Zaczęło się w czerwcu 1938 roku. Wtedy to władze Łodzi uznały, że ciasnota na ulicach jest nie do zniesienia. Rosnący w zabójczym tempie ruch pieszych, automobili i tramwajów zmuszał do sięgnięcia po nowoczesne rozwiązanie komunikacyjne. Było nim metro. „Ilustrowana Republika” pisała: „Wskazane jest poważne zastanowienie się nad sprawą budowy kolejki podziemnej. Zwłaszcza odcinek pomiędzy Placem Leonarda (dzisiejszy Plac Niepodległości) a Bałuckim Rynkiem - najdłuższy odcinek w Łodzi - powinien być wcześniej czy później obsługiwany przez kolejkę podziemną.

Wstępnie rozważano też drążenie tunelów metra do Zgierza i Pabianic.

Linia Pabianice - Łódź miałaby się kończyć stacją pod Górnym Rynkiem (obecnie Plac Reymonta). Władze postanowiły, że trzeba zacząć poważne prace studialne. Dały na ten cel 10 tysięcy złotych.

Niedługo potem w lokalu Stowarzyszenia Techników przy ul. Piotrkowskiej 102 odczyt o budowaniu metra wygłosił inżynier KubaIski z Warszawy. Tytuł odczytu brzmiał: „Zagadnienie metra na świecie i u nas”. Inżyniera słuchało kilkaset osób zatroskanych stanem komunikacji w naszym województwie.

Jesienią 1938 r. radni Pabianic zaciekle dyskutowali, czy warto się przyłączyć do budowy metra. A może linię „pabianicką” przedłużyć z ulicy Zamkowej do parku Wolności? Pieniędzy dać nie chcieli. Z ochotą planowali natomiast, gdzie oprócz Dużego Skrętu, okolic Zamku i kościoła Najświętszej Marii Panny, powinny być przystanki metra. Ostatecznie przeważała opinia, że mieszkańcom Pabianic wystarczają poczciwe tramwaje i autobusy. Na tym skończyły się marzenia o metrze pod Zamkową. Wybuchła wojna.

 

Metro? Fanaberia!

Pięć lat po przepędzeniu hitlerowskich okupantów odżyła sprawa budowania metra z Łodzi do pobliskich miast. W obliczu powojennych zniszczeń wyglądało to na żart. 1 kwietnia 1951 r. (prima aprilis) z mrzonek o metrze zakpił sobie „Dziennik Łódzki”, donosząc: „W sobotę pisaliśmy o zdradzieckiej dziurze w chodniku ulicy Południowej tuż przy rogu Piotrkowskiej. Zarząd Miejski wyjaśnił nam, że owa dziura ma być zejściem do stacji kolei podziemnej, popularnie zwanej metrem, która w bieżącym roku będzie uruchomiona”.

O wyłożeniu pieniędzy na budowanie metra dla Łodzi, Pabianic i Zgierza nie chciał słyszeć Władysław Gomułka – nowy pierwszy sekretarz partii rządzącej Polską Ludową. Powód? Metro uważał za drobnomieszczańską fanaberię. W 1958 r. „Dziennik Łódzki” wydrukował wywiad z Cyprianem Jaworskim, dyrektorem Miejskiego Biura Urbanistycznego, który stwierdził stanowczo: „Nie przewidujemy, aby zachodziła potrzeba budowy metra przed rokiem 1980. Trzeba bowiem pamiętać również, że budowa metra pociąga za sobą konieczność zainwestowania w krótkim okresie niezmiernie poważnej ilości pieniędzy i materiałów”.

Ale już jedenaście lat później do tramwajów jadących z Pabianic do Łodzi trzeba było doczepiać trzeci wagon.

Choć kursowały co dwanaście minut, tłok był straszliwy. Ciasnota zapanowała też w łódzkiej komunikacji. Odżyła więc idea wywiercenia w ziemi tunelu metra.

„Dziennik” pisał: „Nie ulega wątpliwości fakt, że kłopoty komunikacyjne należy rozwiązać poprzez wprowadzenie komunikacji podziemnej. Metro? Tramwaj podziemny? Zdaniem fachowców warszawskich bardziej opłaca się budowa metra jako środka umożliwiającego przerzucanie większej ilości pasażerów”.

Rozważano też „puszczenie” szybkiego tramwaju tunelem pod centrum Łodzi. Władze Pabianic zabiegały, by tunel ten nie kończył się na Placu Niepodległości, lecz prowadził znacznie dalej - w okolice zajezdni tramwajowej w Chocianowicach. Przy zajezdni można byłoby urządzić przystanek przesiadkowy dla pabianiczan.

Jedna z koncepcji metra z linią do Pabianic

Zbudują Rosjanie?

Przez kolejne trzynaście lat o metrze było cicho. Aż tu nagle w październiku 1982 r. „Dziennik Łódzki” podał: „Pierwsza linia metra Widzew - Teofilów ruszy w 1995 roku”. Druga linia miała wozić do pracy i szkół także mieszkańców okolicznych miast. Zbigniew Turewicz – ówczesny wiceprezydent Łodzi, obiecywał: „Linia będzie biegła przez centrum miasta. Innego rozwiązania problemu komunikacji miejskiej w Łodzi nie ma. Powstanie dokumentacja i kosztorys metra”.

Gdy do załogi Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Armii Ludowej przyjechał Albin Siwak – członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR, natychmiast padły pytania o metro.

Towarzysz Albin przyrzekł, że budowa warszawskiego metra, w której pomagają towarzysze ze Związku Radzieckiego, nie opóźni ani budownictwa mieszkaniowego w Łódzkiem, ani prac przy metrze. Sugerował, iż radzieccy przyjaciele pomogą także nam.

Niebawem partia powiadomiła swój aktyw w fabrykach o rychłej budowie dwóch linii metra: Pabianice - Retkinia – centrum Łodzi – ulica Strykowska oraz: Aleksandrów Łódzki - Bałucki Rynek - Plac Niepodległości – ulica Dąbrowskiego. A Włodzimierz Suflet – prezes oddziału Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Komunikacji, zapowiedział, że obie linie (długości 53,5 km) będą się krzyżowały w centrum Łodzi. Metro przewiezie aż 20.000 pasażerów na godzinę.

 

A może za Zieloną Górkę?

W największych zakładach pracy niezwłocznie zwoływano narady aktywu. Temat był oczywisty: gdzie wyznaczyć przystanki metra? Aktyw pabianickich zakładów włókienniczych Pamotex chciał stacji kolejki niemal przy głównej bramie fabryki – na ulicy Zamkowej. Koncepcja budowy metra skłaniała się jednak ku temu, by podziemny tunel biegł niemal wzdłuż torów kolejowych a krańcowa stacja była usytuowana na Zielonej Górce. Przedłużenie linii w okolice Zamku byłoby bardzo kosztowne.

Z kolei aktyw Fabryki Lamp Żarowych Polam domagał się stacji metra w pobliżu skrzyżowania ulic Partyzanckiej i Konstantynowskiej. „Pasowało” to także pracownikom Pabianickich Zakładów Farmaceutycznych Polfa.

Łódzki oddział Telewizji Polskiej pokazał w 1985 r. pierwszą relację z budowy metra. Ekipa wiertaczy uwijała się przy ul. Narutowicza – tuż obok piętrowego baru Kaskada. Wiertła dotarły na głębokość 30 metrów. „Bo metro będzie na głębokości trzydziestu metrów” – objaśnił szef wiertaczy. Na pytanie, kiedy ruszy pierwsza linia, odparł z całkowitą pewnością: „W 2005 roku”.

Po kilku tygodniach wrzawa wokół metra ucichła. W 1987 r. w regionalnej prasie zaczęto przebąkiwać, że może jednak łodzianom i pabianiczanom wystarczą… trolejbusy.

Roman Kubiak

PRZECZYTAJ INNE ARTYKUŁY TEGO  AUTORA:

Gdy pabianiczanie płynęli do Brazylii. Za chlebem

Jak szynka z Pabianic podbiła Stany Zjednoczone

100 milionów dolarów czeka na pabianiczanina!

Będzie wymiana pieniędzy: za 100 starych złotych - tylko 1 zł