Dwie zakute w stal postacie stoją na ubitej ziemi. W wypolerowanych hełmach odbija się słońce.
W szparach przyłbic połyskują białka oczu. Przez chwilę rycerze mierzą się wzrokiem. Ruszają na siebie. Ich tarcze zgrzytają w zwarciu, ich miecze świszczą, uderzają, wzniecają snopy iskier. Walka trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund, póki jeden z wojów nie dostanie ciosu w ramię - tak silnego, że pada na ziemię. Przeciwnik wydobywa zza pasa sztylet i zadaje mu "śmiertelne" pchnięcie w szyję.

- To był uczciwy pojedynek - mówi, podnosząc przyłbicę i odsłaniając twarz ociekającą potem.

Zwycięzca walki to Piotr Langowski - rycerz z Pabianic. Langowski jest pierwszym mieszkańcem naszego miasta, który w XXI wieku wybrał miecz zamiast pistoletu i kolczugę zamiast kuloodpornej kamizelki.

Ubiera ich… kowal

- Średniowiecze to moje hobby - tłumaczy Piotr. - Naczytałem się opowiadań o rycerzach i postanowiłem przyłączyć się do drużyny zbrojnych.

W Polsce jest kilkadziesiąt bractw rycerskich. Jedno z najlepszych to Bractwo Rycerzy Zamku Królewskiego w Łęczycy. Tę załogę wybrał rok temu Piotr Langowski.

Okres próby dla nowicjusza trwał trzy miesiące. Pabianiczanin musiał skompletować część rynsztunku. Zamówił go u dwóch kowali bractwa. Kowale ci studiują średniowieczne ryciny i obrazy, by wiernie odtworzyć uzbrojenie. Wskazówek szukają też w prastarych kronikach. Potem wykuwają zbroje, hełmy, miecze, topory i halabardy. Ze skór szyją opończe, buty, pasy i kołczany dla łuczników.

- Ich wyroby słyną wśród polskiego rycerstwa - chwali kolegów Piotr.

Kolczugę zrobił sam

Wojenny ekwipunek rycerza z Pabianic to ponad 20 kilogramów "żelastwa": hełm z przyłbicą i podbródkiem, pancerz, pod nim przeszywanica (lniany, pikowany kaftan), pancerne rękawice. Ale dumą rynsztunku Piotra jest kolczuga. Zrobił ją własnoręcznie ze stalowego drutu - kombinerkami. Najpierw "ukręcił" kilkadziesiąt tysięcy kółek, potem mozolnie je łączył.

- Zajęło mi to pół roku, ale warto było - chwali się. - Jest mocna, nie krępuje ruchów podczas walki.

Stroju Piotra dopełniają: tarcza, dwukilogramowy miecz, skórzany pas i szyte grubym rzemieniem skórzane ciżmy z noskami wywiniętymi do góry.

Na śmierć! Nie na niewolę!

Bractwo z Łęczycy liczy 30 osób. Połowa załogi to "białogłowy". Wśród nich jest dziewczyna Piotra - Magda.

- Jesteśmy łuczniczkami - mówi. - Nie nosimy ciężkich pancerzy, ale obowiązują nas dwa stroje: domowy i dworski.

Męska część bractwa (większość mieszka w Łodzi) co najmniej raz w tygodniu ćwiczy władanie mieczem, toporem lub morgenszternem (ciężka, kolczasta kula zawieszona na łańcuchu). Przydaje się to podczas pokazowych turniejów i potyczek. Pojedynki rzadko bywają reżyserowane. Wystarczy chwila nieuwagi, by odnieść prawdziwe rany.

- Najczęściej wygląda to tak, że dwóch facetów walczy do upadłego - opowiada Piotr, na dowód pokazując hełm ze śladami po ciosach miecza.
- Przegrywa ten, który pierwszy osłabnie lub dostanie cios zwalający z nóg.

Wici! Wici dębowe!

Świętem współczesnych rycerzy jest bitwa pod Grunwaldem. W rocznicę zwycięstwa nad Krzyżakami ściąga tam ponad trzy tysiące konnych i pieszych. Rycerze, którzy mieszkają na południe od Warszawy, odgrywają Polaków. Ci, którzy pochodzą z północy Polski, walczą jako Krzyżacy. Role Jagiełły i Ulryka von Jungingena odgrywają zawsze te same osoby. Bitwie przygląda się kilka tysięcy gapiów.

- Podobną sławą cieszy się turniej w Łęczycy - mówi Langowski. - Urządzamy go co roku na początku sierpnia.

Są tam pojedynki na broń białą, "podtapianie" heretyka i "palenie" czarownicy na stosie.

- Największe wrażenie robi nocne oblężenie zamku - opowiada rycerz z Pabianic. - Szturm kończy się paleniem chat na podzamczu.