Rok 1932. Murowany czteropiętrowy młyn Spójnia przy ulicy Kolejowej w Pabianicach był największym parowym młynem w Polsce. Zatrudniał aż 600 robotników sezonowych, pracujących na trzy zmiany. Należał do tutejszej firmy Westerski i Spółka. Główny udziałowiec spółki - Stefan Westerski, był również zawiadowcą pobliskiej stacji kolejowej i prezesem zarządu tutejszej Ochotniczej Straży Pożarnej. W budynku na Zielonej Górce oprócz młyna urządzono łuszczarnię ryżu sprowadzanego nad Dobrzynkę wagonami kolejowymi. Łuszczarnia zatrudniała 80 pracowników. Całą firmę ubezpieczono na 200.000 dolarów, co wówczas było ubezpieczeniem rekordowym.

Sobota, 3 lipca 1932 roku: około godziny siedemnastej nad dachem budynku młyna uniósł się siwy dym. Po kilku minutach dym sczerniał, było go coraz więcej. Mieszkańcy pobliskich domów jeszcze nie wiedzieli, że w prawym skrzydle młyna od kwadransa robotnicy zaciekle walczyli z ogniem. Młynarze mieli nadzieję, że obejdzie się bez pomocy strażaków, że sami zduszą płomienie. Na piętro wnosili wiadra z wodą. Ale nie dali rady, ogień i dym wypędziły ich z budynku. Czterej robotnicy zostali poparzeni. Kilka minut później w całym mieście zaryczały syreny alarmowe – strażackie i fabryczne. Było to wezwanie do pożaru.

Tymczasem nasi druhowie z Ochotniczej Straży Pożarnej wybrali się na ćwiczenia poza miasto. Zabrali dwie motopompy i beczkowóz.

„Głos Poranny” pisał: „Pierwszy alarm syren fabrycznych straż potraktowała jako sygnał ćwiczebny i dopiero po dłuższej chwili zorientowano się, iż chodzi o rzeczywisty pożar. Gdy straż przybyła do pożaru, ognia nie można już było umiejscowić”. Dostanie się do płonącego budynku było wykluczone.

Strażacy ratowali przede wszystkim przylegające do młyna domy (większość to budynki drewniane), gęsto zasiedlone wielodzietnymi rodzinami. Wybuchła panika. Z zagrożonych domów ludzie próbowali zabrać choćby część dobytku: pierzyny, buty, garnki, ubrania, najcenniejsze meble. Z szopy wypuścili świnie i kury.

Dziennik „Ilustrowana Republika” donosił: „Ogień w młynie powstał najprawdopodobniej od nie dość naoliwionego łożyska w hali maszyn (stałego palacza nie było w budynku). W ciągu kilkunastu minut nieudolnej akcji gaśniczej prowadzonej przez robotników ogień przerzucił się na wielkie składy mąki i sytuacja stała się prawie beznadziejna. Wtedy dopiero kierownictwo młyna dało znać policji, że sytuacja wymknęła się spod kontroli”.

Natychmiast zmobilizowano resztki Ochotniczej Straży Pożarnej (w mieście zostało 11 druhów) i zaalarmowano straż w Łodzi, skąd wyruszył do Pabianic czwarty oddział z motopompą. „Ilustrowana Republika” pisała: „W chwili, gdy pierwsze kadry strażaków przybyły na miejsce i gdy pierwsi ratujący znaleźli się w siedlisku ognia w hali maszyn - zapadła się część stropu. Głownia wpadła do beczki z oliwą. Nastąpił wybuch, skutkiem którego ulegli poparzeniu strażacy: Patykowski, Bąk, Morzyszek i Kulka.

Około godziny siódmej runęły mury całego prawie budynku i z pięter spadły olbrzymie maszyny. Akcją ratunkową strażaków kierowali pp.: Pączkiewicz, Taczanowski, Kosiński”.

Nieco inaczej dramatyczne wydarzenia relacjonował dziennik „Echo”: „Wskutek panującego gorąca powstał ogień w maszynie do czyszczenia zboża . W oka mgnieniu ogień przerzucił się na leżące w pobliżu masy zboża. Gdy robotnicy w popłochu opuszczali młyn, ogień przerzucił się już na cały oddział. Wkrótce lewe skrzydło budynku stało w płomieniach.

Wobec rozszalałego żywiołu straż okazała się bezsilna, zwłaszcza, że ratunek utrudniał brak wody i zbyt nikła naporowa siła sikawek parowych pabianickiej straży. Ogień szybko objął prawe skrzydło i cały gmach stanął w płomieniach. Pękające dachówki i mury napełniły okolicę detonacjami”. Wokół młyna juz stały tłumy gapiów.

Dopiero wtedy (dwie godziny po wybuchu pożaru) przyjechali strażacy z Łodzi. Twierdzili, że na szosą pabianicką wlokło się mnóstwo furmanek. Łodzianie mieli pełny beczkowóz na ciężarówce. Już niepotrzebny. Przy ulicy Kolejowej ujrzeli same zgliszcza. Mogli wracać do domu.

Odbudowa młyna parowego trwała niemal cztery lata. Gdy prace zakończono, budynek miał znacznie mocniejszą konstrukcję, był wyższy o jedno piętro. W korytarzach wisiał sprzęt przeciwpożarowy.

pożar w 1938 roku

Piąte piętro w ogniu

Rok 1938. Odbudowany młyn znowu płonął. Przyczyna? Do pomieszczenia przesyconego mącznym pyłem wpadły iskry z zepsutego wentylatora. „Republika” donosiła w lutym: „Około drugiej po południu przechodnie zauważyli kłęby dymu, wydobywające się z piątego piętra młyna parowego Spójnia przy ulicy Kolejowej 4. Kompleks budynków na tej rozleglej posesji rozmieszczony jest w kształcie podkowy. W budynku na najwyższym piętrze, gdzie mieści się czyszczarnia, powstał ogień, który od razu oganiał całe piętro”. Pracownikom młyna udało się zamknąć wrota i okna na czwartym piętrze.

„W trzy minuty po alarmie pogotowie ogniowe wyjechało z remizy. Za chwilę przybyły na miejsce parowe sikawki z Fabryki Chemicznej, Krusche-Ender i Kindler’ – pisała „Gazeta Pabjanicka” z 26 lutego 1938 r. „Połączone wysiłki naszych strażaków zdołały zlokalizować ogień powstały na piątym piętrze. Ale daremny trud – skoro wody zabrakło. Ogień opanowany, lecz nieugaszony może lada chwila wybuchnąć z wzmożoną siłą i już nic nie zdoła go powstrzymać. Cały wysiłek może pójść na marne”. Relacji z pożaru młyna poświęcono niemal całą pierwszą stronę tygodnika.

„Gdy komendant naszej OSP, p. Feliks Hans dowiedział się o pożarze Spójni, niezwłocznie przez telefon zawezwał na pomoc straż z Łodzi – SOS, wody, wody, wody!” – obrazowo relacjonowała „Gazeta Pabjanicka”.

Wezwano trzy plutony łódzkich strażaków (z trzema motopompami i sześcioma beczkowozami), straż ochotniczą z Rudy Pabianickiej i kilka oddziałów fabrycznych z Łodzi. Przyjechali też ochotnicy z Jutrzkowic, Górki Pabianickiej i Dobronia. Gdy strażacy zameldowali się przy pożarze, ogień przerzucał się z piątego piętra na czwarte.

Płomienie ogarnęły czyszczarnię i magazyny podręczne ze zbożem oraz łuszczarnię. Płonące zboże raz po raz wybuchało snopami iskier, rozsypujących się na sąsiednie budynki.

Akcję gaśniczą pabianickiej Ochotniczej Straży Pożarnej obserwują jej szefowie (w hełmach): Gustaw Prüfer - zastępca komendanta, i Stefan Westerski - prezes.

Więcej beczkowozów!

Gdy w beczkowozach skończyła się woda, wozy strażackie pędziły ulicą Zamkową do fabryki włókienniczej Kruschego i Endera, gdzie był najbliższy hydrant. Policja wstrzymała wtedy uliczny ruch samochodów, tramwajów, dorożek i furmanek.

„Akcja ratownicza trwała przeszło dwie godziny, lecz po usilnych staraniach udało się pożar ugasić. Dzięki wytężonej pomocy straży ogniowej udało się uratować 13.000 metrów zboża w magazynach, wartości 338.000 zł oraz cały kompleks budynków. Częściowemu zniszczeniu wskutek wody uległy tylko elewatory” – pisała prasa.

Młyn parowy Spójnia zatrudniał wówczas 50 robotników. „Wczorajszy pożar w Pabianicach był bodajże, wedle statystyki, pierwszym wypadkiem, gdy udało się uratować młyn parowy od sutków wybuchu ognia” – donosiła „Republika”. Straty wyceniono na 100.000 złotych. ”Na miejsce pożaru przybyła policja miejscowa z komendantem Kwapiszem na czele oraz wicestarostą Zielińskim z Łasku” – dodała gazeta.

A dziennik „Echo” relacjonował: „Ogień opanowano dzięki doskonałym urządzeniom zapobiegawczym oraz wysiłkom straży zlokalizowanym na piątym piętrze, bez szkody dla reszty pięter, maszyn i zboża. Na gmachu tym nie ciąży więc żadne fatum, jak twierdzili niektórzy”.

„Gazeta Pabjanicka” uważała, że „pożar zostałby opanowany wcześniej i nawet bez pomocy łódzkiej straży, gdybyśmy posiadali w mieście jeszcze dwa beczkowozy. Zakup beczkowozów dla Pabjanic staje się sprawą palącą i powinien być przeprowadzony jak najprędzej. Upalne lato bez wątpienia zwiększy ilość pożarów w mieście i okolicy”.

Dwa dni później właściciele młyna Spójnia wykupili w gazetach ogłoszenia z podziękowaniem dla strażaków. Napisali: „Poczuwamy się do miłego obowiązku złożyć tą drogą najserdeczniejsze podziękowania wszystkim członkom Ochotniczej Straży Pożarnej w Pabianicach, z p. komendantem Hansem i dowódcami pp. Roszakiem i Magrowiczem na czele, oraz członkom łódzkiej Straży Pożarnej III, IV i V dzielnicy z p. inspektorem Adamem Kalinowskim i dowódcami poszczególnych oddziałów, pp. A. Kosem, Komorowskim i Komanem na czele za okazane dowody poświęcenia i odwagi przy ratowaniu zagrożonego mienia naszej firmy w czasie pożaru, jaki nawiedził młyny Spójnia 24 lutego 1938 roku”.

Trzeci pożar. Panika w… sklepach

Rok 1981. Wiadomość o trzecim pożarze młyna w Pabianicach błyskawicznie rozniosła się po całym województwie łódzkim. Powód? W sklepach spożywczych dotychczas brakowało cukru, kaszy, ryżu, a teraz mogło też zabraknąć mąki. 

„Dziennik Łódzki” z 19 marca 1981 r. donosił: „Wczoraj o godzinie 18.33 z nieustalonych dotychczas przyczyn wybuchł w pabianickim młynie groźny pożar.  W akcji gaszenia uczestniczyły 33 sekcje strażaków z Pabianic Łodzi i województwa miejskiego łódzkiego. Akcją dowodził zastępca komendanta Wojewódzkich Straży Pożarnych płk M. Zieliński.

W momencie wybuchu pożaru (na czwartym piętrze) w budynku pracowało siedem osób. Wszystkim udało się w porę opuścić płonący gmach, który spalił się prawie doszczętnie. Pożar spowodował wielomilionowe straty. Spaliło się ponad 100 ton mąki. Akcja ratownicza trwała do godzin porannych”.

Miesiąc później ten sam dziennik informował: „Już następnego dnia po pożarze w Pabianicach nie można było nabyć w sklepach kilograma mąki. Przypuszczano, że  pożar młyna może wpłynąć negatywnie na zaopatrzenie sklepów zarówno w Pabianicach, jak i Łodzi”. Gazeta nie myliła się. Przed sklepami spożywczymi już stały długie „ogonki”.

 

czytajcie także:

Jak pabianiczanin Zygmunt Bartkiewicz poślubił Mieczysławę (Ćwiklińską) - przyszłą gwiazdę teatralną i filmową

Szturm na pabianickie sklepy. Co wykupowano?

 

Roman Kubiak