Jedenaście lat po uruchomieniu linii tramwajowej z Łodzi do Pabianic w podmiejskich wagonach zapanował strach. Powód? Długa seria dzikich napadów na podróżnych i konduktorów. Tylko w 1912 roku w zamachach na pasażerów tramwajów zginęło siedem osób, bandyci zrabowali 1.800 rubli, złote obrączki, pierścionki, a nawet skórzane buty podróżnych.

3 czerwca lokalny dziennik „Rozwój” doniósł o ograbieniu pasażerów ostatniego wieczornego kursu tramwaju z Łodzi do Pabianic. Pisano: „Wczoraj o godzinie jedenastej i pół wieczorem pociąg kolei elektrycznej podjazdowej, zabrawszy z Łodzi dwa dodatkowe wagony, jechał w kierunku Pabianic. W wagonie motorowym, prowadzonym przez maszynistę Kazimierza Gawłowskiego, na platformie znajdował się konduktor Józef Dębicki, wewnątrz zaś siedziało sześciu pasażerów. W wagonach dodatkowych, które miały być zepchnięte do remizy (zajezdni), prócz konduktora Władysława Jabłonowskiego, nie było nikogo.

Na skręcie pomiędzy ulicą Wólczańską a mostem kolei obwodowej, kiedy konduktor Dębicki zbliżył się do jednego z pasażerów, aby kupił bilet, ten wyjął rewolwer. Grożąc, że będzie strzelał, bandyta rozkazał konduktorowi i pasażerom podnieść ręce do góry. Następnie zdjął torbę przewieszoną przez ramię konduktora, w której znajdowało się 19 rubli gotówką i poszedł do wagonów dodatkowych. Tutaj zwrócił się do konduktora Jabłonowskiego z żądaniem, aby oddał mu pieniądze, a gdy ten - sądząc, że to żarty - roześmiał się, bandyta strzelił z rewolweru. Kula przeszła koło ucha Jabłonowskiego i przebiła szybę wagonu”.

Jak po napadzie ustalili śledczy, w zrabowanej torbie konduktora było 27 rubli i bilety pasażerskie.

Bandyta ze zrabowaną torbą pod pachą kazał motorniczemu zatrzymać tramwaj. Gdy wagony zwalniały, wyskoczył wraz z łupem i zniknął w ciemnościach.

Podczas przesłuchiwania przerażonych pasażerów, jeden z nich opowiedział następującą historyjkę: Gdy bandyta krzyknął: „Ręce do góry, dawać pieniądze!”, przerażony pasażer wyjął z kieszeni zwitek banknotów i podał go uzbrojonemu napastnikowi. Ten jednak odtrącił pieniądze. „Ja nie chcę prywatnych pieniędzy, tylko rządowe” – miał oświadczyć przestępca.

 

Masakra na torach

Dziesięć dni później kule z rewolwerów bandytów zabiły cztery osoby jadące pabianickim tramwajem, raniły kilkoro pasażerów i podziurawiły wagony. 14 czerwca 1912 roku napisał o tym dziennik „Postęp”: „O godzinie jedenastej na szosie pabianickiej pod Ksawerowem do wagonu kolejki elektrycznej, zdążającej z Łodzi do Pabianie, wtargnęło trzech zamaskowanych i uzbrojonych  osobników. Jeden nich wskoczył na przednią platformę, gdzie znajdował się maszynista Wachowski i konduktor Franciszek Wójcik. Strzelił z brauninga, kładąc konduktora trupem na miejscu”. 24-letni Wójcik zginął od postrzału w serce.

Kula wystrzelona w stronę maszynisty Wachowskiego chybiła. „Strzelając w kierunku pasażerów, bandyci zabili 40-letniego Arona Brokmana, handlarza z Pabianic, przeszywając mu piersi dwiema kulami. Z kieszeni zabitego, na oczach pasażerów, zabrali 500 rubli” – relacjonowała prasa. „Sterroryzowawszy w ten sposób służbę pociągową i pasażerów, bandyci oderżnęli zabitemu konduktorowi torbę z pieniędzmi”.

W wagonie wybuchła panika, co najmniej siedmioro pasażerów było rannych. Bandyci kazali wszystkim wyjąć pieniądze, zrewidowali ich i zabrali gotówkę. Tylko pasażerowi Zielińskiemu, którego znali, i dwóm towarzyszącym mu kobietom pozwolili wysiąść z tramwaju.

Tymczasem dwóch kolejnych bandytów sterroryzowało 30 pasażerów drugiego wagonu. Tam też padły strzały, byli zabici i ranni. „Obrabowawszy z gotówki konduktora i pasażerów, bandyci uciekli w stronę pierwszych zabudowań Ksawerowa” – donosiła prasa.

Oprócz zastrzelonego konduktora Wójcika i kupca Brokmana, śmiertelną ofiarą napadu był 30-letni Borysz Birman, także żydowski kupiec z Pabianic. Ciężkie rany odnieśli: 27-letni Szmul Moszkowicz (postrzał w brzuch, szyję i płuca) oraz kupiec z Warszawy, 61-letni Chaim Kadzisz (postrzał w rękę i lewe ramię). Lżej ranna została 27-letnia Rojza Lewkowicz, żona kupca, opatrzona na miejscu i odwieziona do domu.

Lekkie ranny odniósł 30-letni Szyja Urbach, pabianicki fabrykant. Gdy bandyta krzyknął: „Dawać pieniądze!”, Urbach zerwał się z siedzenia, by sięgnąć do kieszeni po portmonetkę z gotówką. „Bandyci myśleli, że Żyd sięga po rewolwer i oddali do niego strzał” – pisał dziennik. „Kula przeszyła kapelusz i zdarła skórę na głowie fabrykanta. Urbach stracił przytomność i upadł. Bandyci nie zrewidowali go, gdy leżał, a miał przy sobie ponad 500 rubli, które ocalały”.

Nazajutrz w szpitalu w Pabianicach zmarł postrzelony kupiec żydowski Szmul Moszkowicz  – kolejna ofiara bandytów. Szmul wracał wieczornym tramwajem od narzeczonej mieszkającej w Łodzi. Za kilka dni miał się odbyć ich ślub. Bandyci przestrzelili Moszkowiczowi brzuch i płuca.

W szpitalu o życie walczyła pasażerka tramwaju - 25-letnia Żydówka Sura Cycowska, której podczas strzelaniny udało się wyskoczyć z pędzącego wagonu na torowisko. Sura upadła, doznając wstrząśnienia mózgu. Gazeta pisała: „Zerwawszy się z torów, nieprzytomna Cycowska pobiegła do domu w odległości 4 wiorst. Wystraszona Sura wciąż mówi bez związku i jest obawa, że podczas napadu dostała pomieszania zmysłów”. Prasa nazwała ten napad „Dzikim Zachodem” pod Pabianicami.

 

Tropem zabójców

Gdy bandyci uciekli, motorniczy pobiegł wezwać pomoc. Zaalarmował straż ziemską z Pabianic i policję z Łodzi. Pół godziny później pod Ksawerów przyjechali policjanci z psem tropiącym, który wabił się „Karasko”. Pies podjął ślad.

W polu, na którym rosło żyto, zaledwie 50 kroków od szosy, „Karasko” znalazł porzuconą przez bandytów torbę konduktorską. Były w niej bilety tramwajowe, ale nie było pieniędzy - 20 rubli zniknęło. Policyjny pies odnalazł porzucone w rowie maski bandytów, zrobione z podszewki od palta.

Wkrótce przywieziono z Łodzi jeszcze dwa psy tropiące - „Muchę” i „Lenę”. „Obydwa poprowadziły śledczych do domu znanej prostytutki i złodziejki, gdzie prawdopodobnie przed napadem na tramwaj przebywali bandyci” – pisał „Kuryjer Łódzki” z czerwca 1912 roku.

 Policja zarządziła rozległą obławę, sprowadzono rosyjskich żołnierzy na koniach. Pies „Karasko”, który pobiegł świeżym tropem, doprowadził pościg do osady Ksawerów. „Zatrzymał się przed jednym z domów, w którym policja zastała dwóch osobników” - pisał „Kurier Warszawski”. „Ponieważ osobnicy ci nie mogli się wylegitymować ze swego alibi, aresztowano ich, jako podejrzanych o udział w zbrodniczym napadzie”.

Według ówczesnych gazet aresztowanymi byli: syn wójta Nowego Ksawerowa – Szer (Sher) oraz kolonista niemieckiego pochodzenia, Chalupka. Wkrótce policja wypuściła obydwu, gdyż okazało się, że są niewinni.

Śledztwo prowadził sędzia powiatu łaskiego – Herman Thiel. Nad ranem z rozkazu sędziego policja dokonała rewizji w południowej części Pabianic i trzech wioskach pod miastem. Aresztowano kilkanaście podejrzanych osób. Już następnego dnia rano, gdy rozeszły się wieści i krwawym napadzie, mało kto chciał wsiąść do podmiejskiego tramwaju. Przez niemal trzy miesiące na trasie z Łodzi do Pabianic kursowały prawie puste wagony.

Zastrzelony konduktor Franciszek Wójcik osierocił czworo dzieci. Rodzinie ofiary napadu wypłacono 1.500 rubli zapomogi.

Pogrzeb 24-letniego Wójcika wyprawiła spółka tramwajowa, pokrywając wszystkie koszty. W Pabianicach, gdzie mieszkali Wójcikowie, burmistrz organizował zbiórkę pieniędzy dla czworga sierot po zastrzelonym tramwajarzu.

Dopiero osiem miesięcy później, w lutym 1913 roku policmajster Pabianic - kapitan Eugeniusz Miaczkow, zameldował, że ma pod kluczem sprawców krwawego napadu na tramwaj. „Aresztowano czterech bandytów, którzy przez długi czas byli postrachem okolicy” – doniósł dziennik „Rozwój”. Banda miała na sumieniach także napad na sklepy Morawskiego i Grosglika w Pabianicach, ograbienie Konstantego Gębalskiego - subiekta stowarzyszenia spożywców Społem, oraz napad na sklep piekarski Zygmunta Trynka. „Udział w wymienionych napadach stwierdzono przez konfrontację bandytów z poszkodowanymi. Wszystkich aresztowanych przewieziono pod silną eskortą do więzienia w Łodzi” – dodała gazeta.

 

Trzy napady w jedną noc

Nie znaleziono natomiast sprawców „skoku” na pabianicki tramwaj w listopadzie 1910 roku. Dziennik „Rozwój” pisał o tym tak: „Wczoraj o godzinie pół do dziewiątej wieczorem na rozjeździe położonym o wiorstę od Pabianic, dwóch bandytów wpadło do pociągu numer 2 zdążającego z Łodzi do Pabianie. Bandyci byli uzbrojeni w rewolwery. Tramwaj unieruchomili w ten sposób, że ściągnęli rolkę na dachu i nie płynął prąd. W okamgnieniu pogasły światła i wagony zostały wstrzymane. Maszynista Garlicki zauważył manewr bandytów i ostrzegł konduktora, który zdążył wejść do wagonu. Korzystając z tego, że w nowych wagonach motorowych znajdują się rolki podwójne, Garlicki szybko zeskoczył, w celu założenia zapasowej rolki. Bandyci, sądząc widocznie, że to konduktor, zrewidowali maszynistę, lecz nic przy nim nie znaleźli.

Następnie bandyci usiłowali wejść do wagonu z zamiarem ograbienia pasażerów. Na szczęście maszynista, nie tracąc przytomności, szybko puścił w ruch pociąg i uciekł.

Kwadrans później ci sami bandyci wdarli się do tramwaju stojącego na przystanku około kaplicy (kościoła św. Floriana). Przyłożyli rewolwery do skroni konduktora Henryka Respy i ukradli mu torbę, w której były monety: 21 rubli i 32 kopiejki. Gdy z odsieczą nadbiegł zaalarmowany dróżnik Twardowski, jeden z bandytów krzyknął: „Będę strzelał!” I wymierzył w dróżnika. Twardowski padł na ziemię.

Trzeci raz tego wieczoru złoczyńcy napadli na tramwaj też w pobliżu kaplicy – tym razem jadący z Pabianic do Łodzi. Jednak ten atak zakończył się fiaskiem, bo pasażerowie (około tuzina osób) podnieśli wrzask. Chwilę później przybiegli uzbrojeni strażnicy ziemscy i z pomocą przechodniów schwytali dwóch napastników.

Nocą policmajster Pabianic zarządził rewizję w domach czterech pabianiczan podejrzanych o napady na tramwaje. Dwaj aresztowani mieli przy sobie wczorajsze bilety tramwajowe z Łodzi do Ksawerowa. Świadkowie napadów zeznali, że ci, którzy ograbili konduktora Respę, uciekli w stronię Ksawerowa. „Widocznie należą oni do zorganizowanej szajki ksawerowskiej, bo Ksawerów to siedlisko rozmaitych bandytów i rzezimieszków” – pisała prasa. Rankiem policja poszła śladami złoczyńców, ale nikomu nie udowodniono winy.