Pod koniec marca 1934 roku Magistrat Pabianic kazał rozpocząć plantowanie zarośniętego chwastami placu przy nowej Rzeźni Miejskiej przy ulicy Japońskiej (dziś Żwirki i Wigury), sąsiadującego z betoniarnią. Szykowano tam targowicę dla zwierząt. Plac miał ponad dwa hektary i był podzielony na 5 oddziałów. Największy (6.400 metrów kw.) przeznaczono do handlu trzodą chlewną. Nieco mniejszy służył do handlowania bydłem rogatym. Obok wytyczono sektory dla koni i drobiu.

Według archiwalnych budżetów miejskich, przechowywanych w Muzeum Miasta Pabianic, najważniejszą osobą na targowicy był dozorca, zarabiający 100 zł miesięcznie. Pomagali mu czyściciele placu, zarabiający po 33 zł miesięcznie. Aby codziennie porządkować plac po zwierzętach i ludziach, trzeba było rocznie zużyć 100 mioteł (wartych 30 zł) i 10 korców wapna (60 zł). Plac był otwarty od poniedziałku do soboty.

Targowica dawała miastu skromne dochody od handlarzy, ale pozwalała kontrolować obrót zwierzętami.

Miała też wpływ na ograniczanie ryzyka zatruć zakażonym mięsem. Dwa razy w roku urządzano tu przegląd koni z Pabianic i okolic. Wezwani przez władze sanitarne właściciele koni musieli przyprowadzić tam „czterolatki” ze świadectwem pochodzenia zwierzęcia.

W plac przy rzeźni władze miasta sporo inwestowały. W budżecie Pabianic zapisano, iż „obsadzenie targowicy topolami lub klonami jest konieczne, ponieważ dnie upalne wpływają ujemnie na zdrowie zwierząt”. Chciano kupić wagę dla zwierząt, doprowadzić wodę i wybrukować wjazdy na targowicę.

Żydzi osobno

Gdy w latach 30. zeszłego wieku nasiliły się nastroje antyżydowskie, dziennik „Orędownik” z marca 1935 roku doniósł: „Został otwarty żydowski bazar w salach p. Budzińskiego przy ulicy Zamkowej 3. Na bazarze tym propaguje się wyłącznie wyroby palestyńskie. Nic dziwnego, że społeczeństwo polskie miasta Pabianic nie jest ciekawe żydowskich świecidełek. Zaznaczyć należy, że ten sam bazar zorganizowany w ubiegłym roku został zdemolowany przez ludzi, którzy uważali, że w Polsce winny być propagowane tylko wyroby krajowe, a nie żydowskie”.

„Orędownik” wzywał do bojkotowania żydowskich firm, sklepów i straganów na targowiskach. Drukował listy polskich fabrykantów, rzemieślników i sklepikarzy, którzy robią interesy z Żydami, piętnując ich. Na sklepach i straganach w mieście pojawiły się napisy: „handel chrześcijański”.

Napięcie rosło. „Wczoraj przed Sądem Grodzkim w Pabianicach stanęło 5 wyrostków w wieku lat 15-18, oskarżonych o zdemolowanie kiosków, pobicie kasjerki oraz wywołanie awantury w bazarze żydowskim przy Zamkowej” – pisała prasa w 1935 roku. „Jak wiadomo bazar ten zorganizowali pabianiccy syjoniści”.

A może przy Chłodnej?

Wiosną 1936 roku władze miasta wreszcie zdecydowały się wskazać miejsca pod dwa nowe targowiska. Dziennik „Echo” pisał: „Postanowiono utworzyć rynki miejskie przy ulicach Moniuszki i Grabowej oraz przy Legionów (dziś Partyzancka), Chłodnej i Żeromskiego”. Ale urzędnicy znowu zawalili terminy. Jesienią targowisk wciąż nie było, a coraz bardziej krytyczna prasa pisała: „Plac Dąbrowskiego (Stary Rynek) aczkolwiek do tej pory służy za rynek, to jednak na ten cel nie nadaje się - ze względu na odpowiednie urządzenie placu wokół pomnika i przy zamku. Powinien on być czym prędzej przerobiony na skwer, a wówczas cała ta dzielnica nabrałaby współczesnego europejskiego wyglądu.

Nie jest to jednak sprawa łatwa - miasto musi nabyć w dzielnicy staromiejskiej obszerny teren i urządzić go. Paląca jest także sprawa rynków na Nowym Mieście, gdyż obecnie targi odbywają się na ulicach, co ze względów higienicznych i estetycznych jest wysoce niewłaściwe. Handel owocami i jarzynami w tych warunków urąga najprymitywniejszym wymaganiom. Obskurne budy straganiarzy przy Kilińskiego robią przykre wrażenie, dlatego powinny czym prędzej zniknąć.

Sprawa handlowania na Nowym Mieście ma być rozwiązana w ten sposób, że będziemy mieli dwa rynki: jeden przy ulicy Legionów od Żeromskiego, a drugi przy ulicy Moniuszki, pomiędzy ulicami Konopnickiej i Sienkiewicza. Przy Legionów Zarząd Miejski nabył teren od dawnych zakładów włókienniczych Kindlera i niebawem przystąpi do urządzania rynku. Prowadzone są również pertraktacje o nabycie terenu przy ulicy Moniuszki. Zbudowanie tam chociażby niewielkich hal targowych byłoby wysoce wskazane. Na pozostałym skrawku dawnego rynku przy Kilińskiego należałoby urządzić skwerek”.

Jaja na placu 1 Maja

Po drugiej wojnie światowej targowiskowym życiem tętnił Nowy Rynek, przez komunistów przemianowany na plac 1 Maja. Sprzedawano tam głównie zboże, ziemniaki, kapustę, owoce, kury, jaja i nabiał. Handlujący serem, śmietaną, masłem i włoszczyzną ustawiali się także na placyku przy ulicy Batorego i przy dworcu kolejowym.

W czerwcu 1960 roku, gdy władze miasta kazały rozebrać synagogę przy ulicy Fornalskiej (Bóźnicznej), na pustym placyku chciano urządzić targowisko lub plac zabaw.

Ale handlowanie w getcie, dzielnicy tysięcy wymordowanych Żydów, nie miało zwolenników wśród pabianiczan. Pomysł upadł.

Gdy w latach 70., gdy wyrosły pierwsze spółdzielcze bloki Bugaju, na placyku  przy ulicach Nawrockiego i Marchlewskiego („Grota” Roweckiego) pojawili się handlarze. Wkrótce wytyczono tam osiedlowe targowisko, istniejące do dziś.