francji, prowadząc beztroski tryb życia. Jednak szybko skończyły się pieniądze. Nie mając nawet na powrotną podróż, Lorencowa pożyczyła 500 franków od polskiego konsula. Tymczasem mąż wystąpił o rozwód.

Po naradzie z kochankiem Lorencowa zażądała od męża połowy majątku. Ale piwowar nie zamierzał dać ani grosza. Biskupskiego, który przyszedł po pieniądze, wygonił. Wtedy kochanek żony zagroził mu śmiercią. Kilka dni później spełnił groźbę, strzelając do Lorenca.

Ciężko rannego piwowara zawieziono do szpitala. Lekarze orzekli, że skutkiem przestrzelenia szyi, stracił mowę. Z doktorem i pielęgniarkami piwowar porozumiewał się, pisząc na kartce papieru. Lorencową aresztowano.