Peter Molnar, złoty medalista pucharu świata został zdyskwalifikowany. Dlatego zwycięzcą listopadowego konkursu w Budapeszcie jest teraz pabianiczanin Mariusz Bałaziński.
To nie były łatwe zawody dla Mariusza.
– Najpierw mnie do nich nie dopuszczono, bo według sędziów w ciągu roku zmalałem o 1,5 centymetra. Miałem też pół godziny na to, żeby zrzucić 1,6 kilograma, gdyż według nowo przyjętych kategorii wzrostowo–wagowych, „spadłem” do niższej – wyjaśnia zasady weryfikacji do zawodów w kulturystyce klasycznej.
W saunie w ciągu 20 minut stracił 900 gramów. Później było rozciąganie pleców, gorąca kąpiel w wannie i bieganie po schodach w dwóch dresach. Stracił następne pół kg.
– Zabrakło mi 100 gram, czyli tyle, ile waży pół kostki masła, żeby wystartować. Chciało mi się płakać, ale nie miałem czym, bo w saunie wypociłem całą wodę – wspomina. – Byłem załamany. Weryfikacja w „klasyku” to zawsze nerwówka, ale to odebrałem jako świństwo. Bo wiem, że miałem życiową formę i mogłem spokojnie powalczyć o tytuł mistrza świata w kulturystyce klasycznej.
Ale dwóch sędziów (Anglik i Austriak) uznało, że pabianiczanin zmalał. Nagle w Budapeszcie miał tylko 170 centymetrów wzrostu.
– Ale pozwolono mi zweryfikować się do pucharu świata i wystartowałem z cięższymi o 15–20 kg kulturystami – wyjaśnia Mariusz.
Bałaziński po tych perypetiach wywalczył srebro. Przegrał tylko ze zdyskwalifikowanym właśnie Węgrem Peterem Molnarem – mistrzem świata z poprzedniego roku w NABBA.