Tragedia rozegrała się w polu. Niemiecki gospodarz z Rypułtowic, Edmund Haman, długo starał się o przejęcie tego pola wraz z całym gospodarstwem sąsiadów – Polaków. Gdy wreszcie dostał zgodę okupantów, zabrał cały dobytek Stefanowi Szczesiowi, Andrzejowi Plackowi i Władysławowi Cichowiczowi. „Wojenne łupy” zachłanny Haman podarował córce - jako wiano.

Nocą z 27 na 28 sierpnia 1942 roku w gospodarstwie Hamana spłonęła stodoła, obora i chlew. Niemiec stracił plony żyta, siano, 4 konie i 14 krów. Ocalał jedynie dom. Przyczyną pożaru było najprawdopodobniej zaprószenie ognia przez niemieckich żołnierzy z lotniska na Lublinku, którzy przychodzili tu do córek Hamana – panienek na wydaniu.

Od niedopałka papierosa zajął się stóg siana. Gdy gospodarstwo płonęło, zięć Hamana – stolarz Ferdynand Freitag, przez Polaków nazywany „porządnym Niemcem”, ostrzegł sąsiadów, by uciekali ze wsi, bo o wzniecenie pożaru żandarmi z pewnością obwinią Polaków. Nie mylił się.

Zgliszcza jeszcze dymiły, gdy zjawili się żandarmi. Polaków wygonili z domów, każąc im porządkować obejście pogorzelca - Niemca.

Rano żandarmi aresztowali wszystkich polskich gospodarzy z Rypułtowic. Do więzienia w Łodzi wywieźli też kilkunastu mieszkańców Woli Zaradzyńskiej, Teklina, Widzewa i Łaskowic.

Dwa miesiące później okupanci wypuścili z więzienia sędziwego Teofila Bartoszewskiego. Pozostałych Polaków przywieźli na granicę Rypułtowic i pól majątku Widzew, gdzie 13 listopada więźniowie musieli budować z bali „ścianę śmierci”. Pilnowali ich żandarmi na koniach. Od wczesnego rana sołtysi okolicznych wiosek spędzali tam Polaków - kilka tysięcy osób.

 

Egzekucja

Około południa Niemcy przywieźli 10 młodych mężczyzn – nikomu nieznanych. Byli związani po pięciu, na głowach mieli szare worki. Klęknęli przed „ścianą śmierci”, twarzami do ściany.

Przyjechał pluton egzekucyjny. Ale zanim padły strzały, przed tłum wyszedł Niemiec o nazwisku Landrat i tłumacz posługujący się łamaną polszczyzną. „W sierpniu płomienie zniszczyły całoroczny plon ciężkiej pracy rolnika. W ogniu zginął dwunastoletni chłopiec, Polak – Gąsiorowski, który pasał bydło” – wygłaszał Landrat. „Polacy niech nie myślą, że zbrodniczymi czynami powstrzymają zwycięski marsz armii niemieckiej. Władze niemieckie zniszczą wszelkie zbrodnicze postępki i ostrzegają tu obecnych, że jeśli będą dopuszczać się podobnych czynów, to zginą taką śmiercią, jak zginie za chwilę dziesięciu waszych rodaków”.

Zakładnicy przeżegnali się. Na rozkaz Landrata pluton egzekucyjny celował w głowy i serca. Padła salwa, ciała runęły na ziemię. Konających dobijał oficer, strzelając z pistoletu w głowy. Pod wieczór Niemcy uwolnili aresztowanych gospodarzy z Rypułtowic. Kazali im wracać do domów.

 

„Wędrujący’ krzyż

Tam, gdzie hitlerowcy zamordowali więźniów, po wojnie stanął obelisk z krzyżem i tablicą o treści: „Miejsce stracenia 10 Bohaterów Polskich nieznanych nazwisk – przez okupantów niemieckich. 13.11.1942. Cześć ich pamięci. Gromada Rypułtowice”.

W 1979 roku Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce ustaliła, że zwłoki zamordowanych pod Rypułtowicami wywieziono do lasu w pobliżu Porszewic. Rozstrzelani byli prawdopodobnie więźniami gestapo, przywiezionymi z Wielkopolski, gdzie odmówili podpisania volkslisty.

W około 150 metrów od miejsca zbrodni stoi dziś krzyż upamiętniający zamordowanych Polaków. Przeniesiono go 60 lat po wojnie z prywatnego pola na teren gminny Ksawerów.

Roman Kubiak