ad

Zaczęło się od quillingu

To zwijanie kolorowych pasków w taki sposób, by powstały dekoracyjne obrazki. Ci, którzy to potrafią, zdobią nimi kartki okolicznościowe, robią wiszące dekoracje, a nawet spod ich ręki wychodzą obrazy.

- Kiedyś nie było takich możliwości, jakie są dziś. Ale od 3 lat przybywa osób, które robią coś dla siebie i spełniają się artystycznie – mówi Bogusław Mandat ze sklepu z artykułami papierniczymi Papirus, który istnieje od 20 lat. - Pierwszy właśnie był quilling.

Kolorowe kredki, farby przyciągają wzrok. Kiedyś dorośli nie przyznawali się, że marzą o zabawie jak dzieci.

- A dziś nie brakuje osób dorosłych, które „próbują” malować – przyznaje Ewa Mandat. - Nie każdego stać na profesjonalne farby. Niektórzy chcą dopiero zacząć przygodę z malowaniem. Dlatego na próbę kupują farby teoretycznie zwane szkolnymi.

Zabawa nie jest droga, bo za farby akrylowe z pędzelkami i paletą płacimy 24 zł. Taki już profesjonalny zestaw może kosztować trzy lub cztery razy drożej.

Nikogo tu nie dziwi, że dorośli klienci Papirusa kupują akwarele, farby plakatowe, olejne czy tempery w tubie. Do kompletu potrzebują porządnej kartki papieru.

- Dziś można kupić papier, który imituje nawet płótno. Są szkicowniki, rysowniki, bloki o różnej gramaturze – wylicza pani Ewa. - Dorośli cenią sobie nawet małe bloki formatu A5, które można zmieścić w kieszeni razem z ołówkami. Największe mają format A3.

Farby brudzą, więc nie każdy chce się upaćkać kolorami. Stąd przybywa amatorów szkicowania. To dla nich do sklepu przy Kościuszki sprowadzają specjalne ołówki. Taki komplet 12 grafitowych ołówków firmy Koh-i-noor o różnych stopniach twardości od 8B do 2H nie leży długo w gablocie. Są idealne, gdy chcemy szkicować i robić półcienie.

- Kto lubi rysować, ten ma dziś ogromny wybór kredek. Są tradycyjne zestawy do rysowania w szarościach, ale są też w sepii, – wyjaśnia pan Bogusław. - Firma ma ogromne doświadczenie w produkcji kredek. Powstała w 1790 roku w Wiedniu, by niebawem przenieść się do czeskich Budziejowic.

  Tak kochamy rysować, że Koh-i-noor przetrwała dwie wojny, komunizm i nadal produkuje kredki 300 kilometrów od polskiej granicy. Znów jako prywatna firma.

- To nie są chińskie produkty, tylko wysokiej jakości kredki i ołówki za całkiem rozsądną cenę. Pabianiczanie się na nich już poznali – zauważyła pani Ewa. - Rysują dorośli, zwłaszcza kobiety. A teraz mamy nowy bum na malowanki odstresowujące. Do kolorowego treningu dla dorosłych panie kupują dla siebie dobre gatunkowo kredki. Pęknie się nimi rysuje.

Za 72 kolory płacimy 126 zł. Jeśli kupimy kredki akwarele, to zapłacimy za 60 kolorów 146 zł. Ale wtedy możemy wodą rozmywać to, co narysowaliśmy i pojawia się malowany obraz.

- Można posunąć się dalej w zabawie kreatywnej – zachęca pan Bogusław. - Są farby do malowania na tkaninie. Gdy rysunek nam nie wyjdzie, możemy wyprać i malować od nowa. A jeśli się spodoba, utwardzamy malowidło żelazkiem. Kto wie o co chodzi, ten kupuje folie termostatyczne do druku na drukarce atramentowej. Wydrukowany obrazek czy zdjęcie wprasowuje na tkaninę.

Taka folia A4 kosztuje 5 zł. Zdobimy nią poduszkę, t-shirta, zasłonę...

 

 

 

Mamy hopla na punkcie Hopla

- Widziałam podobny sklep w Warszawie. Malowana Lala tak mi się spodobała, że pół rok temu otworzyłam podobny sklep w Pabianicach. Wymyśliliśmy nazwę Hopla – mówi Aneta Kisiel, właścicielka sklepu Hopla.

To raj dla amatorów decoupage, czyli naklejania na przedmioty odpowiednio spreparowanych bibułek. W ten sposób zdobią drewno, metal, szkło, tkaniny, plastik, ceramikę.

- Sama lubię robić różne takie rękodzieła i mam troje dzieci. Pomysłów do zabawy nam nie brakuje, więc czułam potrzebę stworzenia takiego miejsca dla innych, którzy też lubią tworzyć w domowym zaciszu – zdradza.

W miseczkach i na półkach setki, a może tysiące wycinanek z drewna, kolorowych koralików, paseczków, drewnianych pudełeczek czy papierowych zwierzaków.

 

- Trzydzieści procent klientów to dorośli z dziećmi. Przychodzą babcie, tatusiowie, mamy… - wylicza. - Kolejne trzydzieści procent to osoby, które kupują prezenty dla kogoś, kto lubi takie zabawy.

Dla amatorów wyklejania, malowania są zestawy do decoupage. Na półkach leżą welwetowe teczki z mozaikami do malowania pisakami. Można kupić taką welwetową skrzyneczkę i własnoręcznie ozdobić. Są kotki, pudełeczka, słoniki z drewna do malowania, do wyklejania. Na ścianach wiszą misterne ornamenty. Są drewniane spinacze z... miniaturowymi czarnymi tablicami do pisania kredą. Jedna z klientek użyła ich do znakowania nazwiskami miejsc dla gości przy stole weselnym.

- Mamy sporo rzeczy, które przydają się, gdy chcemy np. własnoręcznie zrobić kartkę z życzeniami. Ta forma sztuki nazywa się crafting. Jest bardzo modna – ujawnia pani Aneta. - Zwłaszcza dzieci kupują zwierzęta z paper mache, które się maluje. Są elementy do robienia biżuterii, szkiełka, koraliki z gliny do malowania.

Własnoręcznie zrobimy breloczek, którego zdobi pyszczek kota, słonik, domek... Jest serce z napisem: Kocham Cię. Da się wygrzebać ramkę, którą można ozdobić i zawiesić w oknie na tasiemce jako dekorację. Są stemple i silikonowe formy do gipsowych figurek.

- Co trzecia osoba, która wchodzi do Hopli, kupuje coś dla siebie do kreatywnej zabawy – zapewnia właścicielka.

Teraz można tutaj przyjść z dzieckiem i wymalować na koszulce wybrany szablon. Jeśli przyniesiemy własną białą koszulkę, płacimy za zabawę 10 zł.

- Ostatnio wiele osób robi samodzielnie albumy i kartki na święta. Przybywa osób, które chcą ofiarować komuś prezent, który wykonali własnoręcznie – wyjaśnia. - To taka nowa moda. Przyszła do nas z Zachodu.

Sklepy z milionami koralików, włóczek czy innych akcesoriów są w Wielkiej Brytanii, w Niemczech. Tam nie jest to tanie hobby. W Hopli za małe elementy płaci się 2-3 zł. Drewniane pudełka, słonie, koty, wieszaki kosztują około 20-30 zł. Welwetowe duże malowanki są po 40 zł. 

 

Jesienią dziergamy sweterki

- Niektóre klientki znam od 10 lat. Przychodzą regularnie po włóczkę, kordonek, wstążkę. Jak zrobią coś fajnego, to potrafią przyjść i się pochwalić – mówi Katarzyna Nawrocka z pasmanterii Kłębuszek.

Coraz więcej pań robi na drutach. 

- Po włóczkę przychodzą już nawet dziewczynki. Ale prawdziwy szał dziergania zacznie się jesienią – dodaje.

Wtedy z półek będą znikać kolorowe akryle, wełny. Pół kilograma włóczki wystarczy na sweter. Trzeba za nią zapłacić 35-40 zł. Komu marzy się ciepły sweter z wełny, ten płaci za kilogram około 100 zł. Kilogram pięknego moheru może kosztować nawet 200 zł.

- Przed świętami odwiedzą mnie klientki, które robią bombki, aniołki. Niektóre przyniosą mi swoje prace w prezencie – ujawnia pani Katarzyna. - Sporo jest miłośniczek decoupage.

One zaglądają po wstążki. Koraliki potrzebne są tym, które robią zaproszenia na ślub, kartki z życzeniami.

Osobną grupę stanowią panie, które szyją dla siebie ubrania. Przychodzą po guziki. Część osób kupuje dżety do wprasowania w bluzkę.

 
By nadać znaczenie i ład życiu
Od 12 lat pracownię gliny Hopi House prowadzi Ewa Lewandowska. Przychodzą do niej dorośli, dzieci. Zazwyczaj kobiety, a czasami pojawi się mężczyzna. Niektóre osoby nie wyobrażają sobie, by nie spędzić kilku godzin w tygodniu z gliną w ręku. Przychodzą od kilku lat.
 
- Chcą zrobić coś z niczego. Glina jest uległa. Nigdy się z nią nie barujemy – mówi Lewandowska. - Najlepiej określają to dzieci, że robią coś, czego nie było. A jest trwałe.
 
Nad stolnicami przy ogromnych stołach i kołem garncarskim pochylają się ludzie w każdym wieku, różnych zawodów. W ich dłoniach z kawałka gliny powstają prawdziwe dzieła sztuki.
 
- Jedni robią dekoracyjne miski, podkładki, aniołki i rozdają znajomym. Inni kompletują dla siebie zestawy talerzy, miseczek. Mnóstwo powstaje przedmiotów typowo użytkowych, jak np. podkładki pod gorące naczynia na stół, mydelniczki, świeczniki – wylicza.
 
Lewandowska – z zawodu nauczyciel języka angielskiego – zatęskniła za zapachem gliny, dymu.
 
- W osiemdziesiątych latach mąż miał pracownię ceramiczną. Robił doniczki i biżuterię. Ja nie miałam wtedy czasu na tę przyjemność, bo dzieci były małe. Ten zapach gliny był jak tajemnica – przyznaje.
 
Kupowała i czytała książki o ceramice. Nie przepuściła sklepu z gospodarstwem domowym.
 
- Marcin jest archeologiem. Przynosił do opracowania wykopaną ceramikę, która miała setki lat. Te skorupy wykopane z ziemi dotykały ręce tyle lat temu, gdy je lepiły. To mnie fascynowało – mówi pani Ewa. - I to, że przetrwały tyle setek lat w ziemi.
 
Ciągnęło Lewandowską do rzemiosła Indian Hopi wywodzących się z Wielkiego Kanionu. Pojechała do USA i zobaczyła Hopi House zbudowany z gliny, która wysychała w słońcu.
 
- Pojechałam i się rozczarowałam, bo w sklepikach dla turystów nie spotkałam tych pięknych wyrobów opisywanych w książkach. Ale potem zauważyłam, że są wielkie szklane gabloty, w których mają zamknięte na klucz dzieła sztuki wykonane z gliny przez Indian – wspomina.
 
Wróciła do Pabianic i… po kilku latach wybudowała „domek Indian Hopi”. W nim urządziła pracownię.
 
- Kto raz spróbuje, poczuje w dłoni, jak się układa glina, jej strukturę i plastykę, to nie zapomni tego dotyku. Będzie za nim tęsknił – przekonuje.
 
Część starszych już „uczennic” kupuje glinę i w domu z nią pracuje. Niektóre kupiły już piece do wypału gliny. Ale regularnie spotykają się na raku lub odymianiu. Wtedy wypalają glinę na tarasie Hopi House na Zatorzu. Rozgrzane do czerwoności miseczki czy wazony wkładają do trocin, gdzie zachodzi proces redukcji. A potem odymione trafiają do zimnej wody i są poddawane szokowi termicznemu. Jaki kolor wyjdzie? Jakie będzie zdobienie? Nigdy nie jest pewne, jak będzie wyglądała praca po wystudzeniu i wyczyszczeniu z czarnego popiołu.
 
- To proces, więc są emocje. Przy glinie mamy doznania sensoryczne i jedno jest pewne: nic nie jest powtarzalne – przekonuje.
 
Za godzinną „zabawę” z gliną uczennice płacą 24 zł. To stała opłata, w skład której wchodzi glina, wypał, szkliwo. Można też wykupić karnet i cena jest nieco niższa.

 

Gdzie to jest:

Sklep papierniczy Papirus, ul. Kościuszki 5

Hopi House, ul. Bukowa 8h 

Hopla, ul. Zamkowa (róg św. Jana)

Pasmanteria Kłębuszek, Stary Rynek 9